Hide
BĄDŹ NA BIEŻĄCO!
Follow on Facebook
Facebook
Show

Wielka Brytania

All Stories

Najwyższa od początku epidemii liczba wykrytych zakażeń - 6634

Rekordową od początku epidemii liczbę 6634 nowych zakażeń koronawirusem wykryto w ciągu ostatniej doby w Wielkiej Brytanii - podał w czwartek po południu brytyjski rząd. Zanotowano również 40 zgonów z powodu Covid-19, co jest najwyższym bilansem od połowy lipca.

To kolejny w ostatnich dniach znaczący wzrost nowych zakażeń. Zaledwie 6 września po raz pierwszy po okresie spowolnienia epidemii ich liczba przekroczyła 2000, w ubiegły piątek - 4000, zaś w środę - po raz pierwszy od maja i piąty raz w ogóle - była wyższa niż 6000. Dotychczas najwyższym dobowym bilansem było 6201 przypadków w dniu 1 maja.

Rekordową liczbę zakażeń zanotowano także w Anglii - 5632, gdzie jest to drugi z rzędu i trzeci łącznie przypadek, by było ich więcej niż 5000, natomiast w Szkocji (465), Walii (348) i Irlandii Północnej (189) - bilanse są nieco niższe od środowych, choć wciąż blisko rekordowych poziomów.

W całym kraju łączna liczba infekcji SARS-CoV-2 wzrosła tym samym do 416 363, co jest 14. najwyższym wynikiem na świecie i czwartym w Europie - po Rosji, Hiszpanii i Francji.

Eksperci zwracają jednak uwagę, że choć rosnąca liczba zakażeń jest niepokojąca, to rekordowej liczby nowych zakażeń nie można w prosty sposób porównywać do tych ze szczytu epidemii w kwietniu czy maju, chociażby z powodu tego, że obecnie wykonywanych jest ok. 220 tys. testów na dobę, podczas gdy na początku kwietnia - kilkanaście tysięcy. To oznacza, że wówczas znacznie więcej przypadków nie było wykrywanych. Jak zauważa stacja Sky News, według naukowców z Imperial College London, około dwie trzecie przypadków jest asymptomatyczna, czyli prawdziwa liczba zakażeń może sięgać 18 tys. na dobę, podczas gdy w szczycie epidemii mogło ich być nawet 100 tys.

Liczba nowych zgonów jest wyższa o trzy w porównaniu z bilansami z dwóch poprzednich dni, a zarazem jest najwyższą statystyką od 14 lipca, gdy było ich 44.

Całkowity bilans ofiar śmiertelnych epidemii wynosi obecnie 41 902, z czego 37 209 osób zmarło w Anglii, 2510 - w Szkocji, 1606 - w Walii, a 577 - w Irlandii Północnej. Pod względem liczby zgonów Wielka Brytania zajmuje piąte miejsce na świecie - za Stanami Zjednoczonymi, Brazylią, Indiami i Meksykiem.

Bilans nowych zgonów obejmuje wszystkie te, które zarejestrowano między godz. 17 we wtorek a godz. 17 w środę i które nastąpiły w ciągu 28 dni od potwierdzenia testem obecności SARS-CoV-2, zaś bilans zakażeń dotyczy 24 godzin między godz. 9 w środę a godz. 9 w czwartek.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

 

Najwyższa od początku epidemii liczba wykrytych zakażeń - 6634

Rząd nadal będzie dopłacał do pensji, ale mniej i nie wszystkim

Brytyjski rząd oraz pracodawcy nadal będą dopłacać do wynagrodzeń tych pracowników, którzy nie mogą wrócić do pracy w pełnym wymiarze godzin z powodu epidemii koronawirusa, ale tylko jeśli faktycznie będą pracować - ogłosił w czwartek minister finansów Rishi Sunak.

Sunak przedstawił w Izbie Gmin plan wspierania zatrudnienia, który zastąpi wygasający z końcem października program wypłacania przez państwo 80 proc. pensji - do 2500 funtów miesięcznie - pracowników wysłanych na przymusowe urlopy z powodu kryzysu wywołanego epidemią. Nowy plan ma zapobiec masowym zwolnieniom, które, jak się obawiano, mogłyby nastąpić po zakończeniu dotychczasowego programu.

"Świadczenia postojowe były właściwą polityką w czasie, gdy ją wprowadzaliśmy. Zapewniły natychmiastową, krótkoterminową ochronę milionów miejsc pracy w okresie ostrego kryzysu. Jednak w miarę ponownego otwierania się gospodarki utrzymywanie miejsc pracy, które istnieją tylko dzięki temu programowi, jest zasadniczo niewłaściwe. Musimy stworzyć nowe możliwości i pozwolić gospodarce iść naprzód, a to oznacza wspieranie ludzi w tworzeniu realnych miejsc pracy, które zapewnią im prawdziwe bezpieczeństwo. Jak mówiłem przez cały ten kryzys, nie mogę uratować każdego przedsiębiorstwa. Nie mogę uratować każdego miejsca pracy. Żaden minister finansów nie byłby w stanie" - mówił Sunak, wyjaśniając, dlaczego nowy plan będzie się różnił od dotychczasowego.

Program zacznie funkcjonować od początku listopada i przewidziany jest na pół roku. Obejmie on tych pracowników, którzy wykonują pracę przez przynajmniej jedną trzecią normalnego wymiaru godzinowego, i za tę część wynagrodzenie będą im wypłacać pracodawcy. Rząd i pracodawcy będą subsydiować po jednej trzeciej utraconego dochodu, przy czym ich maksymalna kwota dopłat będzie wynosić po 697,92 funta miesięcznie. To oznacza, że pracownicy zarabiający przed kryzysem średnią pensję lub mniej będą otrzymywać przynajmniej 77 proc. wcześniejszego wynagrodzenia.

Przedsiębiorstwa będą mogły korzystać z nowego programu niezależnie od tego, czy brały udział w dotychczasowym czy też nie, a także niezależnie od ogłoszonego już wcześniej bonusu w wysokości 1000 funtów za każde utrzymane miejsce pracy.

Ale programem nie zostaną objęci pracownicy, którzy nie powrócą przynajmniej na jedną trzecią etatu, bo - jak wyjaśnia rząd - byłoby to finansowaniem miejsc pracy już w rzeczywistości nieistniejących.

Według szacunków koszt programu dla budżetu państwa wyniesie ok. 300 milionów funtów miesięcznie. Na obecny program wypłacania 80 proc. wynagrodzenia przeznaczono już ponad 39 miliardów funtów.

Sunak poinformował, że podobny program będzie dostępny dla osób pracujących na własny rachunek. W ich przypadku rząd przyzna granty w wysokości 20 proc. średnich miesięcznych dochodów do kwoty 1875 funtów za trzymiesięczny okres od listopada do stycznia, zaś później dostępne będą one za okres od lutego do końca kwietnia.

Ponadto Sunak ogłosił, że okres spłaty pożyczek zaciągniętych przez firmy w czasie epidemii i gwarantowanych przez państwo zostanie wydłużony z sześciu do 10 lat, zaś termin ubiegania się o nie, który miał upłynąć z końcem listopada, zostaje wydłużony.

Dodatkową pomoc otrzyma sektor gastronomiczno-hotelarko-turystyczny, który jest jednym z najmocniej dotkniętych skutkami kryzysu. Obniżona z 15 do 5 proc. stawka VAT zostanie w przypadku ich usług utrzymana do końca marca, a nie, jak do tej pory planowano, do 12 stycznia.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

 

Rząd nadal będzie dopłacał do pensji, ale mniej i nie wszystkim

Media: Harry i Meghan złamali zasadę politycznej neutralności monarchii

Książę Harry i księżna Meghan udzielając, nie wprost, poparcia Joe Bidenowi w wyborach prezydenckich w USA, złamali zasadę politycznej neutralności monarchii i mogą zaszkodzić specjalnym relacjom Wielkiej Brytanii z USA - ocenia w czwartek brytyjska prasa.

Opublikowane w środę przez parę książęcą przesłanie do Amerykanów, nagrane z ich domu w Kalifornii, w którym apelowali o udział w listopadowych wyborach prezydenckich, odnotowuje w czwartek na pierwszych stronach większość głównych brytyjskich dzienników - "The Times", "Daily Telegraph", "The Guardian", "Daily Mail" i "Daily Express".

"Co cztery lata słyszymy, że to są najważniejsze wybory w naszym życiu. Ale te naprawdę są" - powiedziała Meghan, zaś Harry dodał: "W czasie gdy zbliżamy się do listopada, ważne jest, byśmy odrzucili mowę nienawiści, dezinformację i negatywne nastawienie w sieci". Słowa te zostały powszechnie odebrane jako atak na ubiegającego się o reelekcję prezydenta USA Donalda Trumpa, zwłaszcza że para książęca już w przeszłości negatywnie wypowiadała się na jego temat, choć do tej pory prywatnie.

Od tego wezwania zdystansował się Pałac Buckingham, który oświadczył: "Książę nie jest wykonującym obowiązki członkiem rodziny królewskiej i jakiekolwiek komentarze, które wygłasza, są wystąpieniami prywatnymi".

Jak zauważa "Daily Telegraph", to pierwszy raz, odkąd Harry i Meghan oficjalnie przestali pełnić obowiązki członków rodziny królewskiej, gdy Pałac Buckingham musiał tak zdecydowanie dystansować się od wypowiedzi księcia. Gazeta pisze też, że nagranie spowodowało głębokie zaniepokojenie w Pałacu Buckingham, że odbije się ono negatywnie na reputacji monarchii, która zgodnie z brytyjską tradycją polityczną musi pozostawać neutralna, a także na "specjalnych relacjach" pomiędzy Wielką Brytanią a Stanami Zjednoczonymi.

"The Times" zauważa, że księżna - która jest obywatelką USA - nie pierwszy raz wzywa do głosownia, ale pierwszy raz towarzyszył jej w tym Harry. Gazeta zastanawia się, w jaki sposób to wystąpienie można pogodzić z ustaleniami zawartymi w styczniu, gdy para książęca zobowiązała się, że wszystko, co będzie robić, "pozostanie zgodne z wartościami Jej Królewskiej Mości".

Według co najmniej jednego źródła w Pałacu Buckingham, na które powołuje się gazeta, para książęca przekroczyła tę linię. Cytuje też byłego doradcę Pałacu, który powiedział: "Arena polityczna jest bardzo drażliwym miejscem dla wszystkich członków rodziny królewskiej. Nie można mieć apolitycznej instytucji, jaką jest dziedziczna monarchia, a zarazem członków rodziny królewskiej, którzy wygłaszają choćby odrobinę polityczne komentarze".

W styczniu Harry - wnuk królowej Elżbiety II - i Meghan niespodziewanie ogłosili, że zamierzają zrezygnować z pełnienia obowiązków członków rodziny królewskiej i prowadzić bardziej prywatne życie. Zgodnie z zawartymi ustaleniami, stało się to wraz z końcem marca. Od tego czasu para większość czasu spędza w USA.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

 

Media: Harry i Meghan złamali zasadę politycznej neutralności monarchii

TSUE odrzucił wniosek o uwolnienie głównego podejrzanego w sprawie Maddie McCann

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) odrzucił w czwartek wniosek o uwolnienie głównego podejrzanego w sprawie zabójstwa zaginionej w 2007 roku w Portugalii trzyletniej Brytyjki Madeleine (Maddie) McCann.

Jak podaje AFP, w swym wyroku Trybunał z Luksemburga orzekł, że ściganie za tego rodzaju czyny jest legalne, ponieważ Włochy, które przekazały podejrzanego, Niemca Christiana B., do jego kraju pochodzenia w ramach Europejskiego Nakazu Aresztowania (ENA), dały na to zielone światło.

43-letni Niemiec odbywa obecnie w więzieniu w Kilonii orzeczoną w 2011 roku przez sąd w Niebuell w Szlezwiku-Holsztynie karę za handel narkotykami. Ponadto podlega on aresztowi tymczasowemu w związku z nieprawomocnym skazaniem w grudniu 2019 roku przez sąd krajowy w Brunszwiku w Dolnej Saksonii na siedem lat więzienia za zgwałcenie w 2005 roku 72-letniej wówczas Amerykanki w położonej w regonie Algarve na południu Portugalii miejscowości Praia da Luz. Właśnie tam blisko półtora roku później zaginęła Maddie.

Zdaniem niemieckiej prokuratury zaginiona przed 13 laty brytyjska dziewczynka nie żyje, ale jak dotąd nie odnaleziono jej ciała.

Madeleine miała prawie cztery lata, kiedy zniknęła w maju 2007 roku z mieszkania w Praia da Luz, gdzie jej rodzina spędzała wakacje. Była tam z młodszym rodzeństwem, podczas gdy ich rodzice byli w pobliżu na kolacji z przyjaciółmi. (PAP)

 

TSUE odrzucił wniosek o uwolnienie głównego podejrzanego w sprawie Maddie McCann

Ciężarówki jadące do UE będą musiały mieć zezwolenie na wjazd do Kentu

Po zakończeniu okresu przejściowego po brexicie kierowcy ciężarówek, którzy eksportują towary do Europy, będą musieli mieć pozwolenie na wjazd do hrabstwa Kent, by uniknąć jego zakorkowania - poinformował w środę brytyjski rząd.

Przez Kent przechodzą główne drogowe szlaki transportowe z kontynentalną częścią Europy - na terenie hrabstwa znajduje się wjazd do tunelu pod kanałem La Manche oraz przypływa tam większość promów.

Michael Gove, minister odpowiadający za przygotowanie Wielkiej Brytanii do warunków, jakie zapanują po okresie przejściowym po wyjściu W. Brytanii z Unii, wyjaśnił, że celem pozwoleń jest uniknięcie korków, które mogą powstawać w wyniku nieprzygotowania przewoźników do nowych zasad i w najgorszym scenariuszu mogłyby liczyć nawet 7000 ciężarówek.

Jak mówił Gove w Izbie Gmin, najgorszy możliwy scenariusz zakłada, że tylko 50-70 proc. dużych przedsiębiorstw i 20-40 proc. małych i średnich będzie gotowych do ścisłego stosowania nowych wymogów w handlu z UE, a to oznaczałoby, że tylko od 30 do 60 proc. załadowanych ciężarówek docierałoby na granicę z dopełnieniem niezbędnych formalności dotyczących przewożonych towarów. Reszta zostałyby zawracana przez służby graniczne Francji, zatykając przejazd między Dover a Calais, co mogłyby doprowadzić do powstania kolejek do 7000 samochodów ciężarowych w Kent.

Jak wyjaśniał Gove, aby uniknąć takiej sytuacji wprowadzony zostanie system pozwoleń na wjazd ciężarówek do Kent. Takie pozwolenie, ważne przez 24 godziny, potwierdzać będzie, że kierowca ma wszystkie niezbędne dokumenty do przewozu towarów przez granicę. Zapewnił, że uzyskanie takiego pozwolenia będzie "stosunkowo prostym procesem", zaś w przypadku jego braku kierowcy będzie groziła kara w wysokości 300 funtów.

Wraz z końcem tego roku upłynie okres przejściowy po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, a tym samym przestanie ona być związana zasadami jednolitego rynku UE i unii celnej. Wielka Brytania i UE prowadzą obecnie negocjacje na temat przyszłych relacjach, których celem jest zawarcie umowy o wolnym handlu. Jeśli taka umowa nie zostanie zawarta, od nowego roku handel odbywać się będzie na ogólnych zasadach Światowej Organizacji Handlu, czyli możliwe będzie stosowanie ceł i innych barier, co tym bardziej skomplikowałoby przewóz towarów między Wielką Brytanią a UE.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

 

Ciężarówki jadące do UE będą musiały mieć zezwolenie na wjazd do Kentu

Lider opozycji: restrykcje są konieczne, ale nie były nieuniknione

Nowe ograniczenia wprowadzone w Wielkiej Brytanii w związku z epidemią koronawirusa są konieczne, ale nie były nieuniknione i są porażką rządu - oświadczył w środę wieczorem lider opozycyjnej Partii Pracy Keir Starmer.

Starmer w przemówieniu telewizyjnym, będącym odpowiedzią na wystąpienie, jakie dzień wcześniej wygłosił premier Boris Johnson, zaoferował swoje poparcie dla działań rządu, ale obarczył winą ministrów za wzrost liczby przypadków zakażenia koronawirusem.

"Chociaż te ograniczenia są teraz konieczne, nie były one jednak nieuniknione. Powrót tego wirusa i powrót ograniczeń nie są aktem Bożym; są one porażką rządu. Brytyjczycy zrobili wszystko, o co ich poproszono, ale obawiam się, że rząd tak nie zrobił" - mówił lider opozycji.

"Jesteśmy wspaniałym krajem, nie powinniśmy mieć jednego z najwyższych wskaźników śmiertelności na świecie, ani jednej z najgorszych recesji" - podkreślił.

Jak przekonywał, skandalem jest, że w kraju wciąż nie ma sprawnie funkcjonującego systemu przeprowadzania testów na obecność koronawirusa ani planu ochrony domów opieki.

"To nie powinno tak być - ludzie nie powinni jeździć setek mil, żeby zrobić test swojemu dziecku, sobie lub swoim krewnym. I powinniśmy być w stanie zapewnić starszym ludziom godność, bezpieczeństwo oraz szacunek, na jaki zasługują" - mówił.

Starmer wezwał rząd do szybkiego naprawienia problemów z programem przeprowadzania testów, a także do przedstawienia "planu B" dla gospodarki przed wygaszeniem wraz z końcem października programu wypłacania z budżetu państwa pensji tym pracownikom, którzy z powodu kryzysu zostali wysłani na przymusowe urlopy.

"Nie ma logiki w tym, by wprowadzać nowe ograniczenia, a jednocześnie wycofywać ochronę dla miejsc pracy i przedsiębiorstw" - przekonywał. Ostrzegł, że podczas nadchodzącej zimy może nastąpić w brytyjskiej gospodarce fala zwolnień z pracy.

Powtórzył ofertę współpracy z rządem w celu podjęcia "narodowego wysiłku na rzecz ochrony miejsc pracy i zapobiegnięcia drugiej blokadzie". "Ta oferta pozostaje aktualna, a moje drzwi są zawsze otwarte" - oświadczył lider opozycji.

W środę po południu podano, że w ciągu ostatniej doby wykryto w Wielkiej Brytanii 6178 nowych zakażeń koronawirusem. To zaledwie piąty taki dzień od początku epidemii - i pierwszy od maja - gdy dobowa liczba zakażeń przekrocza 6000. W związku z rosnącą liczbą zakażeń we wtorek Johnson ogłosił zaostrzenie restrykcji, m.in. powrót do pracy zdalnej, jeśli to możliwe, skrócenie godzin otwarcia pubów i restauracji oraz rozszerzenie obowiązku zasłaniania twarzy.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

 

Lider opozycji: restrykcje są konieczne, ale nie były nieuniknione

Szef Banku Anglii sugeruje, by nie kończyć programu subsydiowania pensji

Gubernator Banku Anglii Andrew Bailey wezwał we wtorek brytyjski rząd do "zatrzymania się i przemyślenia" decyzji o wygaszeniu z końcem października programu subsydiowania z budżetu pensji pracownikom, którzy z powodu epidemii zostali wysłani na przymusowe urlopy.

Aby skłonić firmy do utrzymywania miejsc pracy mimo kryzysu wywołanego epidemią koronawirusa, brytyjski rząd uruchomił w marcu program refundowania 80 proc. pensji pracowników wysłanych na przymusowe urlopy - do kwoty 2500 funtów miesięcznie.

Program, który początkowo miał trwać trzy miesiące, był już dwukrotnie przedłużany, ale zarówno premier Boris Johnson, jak i minister finansów Rishi Sunak oświadczyli, że z końcem października zostanie on ostatecznie wygaszony. Jak argumentują, przedłużanie programu dawałoby objętym nim pracownikom fałszywe poczucie, że wciąż mają pracę, do której będą mogli wrócić.

Dotychczas Bailey popierał to stanowisko rządu. Jak wyjaśniał w sierpniu w rozmowie z BBC, pracownikom trzeba raczej pomóc w znalezieniu nowej pracy niż utrzymywać ich na wirtualnych stanowiskach. Jednak we wtorek występując na webinarium zorganizowanym przez Brytyjskie Izby Handlowe (BCC), powiedział, że jest otwarty na dalszą interwencję państwa i zasugerował, że konkretne sektory mogłyby skorzystać z kontynuowania pomocy.

Bailey podkreślił, że program okazał się sukcesem i popiera decyzję Sunaka o jego zakończeniu, ale dodał: "Przeszliśmy od świata ogólnej ochrony zatrudnienia do konkretnych i ukierunkowanych obszarów". Wyjaśnił, że w szczytowym momencie kryzysu z programu korzystało około 30 proc. pracodawców z sektora prywatnego, ale obecnie jest on głównie wykorzystywany przez branże takie jak hotelarstwo, handel detaliczny i kultura.

"Pomógł on opanować szok dla firm i pracowników, ale teraz korzystanie z niego, z tego co możemy powiedzieć, jest bardziej skoncentrowane. Myślę, że rozsądne jest więc zatrzymanie się i przemyślenie podejścia do przyszłości, bez jakiegokolwiek zobowiązania do tego, co może być dalej" - mówił Bailey.

Do przedłużenia programu wypłacania pensji z budżetu od dawna wzywa brytyjska opozycja, wskazując m.in. na przykłady innych krajów, w których podjęto takie decyzje. Podobną opinię do Baileya wyraził wcześniej lider opozycyjnej Partii Pracy, Keir Starmer, który wezwał rząd do tego, by nie wygaszał całego programu za jednym zamachem.

Według ostatnich dostępnych statystyk do połowy sierpnia w ramach programu wypłacono 35,4 mld funtów. Pieniądze te otrzymało 9,6 mln pracowników zatrudnionych przez 1,2 mln firm.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

 

Szef Banku Anglii sugeruje, by nie kończyć programu subsydiowania pensji

Z powodu epidemii przedstawienie budżetu przełożone na wiosnę

Brytyjski minister finansów Rishi Sunak nie przedstawi w tym roku projektu budżetu na przyszły rok finansowy, co planowane było na jesień. Jak wyjaśniono, epidemia koronawirusa powoduje, że nie jest to odpowiedni czas na długoterminowe planowanie.

"Jak usłyszeliśmy w tym tygodniu, teraz nie jest właściwy czas na nakreślanie długoterminowych planów - ludzie chcą, żebyśmy byli skupieni na tym, co tu i teraz. Więc potwierdzamy dzisiaj, że jesienią tego roku nie będzie budżetu" - oświadczyło ministerstwo finansów.

Stacja BBC podała, że zamiast planowania szczegółowego budżetu nastąpi ogólny przegląd wydatków i rząd poinformuje, ile każde z ministerstw będzie mogło wydać.

W Wielkiej Brytanii rok finansowy zaczyna się 1 kwietnia i kończy 31 marca następnego roku. W ostatnich latach projekt budżetu na nowy rok przestawiano jesienią poprzedniego, tak aby było wystarczająco czasu na ewentualne poprawki oraz jego zatwierdzenie. Przełożenie tego na nowy rok kalendarzowy nie będzie jednak precedensem - miało to miejsce w przypadku obecnego budżetu, który został uchwalony dopiero w marcu tego roku. Wówczas przyczyną tej sytuacji były niepewność związana z wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, a także przedterminowe wybory do Izby Gmin.

Równocześnie Sunak poinformował, że w czwartek przedstawi w Izbie Gmin plan dalszego wspierania miejsc pracy. Z końcem października miał zostać wygaszony program wypłacania przez rząd 80 proc. pensji - do 2500 funtów miesięcznie - tym pracownikom, którzy z powodu wywołanego epidemią kryzysu zostali wysłani na przymusowe urlopy. Celem uruchomionego w marcu programu było skłonienie firm, aby mimo kryzysu utrzymywały miejsca pracy, zamiast zwalniać ludzi. Do tej pory rząd stał na stanowisku, że program zostanie zakończony w październiku. Jak wyjaśniano, programu nie można przedłużać w nieskończoność, bo dawałoby to korzystającym z tego pracownikom złudne poczucie, że mają pracę, do której kiedyś wrócą.

Jednak w związku z pogarszającą się ponownie sytuacją epidemiczną, coraz więcej jest głosów wskazujących na konieczność przedłużenia programu w jakiejś formie. Wzywa do tego już nie tylko opozycja, bo we wtorek również gubernator Banku Anglii Andrew Bailey zasugerował, że rząd powinien "zatrzymać się i przemyśleć decyzję".

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

 

Z powodu epidemii przedstawienie budżetu przełożone na wiosnę

Badania: ryzyko zgonu z powodu grypy i COVID-19 dwukrotnie większe, niż na skutek COVID-19

W sezonie grypowym w pierwszych miesiącach 2020 r. ryzyko zgonu z powodu jednoczesnego zakażenia wirusem grypy i koronawirusem Sars-Cov-2 wśród osób hospitalizowanych było w Anglii ponad dwukrotnie większe, niż na skutek samej choroby COVID-19 – wykazały badania Public Health England.

Obserwacje przeprowadzono w okresie od stycznia do kwietnia 2020 r., kiedy w Wielkiej Brytanii, podobnie jak w innych krajach europejskich, rozwijała się pandemia – informuje „BBC News”.

Przeanalizowano prawie 20 tys. pacjentów przyjętych do szpitala z powodu grypy sezonowej oraz choroby COVID-19. Okazało się, że przypadku jednoczesnej grypy i zakażenia koronawirusem w pierwszych czterech miesiącach tego roku ryzyko zgonu było ponad dwukrotnie większe, niż wśród chorych z objawami samego COVID-19.

Pod uwagę wzięto pierwsze miesiące roku, kiedy pandemia dopiero nabierała tempa, a jednocześnie największe było nasilenie zachorowań na grypę. W Polsce najwięcej przypadków grypy sezonowej jest na ogół od stycznia do marca.

Według BBC grypa co roku uśmierca w Anglii 11 tys. osób. Jednak biorąc pod uwagę pierwsze prawie dziewięć miesięcy 2020 r., COVID-19 już okazał się bardziej śmiertelny. Z najnowszych danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) wynika, że w Wielkiej Brytanii koronawirusem SARSCoV-2 zaraziło się prawie 400 tys. osób, a około 42 tys. zmarło.

W Polsce od 1 września 2019 r. do 30 kwietnia 2020 r. z powodu grypy i jej powikłań zmarły 64 osoby – wynika z danych Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego-PZH. W cały minionym sezonie grypowym na grypę i zachorowania grypopodobne zachorowało 3,7 mln osób.

Eksperci Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Grypy zwracają jednak uwagę, że w naszym kraju dane dotyczą zgonów z powodu grypy są zaniżone. Wynika to z tego, że choroba ta doprowadza do groźnych powikłań, takich jak zapalenie płuc, i to one są wpisywane do dokumentacji pacjenta jako przyczyna zgonu. Najczęściej jest to niewydolność krążeniowo-oddechowa.

Najwięcej, prawie 150 zgonów z powodu grypy i jej powikłań, zarejestrowano w Polsce w sezonie grypowym 2018/2019.

Dane Public Health England sugerują, że wraz z nasileniem się kolejnego sezonu grypowego 2020/2021 coraz więcej będzie zachorowań na grypę i jej powikłań, a wraz z nimi więcej będzie zgonów z powodu tej choroby.

W naszym kraju zakażenie koronawirusem SARS-CoV-2 wykryto dotąd u ponad 80 tys. osób, a z powodu choroby COVID-19 zmarło ponad 2,3 tys. pacjentów. (PAP)

 

Badania: ryzyko zgonu z powodu grypy i COVID-19 dwukrotnie większe, niż na skutek COVID-19

Johnson: dyscyplina i determinacja pozwolą nam pokonać epidemię

Brytyjski premier Boris Johnson wezwał we wtorek wieczorem rodaków do "przywołania dyscypliny, determinacji i ducha wspólnoty", co pozwoli pokonać epidemię koronawirusa. Zapowiedział zarazem surowe kary dla nieprzestrzegających nowo ogłoszonych reguł.

W przemówieniu telewizyjnym uzasadniał wprowadzenie zaostrzonych przepisów tym, że liczba zakażeń znowu zaczęła rosnąć w postępie geometrycznym, a wirus nie stał się mniej groźny niż był wiosną.

Te nowe, ogłoszone po południu kroki, to zalecenie pracy zdalnej, tam gdzie to możliwe, wcześniejsze zamykanie pubów i restauracji, rozszerzenie obowiązku zakrywania twarzy czy zwiększenie kar dla osób nieprzestrzegających zaleceń. Te restrykcje mogą potrwać nawet sześć miesięcy, ale Johnson ostrzegł, ze jeśli ludzie nie będą się ich trzymać, rząd może pójść dalej.

"A tym, którzy mówią, że nie potrzebujemy tych rzeczy i powinniśmy pozostawić ludziom decyzję o podejmowaniu ryzyka, mówię, że to nie jest nasze własne ryzyko. Tragiczna rzeczywistość Covidu jest taka, że twój łagodny kaszel może być czyjąś ostatnią godziną" - przekonywał brytyjski premier.

"A co do sugestii, że powinniśmy po prostu zamykać osoby starsze i najbardziej podatne - z całym cierpieniem, które by się z tym wiązało - muszę powiedzieć, że to po prostu nie jest realistyczne, ponieważ jeśli pozwolimy, by wirus rozprzestrzenił się na resztę populacji, nieuchronnie trafiłby i do osób starszych, i to w znacznie większej liczbie" - dodał.

Johnson przyznał, że jest "głęboko, duchowo niechętny" ograniczaniu czyjejś wolności, ale dodał: "jeśli nie podejmiemy działań, istnieje ryzyko, że będziemy musieli później podjąć bardziej zdecydowane kroki".

"Jeśli ludzie nie będą przestrzegać przedstawionych przez nas zasad, musimy zastrzec sobie prawo do pójścia dalej" - podkreślił. "A jednak największą bronią, którą wnosimy do tej walki jest zdrowy rozsądek samych ludzi - wspólne postanowienie tego kraju, aby razem pracować nad powstrzymaniem Covid" - dodał.

"Jeśli wspólnie będziemy przestrzegać tych prostych zasad, razem przetrwamy tę zimę. Nadchodzą niewątpliwie trudne miesiące, a walka z Covid bynajmniej nie jest zakończona. Nie mam jednak wątpliwości, że przed nami wielkie dni" - mówił Johnson. "Teraz jest czas dla nas wszystkich, aby przywołać dyscyplinę, determinację i ducha wspólnoty, który pozwoli nam przez to przejść" - zakończył Johnson.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

 

Johnson: dyscyplina i determinacja pozwolą nam pokonać epidemię

W Szkocji zakaz odwiedzin w domach rozciągnięty na cały kraj

Mieszkańcy Szkocji nie będą się mogli spotykać w domach z członkami innych gospodarstw domowych - ogłosiła we wtorek po południu szefowa szkockiego rządu Nicola Sturgeon w ramach nowych działań w celu zatrzymania epidemii koronawirusa.

Podjęte w Szkocji decyzje, tak jak to już było w przeszłości, idą dalej niż te ogłoszone dwie godziny wcześniej przez brytyjskiego premiera Borisa Johnsona, które odnoszą się tylko do Anglii.

"Środki, które dziś ogłaszam, są ciężkie - nie będę udawała, że jest inaczej - ale nie stanowią one pełnowymiarowej blokady w rodzaju tej nałożonej w marcu. W rzeczywistości dzisiejsze środki są próbą uniknięcia kolejnej blokady" - powiedziała Sturgeon w szkockim parlamencie.

Zgodnie z nimi, zakaz odwiedzin w domach, który obecnie obowiązuje w Glasgow i niemal całej środkowo-zachodniej Szkocji, zostaje od piątku rozciągnięty na cały kraj, choć wyłączone będą z niego dzieci do lat 12, samotni rodzice z dziećmi czy pary, które nie mieszkają razem. W przypadku spotkań w publicznych przestrzeniach zamkniętych, jak restauracje czy puby, oraz na otwartych przestrzeniach, w mocy pozostają dotychczasowe regulacje, czyli maksymalnie sześć osób z dwóch gospodarstw domowych.

"Jednym z powodów, dla których zdecydowaliśmy się to zrobić, jest fakt, że nasze wstępne dane sugerują, iż ograniczenie to zaczyna spowalniać wzrost liczby przypadków w zachodniej Szkocji. Jeśli więc rozszerzymy je teraz na cały kraj, wcześnie i prewencyjnie, mamy nadzieję, że pomoże to w obniżeniu liczby R (wskaźnika transmisji wirusa - PAP) i przywróceniu kontroli nad wirusem" - wyjaśniła Sturgeon.

Tak samo jak w Anglii puby, bary i restauracje będą musiały być zamykane o godz. 22, a wszyscy, którzy mogą pracować z domów, powinni to robić. Sturgeon zapowiedziała, że mogą zostać wprowadzone prawne regulacje mające wymóc na pracodawcach, by w sytuacjach gdy praca zdalna jest możliwa, zapewniali, by w ten sposób była wykonywana.

Zakaz spotykania się w domach przez członków różnych gospodarstw domowych we wtorek po południu wchodzi w życie także w Irlandii Północnej.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

 

W Szkocji zakaz odwiedzin w domach rozciągnięty na cały kraj

Johnson ogłasza zaostrzenie restrykcji w związku z koronawirusem

Brytyjski premier Boris Johnson ogłosił we wtorek dodatkowe restrykcje i wytyczne, które mają zatrzymać rozprzestrzenianie się koronawirusa i będą mogły pozostać w mocy nawet przez sześć miesięcy. Nie są one jednak tak ostre, jak spekulowano.

"Zawsze wiedzieliśmy, że choć zmusiliśmy wirusa do odwrotu, perspektywa drugiej fali pozostawała realna. Przykro mi to mówić, ale podobnie jak w Hiszpanii, Francji i wielu innych krajach, osiągnęliśmy niebezpieczny punkt krytyczny" - mówił po południu w Izbie Gmin Johnson, wyjaśniając konieczność zaostrzenia restrykcji.

Wbrew pojawiającym się od kilku dni medialnym spekulacjom, nie zostały wprowadzone - przynajmniej na razie - ogólnokrajowe ograniczenia, jeśli chodzi o spotykanie się osób z różnych gospodarstw domowych. Takie restrykcje obowiązują na sporych terenach kraju, gdzie zidentyfikowano lokalne ogniska choroby.

"Chcę podkreślić, że to w żadnym wypadku nie jest powrót do pełnego zamknięcia jak w marcu. Nie wydajemy ogólnego polecenia, aby pozostać w domu. Zadbamy o to, aby szkoły, uczelnie i uniwersytety pozostały otwarte - ponieważ nic nie jest ważniejsze od edukacji, zdrowia i dobrego samopoczucia naszych młodych ludzi. Zapewnimy, że przedsiębiorstwa będą mogły pozostać otwarte w sposób zgodny z zasadami bezpieczeństwa. Musimy jednak podjąć działania w celu powstrzymania tej choroby" - mówił Johnson.

W ramach wprowadzonych zmian obowiązującym od teraz zaleceniem jest to, by każdy, kto może pracować z domu, to robił. Jak zaznaczył Johnson, te prace, których nie da się wykonywać zdalnie, jak budownictwo, produkcja przemysłowa czy handel detaliczny, mogą być kontynuowane.

Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią od czwartku wszystkie puby, bary i restauracje w Anglii muszą być zamykane o godz. 22 i wprowadzone zostanie prawny wymóg obsługi klientów wyłącznie przy stolikach, co obecnie jest tylko zaleceniem. Zwiększone zostaną kary dla lokali, które nie przestrzegają tych wymogów.

Również od czwartku zmniejszona zostanie liczba osób mogących brać udział w ślubach i weselach - z 30 do 15, natomiast w przypadku pogrzebów dotychczasowe wytyczne zostają bez zmian.

Nakaz zasłaniania twarzy rozszerzony zostaje na personel w handlu detalicznym, wszystkich kierowców i pasażerów taksówek i usług przewozu osób, a także pracowników i klientów w sektora gastronomiczno-hotelarskiego, z wyjątkiem sytuacji, gdy siedzą przy stole w celu jedzenia lub picia. Ponadto wszystkie wytyczne dotyczące handlu detalicznego, rekreacji, gastronomii i podobnych sektorów staną się zobowiązaniami prawnymi, a przedsiębiorstwa, które je naruszą, zostaną ukarane grzywną i mogą zostać zamknięte.

Wstrzymane zostają plany wznowienia od 1 października konferencji, wystaw i targów, a także imprez sportowych z udziałem publiczności.

Zaostrzone zostają kary za nieprzestrzeganie reguł - przedsiębiorstwa, które nie będą ich przestrzegać mogą zostać ukarane grzywną do 10 tys. funtów, a kara za łamanie "reguły sześciu" - czyli spotykanie się w grupach większych niż sześć osób - oraz za niezasłanianie twarzy tam, gdzie jest to wymagane, zostanie podwojona do 200 funtów w przypadku pierwszego wykroczenia.

"Muszę podkreślić, że jeśli wszystkie nasze działania nie doprowadzą do obniżenia wartości R poniżej 1, wtedy zastrzegamy sobie prawo do zastosowania większej siły ogniowej ze znacznie większymi ograniczeniami" - powiedział Johnson. Wartość współczynnika R poniżej 1 oznacza, że epidemia się cofa, powyżej - że się rozwija. Obecnie w całym kraju R jest powyżej 1.

Decyzje ogłoszone przez Johnsona odnoszą się tylko do Anglii, bo ochrona zdrowia w Szkocji, Walii i Irlandii Północnej jest w kompetencjach tamtejszych rządów, ale jak podkreślił brytyjski premier, skonsultowane i skoordynowane zostały one z władzami pozostałych części Zjednoczonego Królestwa i ich tamtejsze rządy wkrótce poinformują o wprowadzeniu analogicznych działań.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

 

foto : PrtScr

Johnson ogłasza zaostrzenie restrykcji w związku z koronawirusem

Lider opozycji apeluje do byłych laburzystowskich wyborców o powrót

Lider brytyjskiej opozycyjnej Partii Pracy Keir Starmer zaapelował we wtorek do tych zwolenników, którzy się odwrócili od ugrupowania, by spojrzeli na nie ponownie. Zapewnił, że laburzyści chcą być czymś więcej niż tylko kompetentną opozycją.

Apel ten Starmer wygłosił w ostatnim dniu konferencji programowej Partii Pracy, którą w tym roku - z powodu epidemii koronawirusa - w całości przeniesiono do internetu. Była to pierwsza konferencja laburzystów ze Starmerem w roli lidera; w kwietniu zastąpił on na tym stanowisku zdecydowanie bardziej lewicowego Jeremy'ego Corbyna.

Choć konferencja odbywa się online, Starmer swoje przemówienie wygłosił w Doncaster na północy Anglii. To jedno z miast tzw. czerwonej ściany - okręgów, gdzie tradycyjnie, często od dziesięcioleci głosowano na Partię Pracy, ale których sporą część laburzyści utracili w ostatnich wyborach, w grudniu 2019 roku. Wybór Doncaster jako miejsca przemówienia był czytelnym sygnałem, że partia chce tych wyborców odzyskać.

"Do tych ludzi w Doncaster i Deeside, w Glasgow i Grimsby, w Stoke i w Stevenage, do tych, którzy odwrócili się od Partii Pracy, mówię: słyszymy was. Proszę was: spójrzcie jeszcze raz na Partię Pracy. Jesteśmy pod nowym kierownictwem" - mówił Starmer, przyznając, że laburzyści zasłużyli na porażkę w ostatnich wyborach, bo stracili kontakt z elektoratem. Zapewnił, że nigdy więcej nie będzie sytuacji, w której wyborcy nie będą ufać Partia Pracy w kwestiach takich jak bezpieczeństwo narodowe, miejsca pracy, czy finanse publiczne.

Nowy lider Partii Pracy zarówno atakował obecnego premiera Borisa Johnsona, któremu zarzucał niekompetencję, jak i wyraźnie odcinał się od swojego poprzednika Corbyna. Przyznał, że odbudowa zaufania wyborców zajmie sporo czasu, a Partia Pracy musi odzyskać umiejętność wygrywania. Wybory z grudnia zeszłego roku były czwartymi z rzędu przegranymi przez tę partię.

"Stajemy się kompetentną, wiarygodną opozycją, ale to nie wystarczy. Nie przyszedłem do polityki, żeby być w opozycji, i ty też nie. Przyszedłem do polityki, by zmieniać życie ludzi. Ale nie dostaniemy pozwolenia na działanie, dopóki społeczeństwo nam nie zaufa" - mówił lider laburzystów.

Dystansowaniem się od Corbyna były też patriotyczne odwołania w wystąpieniu Starmera, których za czasów jego poprzednika nie było wcale. "Kochamy ten kraj tak jak wy. To jest kraj, w którym dorastałem i to jest kraj, w którym się zestarzeję. I chcę, żeby był on taki, jak wiem, że może być" - mówił.

Starmer przedstawił swoją wizję Wielkiej Brytanii, zapewniając, że rząd Partii Pracy będzie odpowiednio finansował usługi publiczne, tworzył światowej klasy system edukacji, inwestował w umiejętności i stał się "aktywną siłą na rzecz dobra na świecie" poprzez przeciwdziałanie zmianom klimatu. Zapewnił, że będzie za wszelką cenę walczył o utrzymanie jedności Wielkiej Brytanii, a także, że debata na temat Unii Europejskiej jest zakończona i celem musi być wyłącznie zawarcie umowy z Brukselą na temat przyszłych relacji.

Atakował Johnsona za błędy w reakcji na epidemię koronawirusa. "Wprawia mnie w złość to, że kiedy kraj potrzebuje przywództwa, otrzymujemy seryjną niekompetencję. Myślę, że wiele się dowiedzieliśmy o tym premierze. On po prostu nie jest poważny. Po prostu nie nadaje się do tej pracy" - przekonywał Starmer.

Na odbudowę zaufania do laburzystów Starmer ma sporo czasu, bo najbliższe wybory do Izby Gmin zaplanowane są dopiero na koniec 2024 roku, ale ten proces już się zaczął. Według opublikowanego w piątek sondażu Partia Pracy po raz pierwszy od czasu kiedy Johnson został premierem w lipcu zeszłego roku zrównała się w poparciu z rządzącymi konserwatystami. A sam Starmer cieszy się obecnie większym zaufaniem wyborców niż Johnson.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

 

Lider opozycji apeluje do byłych laburzystowskich wyborców o powrót
Image

Świetna aplikacja! Pobierz!

Image
Image

Jesteś świadkiem ciekawych wydarzeń?

Zarejestruj się i podziel się swoją historią

Zostań autorem
Image
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo

Korzystając z naszej strony, wyrażasz zgodę na wykorzystywanie przez nas plików cookies - Polityka prywatności. Zaktualizowaliśmy naszą politykę przetwarzania danych osobowych - RODO. Więcej dowiesz się TUTAJ.