Hide
BĄDŹ NA BIEŻĄCO!
Follow on Facebook
Facebook
Show
Tue, Sep 21, 2021

Biznes

Biznes

All Stories

Wielka Brytania i UE zintensyfikują w lipcu negocjacje w sprawie umowy handlowej

Wielka Brytania uzgodniła z Unią Europejską zintensyfikowanie w lipcu harmonogramu negocjacji w sprawie przyszłych relacji handlowych po zakończeniu okresu przejściowego po brexicie - poinformował w czwartek brytyjski rząd.

"Ten nowy proces będzie obejmował połączenie formalnych rund negocjacyjnych i spotkań mniejszych grup, zarówno w Londynie, jak i w Brukseli, przy założeniu, że umożliwią to wytyczne dotyczące zdrowia publicznego" - napisano w wydanym oświadczeniu.

Rozmowy będą odbywały się co tydzień między tygodniami rozpoczynającymi się 29 czerwca a 27 lipca.

Równocześnie poinformowano, że brytyjski premier Boris Johnson odbędzie w poniedziałek rozmowy - w formie wideokonferencji - z przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen, przewodniczącym Rady Europejskiej Charlesem Michelem i szefem Parlamentu Europejskiego Davidem Sassolim, aby dać nowy impuls w negocjacjach.

W zeszłym tygodniu, po czwartej i ostatniej jak dotychczas rundzie negocjacyjnej, zarówno główny brytyjski negocjator David Frost, jak i unijny - Michel Barnier mówili o bardzo niewielkim postępie w negocjacjach.

Wielka Brytania formalnie opuściła Unię Europejską 31 stycznia tego roku, ale w jej stosunkach z Brukselą na razie niewiele się zmieniło ze względu na trwający do końca 2020 r. okres przejściowy. Przed jego upływem powinno zostać zawarte nowe porozumienie handlowe, gdyż w przeciwnym razie od stycznia 2021 r. relacje opierałyby się na ogólnych zasadach Światowej Organizacji Handlu, czyli możliwe byłyby cła i inne bariery. Brytyjski rząd cały czas wyklucza możliwość zwrócenia się z prośbą o przedłużenie okresu przejściowego.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

8,9 mln pracowników objętych rządowym systemem dotowania pensji

Ok. 8,9 mln pracowników, czyli więcej niż jedna czwarta brytyjskiej siły roboczej, jest obecnie objętych rządowym systemem subsydiowania pensji, a jego dotychczasowe koszty sięgnęły 19,6 mld funtów - poinformowało we wtorek brytyjskie ministerstwo finansów.

Program, który ma na celu złagodzenia gospodarczych skutków epidemii koronawirusa, pozwala pracodawcom otrzymać zwrot 80 proc. wynagrodzenia pracowników - do kwoty 2500 funtów miesięcznie - jeśli mimo spadku przychodów firmy nie zostaną oni zwolnieni, lecz wysłani na urlopy.

W podobnym programie dla osób pracujących na własny rachunek złożono dotychczas 2,6 mln wniosków o wartości 7,5 mld funtów. Różni się on tym, że jest to dotacja wypłacana w jednej racie obejmującej trzy miesiące. Jej wysokość to 80 proc. średniego przychodu z trzech ostatnich miesięcy przed epidemią. Osoby prowadzące działalność na własny rachunek mogą nadal, do 13 lipca, mogą się ubiegać się o pierwszą dotację z tego funduszu. Przyjmowanie wniosków o drugą dotację rozpocznie się w sierpniu.

Najnowsze dane ministerstwa finansów dla obu systemów obejmują wszystkie wnioski złożone do północy 7 czerwca.

Program subsydiowania pensji urlopowanych pracowników początkowo miał obejmować trzy miesiące - marzec, kwiecień i maj, ale został dwukrotnie przedłużony i będzie funkcjonował do końca października.

Jednak będą stopniowo wprowadzane zmiany w systemie. Od lipca firmy korzystające z programu będą mogły zatrudniać pracowników w niepełnym wymiarze godzin. Nawet jeśli tego nie zrobią, rząd będzie nadal wypłacał 80 proc. wynagrodzenia pracowników w lipcu.

Od sierpnia pracodawcy będą musieli płacić składki socjalne i emerytalne pracowników, we wrześniu z budżetu państwa będzie zwracane 70 proc. pensji, a we wrześniu - 60 proc., zaś pracodawcy będą musieli uzupełnić pozostałą cześć, tak, by pracownicy nadal otrzymywali 80 proc. wynagrodzenia sprzed epidemii.

Według wyliczeń niezależnego od rządu Biura Odpowiedzialności Budżetowej (OBR), koszt rządowych działań podjętych w odpowiedzi na epidemię koronawirusa ma wynieść 123,2 mld funtów. OBR spodziewa się, że w bieżącym roku finansowym deficyt budżetowy kraju wzrośnie do 15,2 proc. brytyjskiego PKB, co będzie najwyższym poziomem od 22,1 proc. odnotowanych pod koniec II wojny światowej.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

KE zaczyna drugą fazę konsultacji ws. płacy minimalnej w UE

KE rozpoczęła w środę drugą fazę konsultacji ze związkami zawodowymi i organizacjami pracodawców ws. płacy minimalnej, którą mieliby zostać objęci wszyscy pracownicy w UE. W ciągu kilku miesięcy zapadnie decyzja, czy w tej sprawie będą rekomendacje czy dyrektywa.

Temat ten był dyskutowany na środowym posiedzeniu kolegium komisarzy UE. Na przełomie stycznia i lutego Komisja przeprowadziła pierwszy etap konsultacji, jednak cieszył się on ograniczonym zainteresowaniem. Uwagi zgłosiło 23 partnerów społecznych z całej UE.

"Na podstawie otrzymanych odpowiedzi KE zdecydowała, że wymagane jest podjęcie działania na poziomie europejskim" - powiedział na środowej konferencji prasowej w Brukseli rzecznik KE Eric Mamer.

Temat płacy minimalnej pojawił się jeszcze w poprzedniej Komisji, którą kierował Jean-Claude Juncker, jednak sprawa nie wyszła poza dyskusje. Nowa przewodnicząca KE Ursula von der Leyen przejęła ten pomysł i wzięła go na sztandary starając się w ubiegłym roku o poparcie swojej kandydatury w Parlamencie Europejskim.

Ostatnie wydarzenia związane z kryzysem wywołanym przez pandemię koronawirusa - słychać w Brukseli - jeszcze bardziej zwiększyły potrzebę działań UE, by ograniczyć rosnące nierówności płac i ubóstwo pracujących.

Komisja zastrzega, że jej celem nie jest ustanowienie jednolitej europejskiej płacy minimalnej, co, biorąc pod uwagę różnice w rozwoju poszczególnych państw i zarobki w nich, byłoby trudne. Nie chodzi też o zharmonizowanie systemów ustalania takiej płacy.

W dokumencie, który jest podstawą drugiego etapu konsultacji, określono możliwe warianty działania UE, by zapewnić, aby płace minimalne były ustalane na odpowiednich poziomach i chroniły wszystkich pracowników. Na razie nie ma jeszcze rozstrzygnięć, ale z zapowiedzi KE wynika, że chce ona postawić na dobrze funkcjonujący system negocjacji zbiorowych dotyczący ustalania płac.

W Polsce o wysokości płacy minimalnej dyskutuje się w ramach komisji trójstronnej z udziałem przedstawicieli rządu, związków zawodowych i pracodawców. W niektórych krajach członkowskich płace ustala się jednak nie dla całej gospodarki, ale sektorowo, podczas gdy w innych w ogóle nie ma takich rozwiązań.

Dlatego urzędnicy z Brukseli wskazują, że krajowe ramy prawne powinny umożliwiać ustanowienie i regularne aktualizowanie ustawowej płacy minimalnej według jasnych i stabilnych kryteriów. Plan KE zakłada też, że partnerzy społeczni będą mieli rzeczywisty udział w procesie ustalania takiej płacy, a różnice w jej poziomach i odstępstwa będą wyeliminowane lub ograniczone.

"Co szósty pracownik w UE zalicza się do nisko uposażonych, a większość z nich stanowią kobiety. To te osoby podtrzymywały nasze społeczeństwa i gospodarki, kiedy wszystko inne musiało się zatrzymać. Paradoksalnie jednak to właśnie w tych pracowników kryzys uderzy najmocniej. Działania na rzecz inicjatywy w sprawie płac minimalnych w UE to istotny element naszej strategii odbudowy. Każdy zasługuje na godziwy poziom życia" - podkreślił w oświadczeniu unijny komisarz do spraw miejsc pracy i praw socjalnych Nicolas Schmit.

Po konsultacjach, które będą prowadzone do 4 września, Komisja ma rozstrzygnąć, za pomocą jakich środków chce zająć się tym tematem. Rozważana jest dyrektywa, którą wdrożyć musiałyby wszystkie państwa członkowskie, albo zalecenie przyjmowane przez Radę UE. Bruksela zapewnia, że niezależnie od tego, na co się zdecyduje, jej propozycja będzie odzwierciedlała krajowe uwarunkowania, układy zbiorowe lub przepisy prawne.

Z Brukseli Krzysztof Strzępka (PAP)

Obraz joffi z Pixabay 

Media: szef Banku Anglii zalecił bankom przygotowania do braku umowy z UE

Gubernator Banku Anglii (BoE) Andrew Bailey powiedział szefom największych brytyjskich banków, by w obliczu impasu w rozmowach między Londynem a Brukselą zintensyfikowali przygotowania do braku porozumienia - podała w środę stacja Sky News.

Według stacji, słowa te padły podczas wtorkowej wideokonferencji, w której uczestniczyli m.in. prezesi Barclays, HSBC, Lloyds Banking Group i Royal Bank of Scotland, czyli tzw. wielkiej czwórki brytyjskiego sektora bankowego. Jak twierdzi źródło Sky News, rozmowy z Unią Europejską były głównym tematem dyskusji.

Jak komentuje Sky News, uwagi Baileya podczas rozmowy z szefami banków sugerują, że w Banku Anglii nastąpiła zmiana założeń co do wyniku trwających rozmów między Wielką Brytanią a Unią Europejską. Przypomina też, że zalecenie to pojawiło się w momencie, gdy największe brytyjskie banki zmagają się z gospodarczymi efektami pandemii koronawirusa.

W tym tygodniu rozpoczęła się – zaplanowana do piątku - ostatnia runda negocjacji przed upływem przypadającego na koniec czerwca terminu, w którym ma się wyjaśnić ich ciąg dalszy, jeśli Wielka Brytania miałaby zwrócić się o przedłużenie okresu przejściowego poza 2020 r., choć brytyjski premier Boris Johnson wielokrotnie wykluczał taką możliwość. Zapowiadał natomiast, że jeśli do końca czerwca nie będzie postępu w negocjacjach, Wielka Brytania może je zerwać, aby skupić się na przygotowaniach do zakończenia okresu przejściowego bez umowy.

Biuro brytyjskiego premiera poinformowało na początku tygodnia, że Johnson przed końcem miesiąca prawdopodobnie przeprowadzi osobiste rozmowy z przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen.

Zakończenie bez porozumienia handlowego trwającego 11 miesięcy okresu przejściowego po brexicie oznaczałoby, że obie strony będą handlować zgodnie z zasadami Światowej Organizacji Handlu (WTO), czyli możliwe będą cła i inne bariery, a to będzie miało wpływ na klientów korporacyjnych banków ze wszystkich głównych sektorów gospodarki.

W swoim przesłuchaniu przez posłów przed nominacją Bailey mówił, że brak porozumienia zwiększy bariery handlowe w stosunku do kompleksowej umowy o wolnym handlu, a brak środków łagodzących "może uczynić handel bardziej kosztownym lub trudniejszym w stosunku do kompleksowej umowy o wolnym handlu, co zmniejszy obroty handlowe i bezpośrednie inwestycje zagraniczne".

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

UE/Komisarz ds. budżetu: pieniądze na odbudowę będą przyznawane warunkowo

Pieniądze na odbudowę gospodarczą będą przyznawane po spełnieniu przez państwa UE odpowiednich warunków, np. wprowadzania reform dot. wieku emerytalnego czy dążenia do celu neutralności klimatycznej - oświadczył w czwartek komisarz ds. budżetu Johannes Hahn.

Deklaracja ta padła dzień po przedstawieniu przez Komisję Europejską propozycji budżetu UE na lata 2021-2027 wraz ze środkami na ożywienie gospodarcze po załamaniu wywołanym pandemią. Projekt został dobrze przyjęty przez Warszawę, bo przewiduje, że Polska będzie po Włoszech i Hiszpanii trzecim największym odbiorcą pożyczek i grantów na odbudowę po koronawirusie. Z 750 mld euro nad Wisłę ma trafić około 64 mld euro.

"Kalkulacja (podziału środków - PAP) jest oparta o formułę, która bierze pod uwagę PKB i poziom bezrobocia w określonym czasie. To na ten moment zaprowadziło do propozycji alokacji środków dla Polski i innych krajów" - powiedział w Brukseli niewielkiej grupie dziennikarzy, w tym PAP, komisarz ds. budżetu.

Komisja nie ma zamiaru bezwarunkowo udostępniać ogromnych funduszy państwom członkowskim. Chce, by ich wykorzystanie związane było z wdrażaniem reform wynikających z unijnego cyklu zarządzania gospodarczego, określanego semestrem europejskim. W jego ramach kraje unijne dopasowują swoją politykę budżetową i gospodarczą do celów i zasad ustalonych na szczeblu UE. Obecnie jednak nie ma żadnych sankcji za bagatelizowanie rekomendacji.

To jednak ma się zmienić. Projekt KE przewiduje, że państwa, które będą chciały korzystać ze środków na odbudowę będą musiały przygotować i złożyć do KE odpowiedni plan. Po jego uzgodnieniu monitorowanie będzie jego wdrażanie i kolejne transze funduszy będą przelewane dopiero, gdy KE uzna, że kraj wypełnił swoje zobowiązania.

"Powinniśmy wykorzystać obecny kryzys, żeby odpowiednio wyposażyć nasze państwa członkowskie, by były odporniejsze na kolejne kryzysy" - zaznaczył Hahn. Jak dodał koncepcja ta nie ma być czymś sztucznym. Jako analogię wskazał na banki, które przed dekadą były niedostatecznie odporne na kryzys, ale po wdrożeniu szeregu reform ustalonych na poziomie unijnym udało się to zmienić. "Można zbudować odporność. Teraz chcemy to zrobić na skalę europejską" - powiedział Austriak.

Wzmacnianie zdolności reagowania na kryzysy i absorbowania szoków nie będzie dotyczyło tylko Włoch czy Hiszpanii, które najmocniej dotknął koronawirus, ale wszystkich państw członkowskich. Nie wszędzie recepty mają być jednak takie same. Hahn jako przykład podał Chorwację, która jest najmocniej uzależnionym od turystyki państwem w UE. Sektor ten odpowiada tam za 1/4 PKB. "Jeśli chodzi o rozłożenie ryzyka, to nie jest zdrowa sytuacja. Dla mnie budowanie odporności oznacza inwestowanie w dywersyfikację gospodarczą" - tłumaczył Hahn.

Jak dodał, w innych krajach ryzyka mogą być inne, ale są i takie, które występują prawie wszędzie. "Dla prawie wszystkich krajów są rekomendacje dotyczące systemu emerytalnego. Mamy starzejące się społeczeństwo, ale zwykle system emerytalny nie jest do tego dostosowywany. To może uruchomić wiele problemów budżetowych w przyszłości" - zauważył Hahn.

W przypadku Polski ważne będą zmiany dotyczące sektora energetycznego i węglowego. Jedną z odpowiedzi na kryzys zaproponowaną przez KE jest zwiększenie z 7,5 do 40 mld euro funduszu na sprawiedliwą transformację. Do regionów nad Wisłą ma trafić największa jego część, bo 8 mld euro (6 mld euro więcej niż przewidywano wcześniej).

Polska jako jedyny kraj z UE nie zgodziła się jednak na cel osiągniecia neutralności klimatycznej w 2050 r. Zdaniem Hahna nowe środki to argument za tym, by zmienić to podejście.

"Główny cel funduszu to pomoc regionom mocno uzależnionym od węgla. On jest bardzo mocno nakierowany na Polskę. Zwiększenie o 6 mld euro środków na fundusz sprawiedliwej transformacji to bardzo mocny argument, żeby zgodzić się na cały pakiet" - zaznaczył komisarz.

KE trzyma się swojej propozycji dotyczącej powiązania dostępu do środków unijnych z praworządnością. Przez m.in. sprzeciw Polski przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel w swojej propozycji na szczyt w lutym "rozwodnił" propozycję KE, by trudniej było zamrażać środki krajom mającym problemy. KE wróciła jednak do pierwotnego, ostrzejszego rozwiązania. "Słuchamy m.in. krajów oszczędnych (tak określane są Holandia, Dania, Szwecja i Austria - PAP). Dla nich to bardzo ważna sprawa" - wskazał komisarz ds. budżetu. Jak dodał, twardych rozwiązań ws. praworządności domagał się też PE, który również ma rolę do odegrania w procesie decyzyjnym ws. przyszłego budżetu UE.

Z Brukseli Krzysztof Strzępka (PAP)

KE zatwierdziła kolejny element tarczy finansowej

Komisja Europejska zatwierdziła w piątek polski program pomocy o wartości 1,6 mld euro na zrekompensowanie przedsiębiorstwom strat poniesionych z powodu pandemii Covid-19 i na zapewnienie pomocy na utrzymanie płynności finansowej.

Program, którym będzie zarządzać Polski Fundusz Rozwoju, jest częścią tarczy finansowej dla dużych przedsiębiorstw. Jego budżet całkowity wynosi około 5,5 mld euro i będzie on otwarty dla dużych firm oraz niektórych większych MŚP zarejestrowanych nad Wisłą.

"Program o budżecie 1,6 mld euro umożliwi Polsce zrekompensowanie szkód poniesionych przez duże oraz niektóre małe i średnie przedsiębiorstwa w związku z pandemią. Jednocześnie pomoże zaspokoić ich bezpośrednie zapotrzebowanie na płynność. Dzięki temu przedsiębiorstwa te będą mogły kontynuować działalność w trakcie pandemii koronawirusa i po jej zakończeniu" - podkreśliła w piątkowym oświadczeniu wiceszefowa KE Margrethe Vestager.

Pomoc będzie udzielana w formie subsydiowanych pożyczek oprocentowanych na korzystnych zasadach. Będą one mogły zostać spłacone do 30 września 2021 r. Wysokość spłat nie ma przekraczać 75 proc. rzeczywistej szkody poniesionej przez firmy, które będą beneficjentami pomocy, między 1 marca a 31 sierpnia tego roku, bezpośrednio w związku z pandemią koronawirusa. W związku z tym beneficjentom zostanie zapewniona natychmiastowa płynność poprzez pożyczki.

Program zakłada, że pomoc będzie udzielana w formie pożyczek, które zostaną później częściowo umorzone. Firmy nie będą musiały spłacać kwot, które będą odpowiadały stratom poniesionym w związku z pandemią.

"Działamy w ścisłym kontakcie i we współpracy z Polską, podobnie jak kontynuujemy współpracę ze wszystkimi państwami członkowskimi po to, by krajowe środki wsparcia można było wprowadzić jak najskuteczniej i jak najszybciej, zgodnie z przepisami UE" - zaznaczyła Vestager.

Komisja uważa, że pandemię Covid-19 można uznać za zdarzenie nadzwyczajne, ponieważ jest ona wyjątkowa, nieprzewidywalna i ma znaczący wpływ na gospodarkę. W związku z tym uzasadnione są wyjątkowe interwencje państw członkowskich, by zrekompensować straty związane z tym kryzysem. KE ocenia, że polski program pomocy zrekompensuje straty, które mają z nim bezpośredni związek. Urzędnicy z Brukseli uznali, że polskie wsparcie jest proporcjonalne, bo przewidziana rekompensata nie wykracza poza to, co jest konieczne do naprawienia szkody, zgodnie z prawem UE.

W poniedziałek KE dała zielone światło na pierwszy element trzeciej tarczy finansowej warty 2,2 miliarda euro. Do zatwierdzenia zostaje jeszcze jej jedna, trzecia część o wartości 7,5 mld złotych (ok. 1,7 mld euro).

Z Brukseli Krzysztof Strzępka (PAP)

Produkcja samochodów spadła o 99,7 proc. - do 197 sztuk

Tylko 197 samochodów osobowych wyprodukowano w kwietniu w Wielkiej Brytanii, co oznacza spadek o 99,7 proc. w porównaniu z kwietniem 2019 roku i najniższą liczbę od zakończenia II wojny światowej - podało w piątek stowarzyszenie producentów i sprzedawców samochodów SMMT.

Po wprowadzeniu pod koniec marca restrykcji mających zatrzymać epidemię koronawirusa zdecydowana większość brytyjskich fabryk samochodowych wstrzymała produkcję, a część z nich odpowiadając na apel rządu przestawiła się na wytwarzanie środków ochrony osobistej dla personelu medycznego lub włączyła się w produkcję respiratorów.

Jak wyjaśniło SMMT, te 197 samochodów to pojazdy luksusowe i sportowe, których proces produkcyjny był już zaawansowany w momencie wprowadzenia restrykcji. 45 z nich pozostało w Wielkiej Brytanii, 152 wyeksportowano. W kwietniu brytyjskie fabryki samochodowe wyprodukowały natomiast prawie 711,5 tys. sztuk środków ochrony osobistej.

Praktycznie całkowite wstrzymanie produkcji w kwietniu oznacza, że przez cztery pierwsze miesiące roku z brytyjskich fabryk wyjechało o prawie 122 tys. samochodów mniej niż w analogicznym okresie zeszłego roku.

Według przywołanej przez SMMT niezależnej prognozy Auto Analysis, w efekcie produkcja spadnie w tym roku poniżej miliona sztuk, podczas gdy przed epidemią prognozowano, iż wyniesie ona 1,27 mln. Poprzedni przypadek, by produkcja była tak niska, miał miejsce w 2009 roku w trakcie globalnego kryzysu finansowego, ale wówczas do miliona zabrakło zaledwie 540 sztuk, zaś jeszcze wcześniej zdarzyło się to na początku lat 80.

"W związku z tym, że w kwietniu fabryki samochodowe w Wielkiej Brytanii przestały działać, liczby te nie są zaskakujące, ale podkreślają one ogromne wyzwanie stojące przed branżą, której przychody w ubiegłym miesiącu spadły do zera. Producenci zaczynają wychodzić z przedłużającego się przestoju w bardzo niepewnym świecie, a wzrost produkcji będzie procesem stopniowym, dlatego rząd musi współpracować z nami, aby przyspieszyć ożywienie w tym zasadniczo silnym sektorze, stymulować inwestycje i chronić miejsca pracy" - podkreślił szef SMMT Mike Hawes.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

UE szykuje się do negocjacji budżetowych, jakich nie było nigdy wcześniej

W uzgodnionym w środę unijnym funduszu odbudowy o wartości 750 miliardów euro nadal pozostaje kilka nierozstrzygniętych kwestii, a fakt, że jest on powiązany z przyszłym budżetem powoduje, iż negocjacje będą bezprecedensowe, ocenia w czwartek "Financial Times". Jak dodaje gazeta, Włochy mogłyby się ubiegać o prawie 82 mld euro, Hiszpania o 77 mld, Francja o 39 mld a Polska - 38 mld.

"Ursula von der Leyen objęła urząd w zeszłym roku, wiedząc, że stoi w obliczu ostrej walki o kolejny siedmioletni budżet UE, ale nigdy nie mogła sobie wyobrazić, że tak będzie. To, co zawsze miało być przedłużającym się targowaniem się przywódców UE, stało się teraz pytaniem o to, jak bardzo blok jest skłonny pomóc regionom najbardziej dotkniętym przez pandemię - i jak to zrobić" - pisze "FT".

"FT" przypomina, że o przyszły siedmioletni budżet państwa UE spierają się od 2018 r., a jeszcze w lutym, przed pandemią przywódcy spędzili dwa dni w Brukseli spierając się o ułamek punktu procentowego, tymczasem teraz przewodnicząca KE prosi ich o poparcie tego, co określiła jako odważny krok naprzód i co zwiększy budżetową siłę ognia o ponad dwie trzecie. Jednocześnie wiążąc fundusz - nazwany "Next Generation EU" - z trwającymi negocjacjami budżetowymi, von der Leyen stworzyła rozległą przestrzeń, na której rządy mogą się targować w trakcie starań o porozumienie.

"FT" wylicza cztery główne pytania, jakie pozostają do rozstrzygnięcia. Pierwsze to kwestia tego, czy pieniądze te są pożyczkami, czy też grantami. "Pomysł, aby pozwolić Komisji na pożyczanie pieniędzy i wypłacanie ich w formie dotacji, jest jednak bardzo niekomfortowy dla państw oszczędnych (Holandii, Austrii, Szwecji i Danii - PAP), ponieważ pachnie to finansowaniem deficytu" - pisze "FT".

Gazeta wskazuje, że kompromisem mogłoby być osłabienie komponentu dotacji i wzmocnienie części pakietu, którą stanowią pożyczki. Może być połączone z wyraźnym zapewnieniem, że fundusz naprawczy jest programem krótkotrwałym i tymczasowym, a także z zaostrzeniem warunków dotyczących grantów oraz zapewnieniami w kwestii przyszłego unijnego budżetu.

Drugie pytanie dotyczy tego, jak te wszystkie nowe zobowiązania UE zostaną spłacone. Jak pisze "FT", Komisja ma gotową odpowiedź na to pytanie: mianowicie, aby państwa członkowskie stworzyły pakiet nowych podatków i opłat oraz przekazały Komisji dochody jako "zasoby własne". Ale jak zwraca uwagę dziennik, ministerstwa finansów państw członkowskich tradycyjnie są niechętne temu, by zgodzić się na nowe źródła dochodów dla UE, a teraz ich finanse znajdują się pod jeszcze większą presją. Alternatywą mogłoby być zacieśnienie przyszłych budżetów UE i obcięcie niektórych priorytetów kosztem spłacania długów.

Trzecia kwestia to warunki, na jakich te pieniądze miałyby być przekazywane. Jak pisze "FT", lwia część kwoty 750 mld euro zostanie przeznaczona na specjalny instrument na rzecz odbudowy i odporności, który będzie miał uprawnienia do wypłacania dotacji i pożyczek. Miałby on zadanie dopilnować, aby wydatki odpowiadały priorytetom UE i były zgodne z zaleceniami, które Bruksela przekazuje rządom w ramach corocznego przeglądu krajowych planów wydatków. Rządy przedstawiłyby pakiety proponowanych reform i inwestycji, które musiałyby zostać podpisane przez Brukselę, ale także przez inne państwa, zanim możliwe będzie odblokowanie środków. Niektóre z państw północnych już teraz przygotowują się do żądania bardziej rygorystycznych reform jako jednego z warunków wsparcia programu.

Wreszcie jest kwestia tego, w jaki sposób te pieniądze miałyby być dzielone pomiędzy państwa członkowskie, bo klucza podziału Bruksela jeszcze nie ujawniła. Według schematu podziału przywoływanego przez "FT", Włochy mogłyby się ubiegać o prawie 82 mld euro, Hiszpania o 77 mld, Francja o 39 mld, Polska - 38 mld, ale np. Niemcy o 29 mld. Jednak duża część pożyczonych środków nie została jeszcze rozdzielona dla poszczególnych państw członkowskich, ponieważ jest ona przeznaczona na inne programy UE, w tym na mechanizm wsparcia wypłacalności przedsiębiorstw oraz program inwestycji strategicznych.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Easyjet zwolni 30 proc. personelu, około 4,5 tys. pracowników

Brytyjskie linie lotnicze Easyjet poinformowały w czwartek, że planują zwolnienie 30 proc. personelu, czyli około 4,5 tys. z ponad 15 tys. pracowników, oraz zmniejszenie flotę samolotów, by dostosować się do zmian na rynku w konsekwencji pandemii koronawirusa.

Niskokosztowy przewoźnik, który zatrudnia pracowników w ośmiu krajach europejskich, zapowiada podjęcie w najbliższych dniach konsultacji z personelem w sprawie restrukturyzacji.

Firma ma zamiar zmniejszyć liczbę samolotów do ok. 302 maszyn, czyli o około 50 mniej niż przewidywana flota, która miała obsługiwać połączenia Easyjet w 2021 roku według planów sprzed pandemii.

Dyrektor wykonawczy linii Johan Lundgren powiedział, że firma nie planuje podniesienia kapitału, ale rozważy takie rozwiązanie w przyszłości, weźmie też pod uwagę inne rozwiązania dotyczące obniżenia kosztów pracy, aby zachować rentowność.

W ubiegłym tygodniu linie poinformowały, że 15 czerwca uruchomią część połączeń w Wielkiej Brytanii i Francji przy zachowaniu zasad bezpieczeństwa związanych z koronawirusem, w tym obowiązku noszenia masek przez załogę i pasażerów.

W czwartek firma ogłosiła, że rezerwacje poczynione już na tegoroczne lato napawają optymizmem. Easyjet zakłada jednak, że liczba połączeń, jakie wykona od lipca do września, wyniesie tylko 30 proc. lotów z lata 2019 roku, a powrót do normalnego poziomu funkcjonowania nastąpi dopiero w 2023 roku.

Samoloty Easyjet są uziemione od marca ze względu na pandemię Covid-19, firma zamierza jednak wznowić najpierw połączenia krajowe, a potem będzie rozszerzać ofertę.

W połowie kwietnia linie Easyjet poinformowały, że dzięki dwóm kredytom są w stanie przetrwać dziewięć miesięcy z zakazem lotów.(PAP)

Obraz Hugo Petitjean z Pixabay 

Pracownicy Dysona odmówili powrotu z pracy zdalnej

Brytyjska firma Dyson - znana przede wszystkim z produkcji odkurzaczy - poleciła pracownikom powrót do pracy stacjonarnej wbrew rządowym zaleceniom, po czym na skutek ich buntu, po jednym dniu wycofała się z tego - podał w czwartek dziennik "The Guardian".

Według rządowych wytycznych w kwestii zwalczania epidemii koronawirusa, tam, gdzie jest to możliwe, ludzie nadal powinni pracować z domu, natomiast pracodawcy powinni podjąć wszelkie wysiłki, by to umożliwić.

Tymczasem według kilku źródeł, na które powołuje się gazeta, pracownicy Dysona w zeszłym tygodniu zostali poinformowani mailowo, że od poniedziałku powinni wrócić do pracy w systemie rotacyjnym. Na dodatek pierwszy z maili w tej sprawie został wysłany w piątek po godzinach pracy, co nie pozostawiło pracownikom - także tym z dziećmi lub mającymi w rodzinie osoby wymagające opieki - na przygotowanie się do tej sytuacji.

Napisano w nim, że firma "ponownie otworzyła nasz brytyjski kampus" i personel zostanie podzielony na dwa rotacyjne zespoły, pracujące na przemian w domu i w biurze. To oznaczałoby, że niektórzy pracownicy musieliby podróżować do fabryk firmy w Hullavington i Malmesbury w hrabstwie Wiltshire, nawet jeśli mogliby pracować w domu.

Następnego dnia wysłany został jeszcze jeden mail, tym razem informujący, że firma ponownie zastanowiła się nad praktyczną stroną tego rozwiązania i zdecydowała się nie wcielać w życie poprzedniej propozycji. Jak twierdzi "The Guardian", do wycofania się z pomysłu zmusiła kierownictwo Dysona wściekła reakcja pracowników.

Założycielem i właścicielem firmy jest wynalazca i przedsiębiorca James Dyson, który w zeszłym tygodniu awansował w dorocznym rankingu "The Sunday Times" na pierwsze miejsce na liście najbogatszych ludzi w Wielkiej Brytanii. Jego majątek wyceniono na 16,2 mld funtów. Dyson był jednym z tych biznesmenów - będących w mniejszości - którzy przed referendum z 2016 r. poparli wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. W czasie epidemii koronawirusa firma aktywnie odpowiedziała na rządowy apel do przedsiębiorstw technologicznych o włączenie się w produkcję respiratorów.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Sprzedaż detaliczna spadła o ponad 18 proc., rekordowy udział internetu

Sprzedaż detaliczna w Wielkiej Brytanii w kwietniu spadła o ponad 18 proc., co jest absolutnym rekordem, natomiast sprzedaż przez internet wzrosła do najwyższego poziomu w historii - podał w piątek brytyjski urząd statystyczny ONS.

Spadek mierzony wolumenem kupionych towarów wyniósł 18,1 proc. w stosunku do marca, a mierzony wartością towarów - 18,7 proc., przy czym już w marcu - gdy w jego ostatnim tygodniu zaczęły obowiązywać ograniczenia związane z koronawirusem - zanotowano ponad 5-procentowe spadki w sprzedaży. W kwietniu 2020 r. w stosunku do kwietnia 2019 r. spadek mierzony wolumenem towarów wynosiły 22,6 proc., a wartością towarów - 23,1 proc. W efekcie sprzedaż detaliczna spadła do poziomu z grudnia 2005 r. To największe spadki w historii.

Zgodnie z restrykcjami związanymi z pandemią koronawirusa zamknięte zostały wszystkie sklepy stacjonarne z wyjątkiem tych, które sprzedają niezbędne towary (czyli supermarketów, sklepów spożywczych, aptek, ale także sklepów z alkoholem).

Najmocniej spadła sprzedaż odzieży i obuwia - o 50,2 proc. w stosunku do poprzedniego miesiąca, przy czym już w marcu była ona o prawie 35 proc. niższa niż w lutym. To razem spowodowało, że wielkość sprzedaży w tej kategorii znalazła się na poziomie z marca 1988 r.

Spadki sprzedaży zanotowały niemal wszystkie rodzaje sklepów, włącznie z supermarketami i sklepami spożywczymi, jednak w ich przypadku jest to spowodowane dużymi wzrostami w marcu, gdy ludzie w panice zaczęli kupować niezbędne produkty na czas epidemii. Wyjątkiem są tylko sklepy internetowe, które odnotowały 18-proc. wzrostu sprzedaży oraz sklepy z alkoholem (wzrost o 2,3 proc.).

Udział sprzedaży przez internet w całości sprzedaży detalicznej wzrósł w kwietniu do rekordowego poziomu 30,7 proc. W marcu było to 22,4 proc., co było dotychczasowym rekordem, a w kwietniu 2019 r. - 19,1 proc. Szczególnie mocno wzrosła sprzedaż żywności przez internet - aż o 55,8 proc. w stosunku do marca. W efekcie jej udział we wszystkich zakupach przez internet - mierzony wartością towarów - zwiększył się z 5,7 proc. do 9,3 proc.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz JaHo z Pixabay 

Rząd przyznaje, że możliwe kontrole towarów wysyłanych do Irlandii Płn.

Brytyjski rząd po raz pierwszy przyznał w środę, że może być konieczna pewna forma kontroli towarów wysyłanych do Irlandii Północnej z innych części Zjednoczonego Królestwa, choć nie będzie to tego konieczna budowa nowej fizycznej infrastruktury.

Premier Boris Johnson zapewniał wiele razy, że zawarta przez niego umowa z Unią Europejską w sprawie warunków brexitu nie spowoduje żadnych kontroli w obrocie towarów między Irlandią Północną a resztą kraju. Przed grudniowymi wyborami parlamentarnymi powiedział zaś przedsiębiorcom w Irlandii Północnej, że na Morzu Irlandzkim nie będzie żadnych barier i mogą oni wrzucić wszelkie zgłoszenia celne "do kosza".

W środę brytyjski rząd opublikował dokument wyjaśniający, w jaki sposób ma zamiar wcielić w życie protokół północnoirlandzki, czyli tę część porozumienia z UE, która dotyczy tej prowincji. Zgodnie z umową Irlandia Północna wraz upływem okresu przejściowego wraz z końcem tego roku opuści razem z pozostałą częścią Zjednoczonego Królestwa unię celną z UE, ale pozostanie związania niektórymi regulacjami unijnymi w kwestii obrotu towarami rolnymi i przemysłowymi. Protokół ma wejść w życie w styczniu, niezależnie od tego, czy Wielka Brytania i UE zawrą nową umowę handlową.

"Protokół nie tworzy - ani nie zawiera żadnych przepisów dotyczących tworzenia - jakiejkolwiek granicy międzynarodowej na Morzu Irlandzkim między Wielką Brytanią a Irlandią Północną" - napisano w dokumencie.

Rząd dodał jednak, że będą "pewne ograniczone dodatkowe procedury dotyczące towarów przybywających do Irlandii Północnej" z Wielkiej Brytanii (czyli Anglii, Szkocji i Walii). Jak wynika z przedstawionych w dokumencie planów, towary wwożone do prowincji z pozostałej części Zjednoczonego Królestwa będą podlegały opłatom celnym, ale tylko wtedy, gdy ich ostatecznym punktem przeznaczenia jest Irlandia lub inny kraj bądź jest "wyraźne i znaczne ryzyko, że tak się stanie".

Podkreślono, że w celu tych dodatkowych procedur nie będzie konieczne budowanie nowej infrastruktury celnej, a jedynie rozbudowanie niektórych istniejących punktów kontrolnych dla produktów rolno-spożywczych.

Celem protokołu było zapewnienie, że nie dojdzie do powrotu twardej granicy między Irlandią Północną a Republiką Irlandii, której powrót mógłby podważyć porozumienia pokojowego z 1998 r., kończące w dużej mierze konflikt w Irlandii Północnej.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Sprzedano obligacje rządowe o ujemnej rentowności

Wielka Brytania w środę po raz pierwszy sprzedała obligacje rządowe o ujemnej rentowności. To oznacza, że inwestorzy w faktycznie płacą za możliwość udzielania pożyczek brytyjskiemu rządowi.

Jak podał urząd ds. zarządzania długiem DMO, Wielka Brytania sprzedała trzyletnie obligacje o wartości 3,8 mld funtów przy rentowności minus 0,003 proc. Ujemna stopa zwrotu wskazuje, że inwestorzy, którzy utrzymają dług do terminu zapadalności, otrzymają z powrotem mniej niż zapłacili.

To odzwierciedla rosnące oczekiwania inwestorów, że Bank Anglii może być zmuszony do podjęcia dodatkowych kroków w celu przywrócenia inflacji do zakładanego poziomu 2 proc. W środę rano podano, że inflacja w kwietniu spadła do poziomi 0,8 proc., czyli najniższego od sierpnia 2016 roku.

W marcu Bank Anglii obniżył główną stopę procentową do rekordowo niskiego poziomu 0,1 proc., ale nie zdecydował się na zejście z nią poniżej zera, co jeszcze przed epidemią zrobiły m.in. Europejski Bank Centralny i Bank Japonii.

W 2016 roku Wielka Brytania sprzedała miesięczne obligacje z ujemną rentownością, ale środowa sprzedaż jest pierwszym przypadkiem, by taka sytuacja miała miejsce w przypadku obligacji o dłuższym terminie zapadalności.

Podczas środowej aukcji inwestorzy złożyli oferty na obligacje o wartości 8,1 mld funtów, co oznacza, że popyt przewyższył podaż 2,15-krotnie. Jak zwraca uwagę "Financial Times", duży popyt dowodzi atrakcyjności brytyjskich obligacji, od dawna uważanych za bezpieczną przystań ze względu na wiarygodność kredytową Wielkiej Brytanii. Sugeruje on również, że obawy związane z dużym wzrostem pożyczek zaciągniętych przez Wielką Brytanię w związku z pandemią Covid-19 nie odbiły się jeszcze na zainteresowaniu inwestorów brytyjskimi obligacjami.

Jak przewiduje brytyjskie Biuro Odpowiedzialności Budżetowej (OBR) z powodu podjętych przez rząd działań mających łagodzić gospodarcze skutki epidemii, dług publiczny kraju może przekroczyć w tym roku 100 proc. PKB, podczas gdy wcześniej prognozowano, że w roku finansowym 2020/21 wyniesie on 77 proc. PKB.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz Ahmad Ardity z Pixabay 

Rolls-Royce zwolni 9 tys. pracowników

Brytyjski koncern Rolls-Royce produkujący m.in. silniki lotnicze ogłosił w środę, że zamierza zwolnić co najmniej 9 tys. z 52 tys. pracowników i być może zamknie niektóre fabryki ze względu na kryzys w branży wywołany pandemią koronawirusa.

"Chodzi o dostosowanie naszych możliwości do zaspokojenia przyszłego popytu" - powiedział prezes przedsiębiorstwa Warren East w radiu BBC.

Rolls-Royce dostarcza silniki do dużych samolotów pasażerskich, takich jak Boeing 787 czy Airbus A350, a linie lotnicze płacą firmie za każdą wylataną godzinę. Oznacza to, że przedsiębiorstwo bardzo ucierpiało na gwałtownym spadku realizowanych połączeń lotniczych, który prawdopodobnie utrzyma się jeszcze przez kilka lat - podkreśla agencja Reutera.

Produkcja lotnicza odpowiada za ponad połowę rocznych przychodów koncernu, które w zeszłym roku wyniosły ok. 15 mld funtów, a Rolls-Royce już zapowiedział, że przewidywane zwolnienia będą obejmowały głównie pracowników działu zajmującego się produkcją na potrzeby lotnictwa cywilnego.

Redukcje obejmą 17 proc. obecnych pracowników, a ich koszt ma wynieść ok. 800 mln funtów. Operacja ma dać oszczędności rzędu 1,3 mld funtów rocznie, a jej szczegóły będą konsultowane ze związkami zawodowymi.

Siedziba koncernu znajduje się w Derby w Anglii i to tam pracuje około dwóch trzecich zatrudnionych w dziale lotnictwa cywilnego. Zwalniani mają być także pracownicy administracyjni i pomocniczy, Rolls-Royce nie przewiduje natomiast redukcji etatów w części przedsiębiorstwa produkującej na rzecz przemysłu zbrojeniowego.

Brytyjski minister sprawiedliwości Robert Buckland zapytany o to, czy rząd zamierza w jakiś sposób pomóc firmie odpowiedział, że "na pewno będziemy musieli współpracować z tym pracodawcą i rozważać wszystkie możliwości". Dodał, że należy patrzeć nie tylko na samego Rolls-Royce'a, ale na cały związany z nim łańcuchami dostaw sektor i zrobić wszystko, aby pomóc temu ważnemu i zaawansowanemu technicznie działowi brytyjskiej gospodarki.(PAP)

Obraz 2427999 z Pixabay 

Rząd upraszcza i obniża stawki celne po brexicie

Rząd Wielkiej Brytanii przedstawił we wtorek nowy reżim celny, który będzie obowiązywał po zakończeniu okresu przejściowego po wyjściu kraju z Unii Europejskiej. Jest on znacznie prostszy niż unijny i w większości przypadków oznacza obniżenie stawek celnych.

Do końca 2020 r. Wielka Brytania pozostaje związana unijnym zharmonizowanym reżimem celnym. Od 2021 r. może sama określać stawki celne, przy czym przedstawione we wtorek stawki dotyczyć będą tylko handlu z tymi krajami, z którymi Londyn nie zawrze umowy o wolnym handlu. Rozmowy o takich umowach prowadzi obecnie z Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi i chce je zawrzeć przed końcem roku, a celem rządu Borisa Johnsona jest to, by do 2022 r. umowy o wolnym handlu obejmowały 80 proc. brytyjskiego handlu.

"Po raz pierwszy od 50 lat jesteśmy w stanie ustanowić własny reżim celny, który jest dopasowany do brytyjskiej gospodarki. Nasz nowy globalny reżim celny przyniesie korzyści brytyjskim konsumentom i gospodarstwom domowym poprzez ograniczenie biurokracji i zmniejszenie kosztów tysięcy produktów codziennego użytku. Dzięki temu prostemu podejściu wspieramy brytyjski przemysł i pomagamy przedsiębiorstwom przezwyciężyć bezprecedensowe wyzwania gospodarcze, jakie stwarza koronawirus" - oświadczyła minister handlu międzynarodowego Liz Truss.

Jak podkreślono, nowy system będzie znacznie prostszy niż unijny, bo eliminuje tysiące przypadków, gdy nieznacznie różniące się typy produktów obłożone są różnymi stawkami celnymi, a także automatycznie znosi wszystkie cła poniżej 2 proc., które są przede wszystkim obciążeniem biurokratycznym. Ponadto wartość cła będzie podawana w funtach, a nie w euro, co z punktu widzenia brytyjskich importerów eliminuje dodatkowe różnice kursowe.

Nowy reżim celny znosi cła na import produktów o wartości 62 miliardów funtów, z czego około 30 mld to import produktów używanych w produkcji, zaś reszta - produktów konsumenckich. Zniesione zostaną cła na takie produkty jak zmywarki do naczyń i zamrażarki, farby i śrubokręty, produkty sanitarne i tampony, niektóre produkty do gotowania czy choinki. To oznacza, że ich ceny mogą spaść o kilka procent.

Pozostawione zostaną natomiast cła na obecnym poziomie na samochody, produkty rolne, takie jak wołowina, jagnięcina, drób czy masło, a także na większość produktów ceramicznych i szklanych, czyli w sektorach, w których zniesienie ceł mogłoby zaszkodzić brytyjskim producentom.

W efekcie tych zmian do ok. 60 proc. brytyjskiego importu będzie sprowadzanych bez cła lub po preferencyjnych stawkach, podczas gdy obecnie, w ramach zharmonizowanych unijnych stawek, jest to 47 proc.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz Pexels z Pixabay 

Epidemia zmniejszyła majątki najbogatszych, James Dyson liderem rankingu

Wynalazca i przedsiębiorca James Dyson z majątkiem w wysokości 16,2 mld funtów jest najbogatszym człowiekiem w Wielkiej Brytanii, ale z powodu epidemii stan posiadania najbogatszych się zmniejszył - wynika z opublikowanego w niedzielę dorocznego rankingu "Sunday Times".

Majątek Dysona zwiększył się w ciągu minionego roku o 3,6 mld funtów, dzięki czemu awansował z piątego na pierwsze miejsce na liście. 72-letni Dyson zasłynął przede wszystkim jako wynalazca odkurzacza bezworkowego, który wszedł na rynek w 1993 r., ale założona i należąca do niego firma Dyson Ltd. produkuje także cały szereg innych sprzętów, takich jak bezprzewodowe suszarki do rąk, suszarki do włosów, wentylatory, odświeżacze powietrza. Dyson był jednym z tych biznesmenów - będących w mniejszości - którzy przed referendum z 2016 r. poparli wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.

Liderujący zeszłorocznemu rankingowi pochodzący z Indii bracia Sri i Gopi Hinduja stracili nie tylko pozycję liderów, ale także ich majątek zmniejszył się o 6 mld funtów i wynosi obecnie 16 mld. Tyle samo stracił liderujący w 2018 r. Jim Radcliffe, założyciel i główny udziałowiec koncernu chemicznego Ineos, który teraz jest na piątym miejscu (12,15 mld). Pierwszą piątkę uzupełniają jeszcze bracia David i Simon Reuben, którzy zajmują się głównie nieruchomościami (16 mld) oraz urodzony w Odessie biznesmen z obywatelstwem brytyjskim i amerykańskim Len Blavatnik (15,78 mld).

Wskutek epidemii koronawirusa więcej na liście jest osób, których majątek się zmniejszył w porównaniu z zeszłym rokiem niż wzrósł. Łączny stan posiadania 1000 najbogatszych mieszkańców Wielkiej Brytanii zmniejszył się o 3,7 proc., co jest pierwszym takim przypadkiem od czasu globalnego kryzysu finansowego sprzed dekady.

"Od czasu kryzysu finansowego w latach 2008-09 najbogatsi ludzie w Wielkiej Brytanii stawali się coraz bogatsi. Covid-19 zakończył ich złoty okres. Tegoroczna lista najbogatszych przedstawia obraz Wielkiej Brytanii na skraju katastrofy - dwa miesiące po zamknięciu, a już miliardy funtów wyparowały. Można nie lubić superbogatych, ale trudno zaprzeczyć, że nasza gospodarka będzie potrzebować miejsc pracy, które oni tworzą i podatków, które płacą oni i ich firmy, jeśli mamy uciec od przedłużającej się recesji przedłużającej niedolę milionów" - skomentował Robert Watts, który sporządził tegoroczną listę "Sunday Times".

Spośród kobiet najwyżej na liście - na szóstym miejscu razem z bratem - jest Szwedka Kirsten Rausing, która ma jedną trzecią udziałów w należącej do rodziny firmie produkującej opakowania Tetra Pak.

Brytyjska królowa Elżbieta II jest na 372. miejscu - jej majątek "Sunday Times" szacuje na 350 mln funtów.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz PublicDomainPictures z Pixabay 

Barnier: kolejna runda negocjacji w sprawie relacji z W. Brytanią rozczarowująca

Główny negocjator UE Michel Barnier poinformował w piątek, że kolejna, trzecia runda negocjacji z Wielką Brytanią w sprawie jej relacji z Unią po brexicie była rozczarowująca. Ocenił, że oczekiwania Brytyjczyków są "nierealistyczne" i muszą oni "zmienić strategię".

Barnier oświadczył, że oczekiwania Brytyjczyków, że będą mogli korzystać z wszelkich przywilejów wynikających z unii celnej i jednolitego rynku bez podlegania zasadom, które obowiązują państwa UE, są po prostu "nierealistyczne".

"Dlatego zaproponowałem Brytyjczykom zmianę taktyki, strategii, jeśli w ogóle chcą zawrzeć z nami porozumienie. Nie zawrzemy umowy za wszelką cenę. Nigdy nie zawrzemy umowy ze szkodą dla unii celnej i jednolitego rynku" - powiedział negocjator UE.

Wielka Brytania opuściła Unię Europejską 31 stycznia. Obecnie, w okresie przejściowym, czyli do końca 2020 roku, strony starają się wynegocjować umowę w sprawie przyszłych relacji. W tym czasie Zjednoczone Królestwo jest wprawdzie poza instytucjami unijnymi, ale faktycznie stosuje się do praw i obowiązków oraz korzysta z przywilejów UE, w tym z uczestnictwa w jednolitym rynku.

Barnier powiedział, że UE jest gotowa na scenariusz braku mowy o przyszłych relacjach z Wielką Brytanią, czyli twardy brexit i przyspieszyła przygotowania do takiego scenariusza. W jego opinii konsekwencje brexitu są ciągle "niedoszacowane" przez Brytyjczyków.

Główne sporne kwestie to rozwiązania, które miałyby zapewnić równe warunki działania dla przedsiębiorstw po obu stronach kanału La Manche, ramy zarządzania przyszłym porozumieniem, w tym rolę Trybunału Sprawiedliwości UE oraz kwestię rybołówstwa.

Barnier powiedział na piątkowej konferencji, że nie będzie umowy bez porozumienia w sprawie "równych warunków" i rybołówstwa. "Nie będziemy handlować naszymi wartościami dla korzyści brytyjskiej gospodarki" - wskazał.

Dodał, że UE nie pozwoli krajowi trzeciemu ustalać warunków dostępu do jednolitego rynku. Powiedział też, że w kwestii negocjacji "nie jest optymistą", ale kolejna runda musi przynieść postępy, jeśli strony mają wyjść z impasu w tych rozmowach.

W czerwcu ma nastąpić przegląd dotychczasowych postępów w negocjacjach z udziałem przywódców. Dotychczasowe pertraktacje nie przyniosły przełomu.

Jeśli nie dojdzie do zawarcia umowy przed końcem roku, to obie strony czeka ekonomiczny brexit, oznaczający m.in. konieczność przywrócenia ceł i kwot taryfowych we wzajemnym handlu oraz granicy między Irlandią, a Irlandią Północną.

Zawarcie porozumienie musi nastąpić odpowiednio wcześniej, aby dać czas parlamentom obu stron na procedurę ich ratyfikacji. Z tego względu obie strony jeszcze w zeszłym roku umówiły się na przegląd postępów w czerwcu.

Negocjacje w tym tygodniu dotyczyły m.in. handlu dobrami, usługami, inwestycji, rybołówstwa, zasad dla przedsiębiorstw, które miałyby zapewnić uczciwą konkurencję, energii oraz współpracy sądowniczej i nadzoru nad wdrażaniem porozumienia.

Z Brukseli Łukasz Osiński (PAP)

"FT": rząd spiera się o cła na produkty rolne z USA

W brytyjskim rządzie narasta spór, czy w ramach rozpoczętych w zeszłym tygodniu negocjacji ze Stanami Zjednoczonymi w sprawie umowy handlowej znacząco obniżyć cła na produkty rolne z tego kraju - pisze w czwartek "Financial Times".

Według gazety minister handlu międzynarodowego Liz Truss, która nadzoruje negocjacje z USA, przygotowuje duży pakiet ustępstw mający skłonić Amerykanów do szybkiego zawarcia umowy. Jednym z głównych punktów tego pakietu miałoby być znaczące obniżenie ceł na amerykańskie produkty rolne.

Temu jednak sprzeciwia się minister środowiska, żywności i spraw wiejskich George Eustice, który przekonuje, że zaszkodzi to brytyjskim farmerom. Jego obiekcje podziela też Michael Gove, wpływowy minister bez teki. Jak pisze "FT", w ministerstwie środowiska (DEFRA) panują obawy, że obniżenie ceł na produkty rolne może być pierwszym krokiem do ustępstw negocjacyjnych w kwestii standardów żywnościowych, które w Wielkiej Brytanii są znacznie wyższe niż w USA.

"Eustice i DEFRA chcą równych szans w zakresie dobrostanu zwierząt. DEFRA twierdzi, że nie można obniżyć taryf celnych dla amerykańskiego rolnictwa, gdy produkuje ono po znacznie niższych kosztach ze względu na ich standardy dobrostanu" - mówi cytowane przez "FT" źródło rządowe.

Przedstawiciele ministerstwa handlu międzynarodowego zastrzegają, że żadne decyzje w sprawie obniżek ceł nie zostały jeszcze podjęte. "Negocjacje USA i Wielkiej Brytanii rozpoczęły się dopiero w zeszłym tygodniu - jest zdecydowanie za wcześnie, by mówić o jakichkolwiek zmianach w taryfach. Wyraziliśmy się jasno, że dojdziemy do porozumienia, które będzie korzystne dla całej Wielkiej Brytanii, w tym dla naszych rolników. A wszelkie umowy handlowe muszą być na zasadzie wzajemności" - mówi urzędnik tego resortu.

Na początku zeszłego tygodnia brytyjscy i amerykańscy negocjatorzy rozpoczęli rozmowy - w formie wideokonferencji - w sprawie umowy handlowej. Obie strony deklarują, że chcą, by została ona zawarta przed końcem roku, tak, aby mogła wejść w życie 1 stycznia 2021 r., wraz z upływem okresu przejściowego, któremu Wielka Brytania podlega po wyjściu z Unii Europejskiej. Londyn chciałby, aby tę umowę zawrzeć jeszcze szybciej - przed listopadowymi wyborami prezydenckimi w USA, gdyż obawia się, że jeśli nastąpi zmiana w Białym Domu, nowa administracja może mieć zupełnie inne podejście do kwestii umowy.

Rządząca Partia Konserwatywna w programie przed grudniowymi wyborami parlamentarnymi zawarła obietnicę, że dążąc do zawarcia nowych umów handlowych po brexicie nie będzie obniżała standardów ochrony środowiska, bezpieczeństwa żywności czy dobrostanu zwierząt. Musi się także liczyć z głosami farmerów, którzy są dla niej ważną grupą wyborców i niemal jednomyślnie poparli brexit. Zarazem jeśli brexit ma się okazać sukcesem, to niezbędnym warunkiem tego jest zawarcie umów handlowych z najważniejszymi partnerami handlowymi.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz Kai Pilger z Pixabay 

Pomoc finansowa rządu dla operatora komunikacji miejskiej w Londynie

Transport for London (TfL), miejska spółka zarządzająca komunikacją w brytyjskiej stolicy, dostanie od rządu pomoc finansową w wysokości 1,6 miliarda funtów, która pozwoli na kursowanie metra i autobusów do września - poinformowano w czwartek wieczorem.

Wcześniej burmistrz Londynu Sadiq Khan ostrzegał, że jeśli w czwartek do końca dnia TfL nie dostanie pomocy, spółka będzie zmuszona ograniczyć kursowanie metra i autobusów, a samo TfL może ogłosić bankructwo. We wtorek TfL informował, że wskutek koronawirusa stracił 90 proc. przychodów i spodziewa się w tym roku straty w wysokości 4 miliardów funtów.

Zgodnie z zawartym porozumieniem, Khan obiecał przywrócić normalne kursowanie metra tak szybko, jak to jest możliwe. Według stacji BBC zapowiedział on także, że w przyszłości podniesie ceny biletów o 1 proc. powyżej inflacji. Zgodził się ponadto na długookresowy przegląd finansów TfL, a także na rozmieszczenie w pojazdach komunikacji miejskiej rządowych komunikatów w sprawie epidemii koronawirusa. Porozumienie przewiduje, że 500 mln funtów z tej pomocy będzie miało formę pożyczki.

Złożona przez Khana propozycja podwyżki cen biletów jest sprzeczna ze złożoną przez niego obietnicą wyborczą, zgodnie z którą koszty transportu nie będą rosły ponad wskaźnik inflacji. Zaplanowane na początek maja wybory burmistrza Londynu, w których reprezentujący Partię Pracy Khan miał się ubiegać o reelekcję, z powodu koronawirusa zostały przełożone na przyszły rok.

Po wprowadzeniu pod koniec marca przez rząd restrykcji w celu zatrzymania epidemii koronawirusa, w tym m.in. zakazu wychodzenia z domów i przemieszczania się bez potrzeby, komunikacja miejska w Londynie zaczęła kursować według ograniczonego rozkładu.

Jak informował TfL, liczba pasażerów w autobusach spadła o 85 proc., zaś w metrze o 95 proc. w porównaniu z analogicznym okresem zeszłego roku. Ponadto ok. 7000 osób, czyli jedna czwarta wszystkich pracowników, została wysłana na urlopy, dzięki czemu spółka mogła skorzystać z rządowego programu subsydiowania 80 proc. ich pensji.

Mimo tych oszczędności koszty TfL są nadal duże - funkcjonowanie komunikacji miejskiej w tak ograniczonym zakresie jak obecnie pochłania ok. 600 milionów funtów miesięcznie.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

 

foto : twitter / Tfl

Wydatki rządu w odpowiedzi na epidemię wyniosą 123,2 mld funtów

Działania brytyjskiego rządu podjęte w odpowiedzi na epidemię koronawirusa będą kosztować 123,2 mld funtów, z czego 40 proc. zostanie wydane na subsydiowanie pensji urlopowanych pracowników - poinformowało w czwartek Biuro Odpowiedzialności Budżetowej (OBR).

OBR uaktualniło swoją prognozę kosztów w związku z ogłoszeniem we wtorek przez ministra finansów Rishiego Sunaka, że program subsydiowania pensji zostaje wydłużony o kolejne cztery miesiące - do końca października. Poprzednio koszt podjętych przez rząd działań wyliczano na 103,7 mld funtów.

Zwiększone wydatki z budżetu oraz mniejsze wpływy z podatków spowodują, że w bieżącym roku finansowym 2020-2021 deficyt budżetowy wyniesie 298,4 mld funtów - przewiduje OBR. Miesiąc wcześniej, w poprzedniej prognozie, wielkość deficytu szacowano na 273 miliardy, zaś w marcu - zanim podjęto radykalne środki w celu zatrzymania epidemii - OBR przewidywał, że wyniesie on 55 miliardów.

Deficyt na poziomie 298,4 mld funtów oznacza, że będzie on stanowił 15,2 proc. PKB, co byłoby najwyższym poziomem od czasu II wojny światowej. W roku finansowym 2018-2019 brytyjski deficyt wyniósł 1,8 proc. Wzrośnie także dług publiczny, który w bieżącym roku finansowym sięgnie 95,8 proc. PKB, podczas gdy w roku 2018-2019 było to 80,8 proc.

OBR wylicza, że koszt rządowego programu subsydiowania pensji urlopowanych pracowników wyniesie 50 mld funtów, a nie 39 mld, jak przewidywano przed jego przedłużeniem. W ramach programu pracodawcy, którzy mimo negatywnych skutków epidemii dla ich działalności nie zwolnią pracowników, ale wyślą ich na urlopy, mogą zwrócić się o zrefundowanie z rządowego funduszu 80 proc. wynagrodzenia - do kwoty 2500 funtów brutto miesięcznie.

To najkosztowniejsza pozycja w rządowych działaniach podjętych w odpowiedzi na epidemię - pozostałą część uzupełniają m.in. zwiększone wydatki na służbę zdrowia, subsydiowanie transportu, zwiększone transfery dla władz lokalnych oraz władz Szkocji, Walii i Irlandii Północnej, a także program pomocy dla samozatrudnionych, granty dla małych firm, gwarancje kredytowe i ulgi podatkowe dla przedsiębiorstw.

Szacunki OBR opierają się na założeniu, że w II kwartale tego roku brytyjskie PKB skurczy się o 35 proc. To większy spadek niż zakładają ministerstwo finansów oraz Bank Anglii.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz PublicDomainPictures z Pixabay 

Gospodarka skurczyła się w I kwartale o 2 proc., najmocniej od 2008 roku

Brytyjska gospodarka skurczyła się w pierwszym kwartale 2020 roku o 2,0 proc., czyli najmocniej od kryzysu finansowego w 2008 roku. To efekt spadku PKB w marcu o rekordowe 5,8 proc. - podał w środę brytyjski urząd statystyczny ONS.

Kwartalny spadek PKB okazał się wprawdzie mniejszy od oczekiwań analityków, którzy się spodziewali, że będzie on na poziomie 2,6 proc., ale i tak jest to pierwszy krok w kierunku recesji. Ta wymaga dwóch kolejnych kwartałów ze spadkiem PKB, a biorąc pod uwagę, że ograniczenia wprowadzone w celu zatrzymania epidemii koronawirusa wstrzymały większość gospodarki, jest pewne, że w obecnym kwartale spadek będzie jeszcze większy.

W marcu nastąpił rekordowy spadek PKB, mimo że te ograniczenia na pełną skalę zostały ogłoszone dopiero 23 marca. Pierwszy etap ich poluzowywania zaczyna się teraz, co oznacza, że brytyjska gospodarka podlegała im przez niemal połowę drugiego kwartału, a przez pozostałą część nadal będą obowiązywać duże ograniczenia.

"Wpływ koronawirusa był widoczny w całej gospodarce, a prawie wszystkie sektory spadły w ciągu trzech miesięcy do marca" - napisał ONS. Złożyły się na to spadek o 1,9 proc. w sektorze usług - który odpowiada za około 80 proc. PKB Wielkiej Brytanii - o 2,1 proc. w przemyśle i 2,6 proc. w budownictwie.

"To największy kwartalny spadek od czasu światowego kryzysu finansowego, odzwierciedla on nałożenie ograniczeń w celu ochrony zdrowia publicznego i dobrowolne zdystansowanie społeczne w odpowiedzi na pandemię Covid-19" - dodaje ONS.

Spadek brytyjskiego PKB w pierwszym kwartale jest znacznie mniejszy niż we Francji i we Włoszech, gdzie wyniósł on odpowiednio 5,8 oraz 4,7 proc., ale jest to związane z faktem, że te kraje wprowadziły restrykcje dwa tygodnie wcześniej.

W zeszłym tygodniu Bank Anglii ostrzegł, że brytyjski PKB może spaść w tym roku o rekordowe 14 proc. W swojej prognozie bank centralny przewidywał spadek PKB w pierwszym kwartale roku o 3 proc., zaś w drugim - nawet o 25 proc. Zarazem jednak zapowiada równie szybkie odbicie w przyszłym roku.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz Gerd Altmann z Pixabay 

W.Brytania znów wydłuża dotowanie pensji osób urlopowanych z powodu epidemii

Brytyjski program subsydiowania przez rząd pensji pracowników, którzy zostali urlopowani z powodu koronawirusa, został ponownie wydłużony, tym razem do końca października - poinformował we wtorek minister finansów Rishi Sunak.

Zgodnie z uruchomionym w marcu programem pracodawcy, którzy mimo kłopotów spowodowanych przez epidemię nie będą zwalniać pracowników, lecz ich wyślą na urlopy, mogą się ubiegać o refundację 80 proc. ich pensji z rządowego funduszu - do kwoty 2 500 funtów miesięcznie brutto. Program początkowo miał obowiązywać przez trzy miesiące, wstecznie od początku marca do końca maja, ale już wcześniej Sunak go wydłużył o miesiąc.

We wtorek minister finansów przedłużył funkcjonowanie programu o kolejne cztery miesiące, ale też zapowiedział, że rząd zwróci się do firm, by od sierpnia rozpoczęły branie na siebie w większym stopniu kosztów. Brytyjskie media wcześniej podawały, że mogłoby to oznaczać zmniejszenie subsydiów do 60 proc.

Sunak zapowiedział też, że będzie większa elastyczność w programie, m.in. korzystające z niego firmy będą mogły przywrócić do pracy urlopowanych pracowników w niepełnym wymiarze czasu.

"Rozszerzam ten program, bo nie opuszczę ludzi, którzy na nim polegają. Nasze dzisiejsze przesłanie jest proste: stanęliśmy za brytyjskimi pracownikami i przedsiębiorstwami, kiedy weszliśmy w ten kryzys, i staniemy za nimi, kiedy przejdziemy na drugą stronę" - powiedział Sunak w Izbie Gmin.

Jak poinformował, programem objętych jest obecnie ok. 7,5 mln pracowników, podczas gdy w zeszłym tygodniu było to 6,3 mln. Odrzucił jednocześnie sugestię, że część ludzi może stać się uzależniona od otrzymywania rządowych pieniędzy.

"Nikt, kto jest na przymusowym urlopie, nie chce być w tym programie. Ludzie wzdłuż i wszerz tego kraju wierzą w godność swojej pracy, idą do pracy, utrzymują swoje rodziny, to nie ich wina, że ich firma została poproszona o zamknięcie, czy o to, by pozostali w domu" - przekonywał.

Przedłużenie programu z zadowoleniem przyjęły zarówno organizacje pracodawców, jak i związki zawodowe. Brytyjskie Izby Handlowe (BCC) oświadczyły, że ten krok przynosi "znaczącą ulgę" zarówno pracodawcom, jak i pracownikom. Z kolei Frances O'Grady, sekretarz generalna federacji związków zawodowych TUC, powiedziała, że będzie to "wielka ulga dla milionów osób".

Uruchamiając ten program, Sunak zapowiadał, że w razie potrzeby będzie on przedłużony i nie ma limitów, jeśli chodzi o wydatki rządu na ochronę miejsc pracy. Później podobną pomocą objął też osoby na samozatrudnieniu. Koszt programu przed jego pierwszym przedłużeniem szacowano na 30-40 mld funtów, a dodatkowy miesiąc miał zwiększyć tę sumę o ok. 10 mld.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

foto : twitter / RishiSunak

EasyJet i lotnisko Heathrow apelują do władz o plan przywrócenia lotów

Linie lotnicze EasyJet i port lotniczy Heathrow zaapelowały do władz Wielkiej Brytanii o szybkie przedstawienie planu przywrócenia transportu lotniczego oraz poluzowanie wytycznych, nakładających na przyjezdnych nakaz dwutygodniowej kwarantanny.

Brytyjski premier Boris Johnson zapowiedział w niedzielę, że rząd chce wprowadzić nakaz 14-dniowej kwarantanny dla pasażerów przylatujących do Wielkiej Brytanii. Z restrykcji wyłączeni mieliby zostać jedynie przyjezdni z Francji i Irlandii.

Krajowi przewoźnicy obawiają się jednak, że nowe regulacje powstrzymają ludzi przed podróżowaniem. Dlatego też brytyjskie linie EasyJet zaapelowały do rządzących o wprowadzenie obowiązkowej kwarantanny jedynie na krótki okres czasu i regularne monitorowanie, czy restrykcje są jeszcze zasadne.

"Nakaz kwarantanny powinien obowiązywać pasażerów tylko tymczasowo, czyli tak długo, jak długo w Wielkiej Brytanii obowiązywać będą obostrzenia wprowadzone w związku z pandemią Covid-19" - napisała w oświadczeniu rzeczniczka firmy.

Tymczasem port lotniczy w Heathrow chce, żeby brytyjski rząd przedstawił spójny plan ponownego otwarcia granic. Zdaniem władz lotniska europejskie władze powinny opracować wspólnie międzynarodowe standardy, umożliwiające pasażerom m.in. swobodne poruszanie się pomiędzy państwami z niskim odsetkiem zachorowań na koronawirusa.

Jak donosi agencja Reutera, także szefowie linii lotniczych skarżą się na brak wyraźnych wytycznych ze strony rządu odnośnie reguł dotyczących podróżowania - nie wiadomo kiedy zostaną przedstawione wyraźne regulacje, jak długo będą obowiązywać i na jakiej zasadzie będą monitorowane.

Zarówno brytyjskie lotniska, jak i przewoźnicy ostrzegają, że uziemiony od marca, z powodu pandemii, transport lotniczy boryka się z ogromnymi problemami finansowymi. I tak np. liczba pasażerów na lotnisku Heathrow, najtłoczniejszym w Wielkiej Brytanii, spadła w kwietniu o 97 proc. w porównaniu z tym samym okresem rok temu. (PAP)

 

foto : twitter / HeathrowAirport

W. Brytania/ Bank Anglii przewiduje spadek PKB o 14 proc. - najgłębszy od ponad 300 lat

Bank Anglii (BoE) ostrzegł w czwartek, że z powodu koronawirusa brytyjski PKB może zmniejszyć się w tym roku o 14 proc., co byłoby najgłębszym spadkiem od ponad 300 lat. Ale zarazem zapewnia, że gospodarka niemal równie szybko się odbije.

Prognoza banku centralnego opiera się na założeniu, że restrykcje wprowadzone w celu zatrzymania epidemii, będą stopniowo znoszone od czerwca do września.

W takim wypadku BoE spodziewa się spadku PKB w pierwszym kwartale tego roku o 2,9 proc., zaś w drugim - o bezprecedensowe 25 proc. Dwa kolejne kwartały ze spadkiem PKB oznaczałyby, że Wielka Brytania wpadnie w recesję, pierwszą od ponad 10 lat. W kolejnych dwóch kwartałach nastąpić ma pewne obicie gospodarcze, ale i tak bank prognozuje, że spadek PKB za cały rok wyniesie 14 proc.

To oznaczałoby największy spadek PKB od 1949 r., kiedy brytyjski urząd statystyczny ONS zaczął zbierać dane, a także według przeprowadzonych przez BoE wstecznych szacunków, sięgających do początku XVIII wieku - największy od 1706 r.

Ale później nastąpi równie duże odbicie - według prognozy PKB w 2021 r. wzrośnie o 15 proc. i w połowie przyszłego roku jego wartość powinna wrócić do poziomu sprzed epidemii.

Nieco dłużej zajmie zejście z bezrobociem do przedkryzysowego poziomu niespełna 4 proc. Według prognozy banku przekroczy ono w tym roku 9 proc. i zacznie spadać. Poniżej 4 proc. powinno wrócić przed rokiem 2023.

Zniesienie ograniczeń związanych z koronawirusem może jednak zacząć się szybciej niż założono w prognozie BoE. Jak się oczekuje, w niedzielę premier Boris Johnson ogłosi plan ich luzowania, a pierwsze kroki w tym kierunku miałyby wejść w życie już w poniedziałek.

Bank Anglii podczas czwartkowego posiedzenia jednomyślnie podjął decyzję o utrzymaniu głównej stopy procentowej na rekordowo niskim poziomie 0,1 proc., co było zgodne z oczekiwaniami analityków. Zdecydował także o utrzymaniu skupu aktywów na obecnym poziomie, choć w tym przypadku dwóch z dziewięciu członków Komisji Polityki Monetarnej opowiedziało się za zwiększeniem zakupów z 200 do 300 mld funtów.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

bjn/ mal/

Image by PeterRoe from Pixabay 

Chiny/ MSZ po groźbach USA: nie należy używać ceł jako broni

Cła nie powinny być używane jako broń – oceniła w środę rzeczniczka chińskiego MSZ Hua Chunying w reakcji na wypowiedzi prezydenta USA Donalda Trumpa, który zarzuca Chinom ukrywanie danych na temat pandemii i groził nałożeniem nowych ceł, by je za to ukarać.

Hua podkreśliła, że taryfy celne szkodzą wszystkim stronom. Powtórzyła również stanowisko chińskich władz, że USA powinny przestać zrzucać na Chiny odpowiedzialność za skutki pandemii Covid-19. Jako bezpodstawne określiła zarzuty, że Pekin celowo przyczynił się do rozprzestrzenienia się koronawirusa.

Trump w ubiegłym tygodniu wyraził przekonanie, że koronawirus może pochodzić z laboratorium wirusologicznego w chińskim mieście Wuhan, gdzie pod koniec 2019 roku wybuchła pandemia. Twierdzi również, że widział na to dowody.

Instytut w Wuhan stanowczo odrzuca te oskarżenia, a specjaliści amerykańscy oceniają je jako mało prawdopodobne. Większość ekspertów uważa, że wirus przeniósł się na człowieka z dzikich zwierząt, być może na jednym z wuhańskich targów, gdzie nimi handlowano.

Prezydent USA w przeszłości wielokrotnie oskarżał Pekin o podawanie nieprawdziwych danych o liczbie ofiar śmiertelnych i zakażeń koronawirusem w Chinach oraz wspominał o możliwości domagania się od Chin wielomiliardowych odszkodowań. Pogłębiło to i tak już głębokie rozbieżności między obu państwami.

Chińskie władze promują narrację, według której choć pierwsze przypadki zakażeń wykryto w Chinach, to wirus może pochodzić z innego kraju. Rzecznik chińskiego MSZ Zhao Lijian sugerował na Twitterze, że patogen mogło przywieźć do Wuhanu amerykańskie wojsko.

Z Kantonu Andrzej Borowiak (PAP)

anb/ akl/

Image by Priyam Patel from Pixabay 

Gospodarka strefy euro skurczyła się o 3,8 proc. w I kwartale

Gospodarka strefy euro skurczyła się w pierwszym kwartale o 3,8 proc. w porównaniu z ostatnimi trzem miesiącami 2019 r. - podał w czwartek Eurostat. To największy spadek od 1995 r., kiedy unijne biuro statystyczne zaczęło przedstawiać zagregowane dane.

W porównaniu z tym samym okresem zeszłego roku PKB strefy euro spadło o 3,3 proc. Niewiele lepiej wygląda sytuacja, jeśli brać pod uwagę cała UE. Tu tąpnięcie gospodarcze kwartał do kwartału wynosi 3,5 proc, a rok do roku 2,7 proc.

Kryzys wywołany pandemią koronawirusa jest za to na razie praktycznie niewidoczny w statystykach dotyczących rynku pracy. W marcu bezrobocie w eurolandzie wyniosło 7,4 proc., podczas gdy w lutym oscylowało wokół 7,3 proc. W skali UE liczby te wynoszą odpowiednio 6,6 proc. w marcu i 6,5 proc. w lutym.

Stosunkowo dobry obraz wynika z tego, że kraje unijne dopiero w połowie marca zaczęły zamrażać swoje życie społeczne i gospodarcze, by zahamować rozprzestrzenianie się wirusa.

Szacunki Eurostatu wskazują, że w UE w marcu 14,1 mln osób było bezrobotnych, z czego 12,15 mln mieszkało w krajach strefy euro. W porównaniu z lutym liczby te zwiększyły się o 241 tys. w UE oraz 197 tys. w obszarze wspólnej waluty.

O tym, że sytuacja ta może znacznie się pogorszyć, świadczą dane, jakie spływają z krajów UE. Wiceszef KE Valdis Dombrovskis mówił w poniedziałek na posiedzeniu komisji ds. gospodarczych i monetarnych Parlamentu Europejskiego, że w Austrii 900 tys. osób korzysta z rozwiązań w ramach obniżonego wymiaru pracy, a ponad pół miliona z zasiłków dla bezrobotnych. Odpowiada to 35 proc. siły roboczej. We Francji z kolei 9,3 mln osób, czyli prawie połowa pracujących, jest objętych programami skróconego wymiaru pracy.

Z Brukseli Krzysztof Strzępka (PAP)

Kredyty dla małych firm w całości gwarantowane przez państwo

Małe brytyjskie przedsiębiorstwa będą mogły wziąć kredyt w wysokości do 50 tys. funtów, który w całości będzie gwarantowany przez budżet państwa i przez pierwszy rok nie będą musiały płacić odsetek - ogłosił w poniedziałek minister finansów Rishi Sunak.

Sunak początkowo sprzeciwiał się gwarantowaniu przez państwo 100 procent kredytu. W ramach ogłoszonego pod koniec marca pakietu antykryzysowego, który ma pomagać brytyjskiej gospodarce w przezwyciężaniu skutków epidemii koronawirusa, minister przystał na to, że małe i średnie przedsiębiorstwa mogą zaciągać kredyty do 5 milionów funtów - gwarantowane przez państwo w 80 proc.

Jednakże w związku z doniesieniami, że ten program nie ruszył tak szybko, jak się spodziewano, a długie procedury związane z przyznawaniem kredytów przez banki grożą, że część małych firm przed ich otrzymaniem już upadnie, minister finansów ostatecznie zmienił zdanie.

"Wiem, że niektóre małe przedsiębiorstwa wciąż mają problemy z dostępem do kredytów. Są one pod wieloma względami najbardziej narażone na skutki działania epidemii koronawirusa. Jeśli chcemy skorzystać z ich dynamizmu i ducha przedsiębiorczości, gdy będziemy ożywiać naszą gospodarkę, będą one potrzebować dodatkowego wsparcia, by przetrwać ten kryzys" - powiedział Sunak w Izbie Gmin.

Zgodnie z zapowiedzią, kredyt dla najmniejszych firm będzie w całości gwarantowany przez państwo, z budżetu także pokryty zostanie koszt odsetek przez pierwszy rok. Ponadto firmy będą musiały udowodnić jedynie swoją zdolność kredytową przed kryzysem, a nie zdolność kredytową w obecnej sytuacji, zaś cała procedura występowania o jego przyznanie sprowadzać się będzie do wypełnienia dwustronicowego wniosku przez internet. Jak zapowiedział Sunak, pieniądze w wysokości do 50 tys. funtów mają trafiać na konta małych firm już w ciągu kilku dni od złożenia wniosku.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz Nattanan Kanchanaprat z Pixabay

AP: kraje UE zmierzają ku bezprecedensowej recesji

Badania i wskaźniki ekonomiczne, udostępnione w czwartek, przed wirtualnym szczytem UE, składają się na prognozę bezprecedensowej recesji europejskich gospodarek - pisze Associated Press, powołując się na ekspertów.

Firma IHS Markit podaje, że jej sztandarowy wskaźnik PMI, stanowiący wiarygodną miarę aktywności gospodarczej, osiągnął w kwietniu w strefie euro najniższy poziom w historii - 13,5 pkt. Wszelkie spadki tego indeksu poniżej 50 pkt. oznaczają spowalnianie aktywności biznesowej, a niskie wartości - jej gwałtowny spadek.

IHS Markit zbiera dane o aktywności gospodarczej od 20 lat i - jak dotąd - wskaźnik PMI spadł do najniższego poziomu w 2009 roku, w okresie kryzysu finansowego, i wynosił wtedy 36,2 pkt.

"Wygląda na to, że w II kwartale padnie rekord, jeśli chodzi o najbardziej gwałtowne spowolnienie gospodarcze we współczesnej historii" - powiedział główny ekonomista IHS Markit Chris Williamson.

"Radykalne restrykcje, mające spowolnić Covid-19, podminowały gospodarki na całym kontynencie" - ocenił ekspert ds. ekonomii krajów europejskich globalnego banku inwestycyjnego Berenberg Florian Hense.

Eksperci przyznają, że skala zastoju gospodarczego jest wstrząsająca i znacznie większa niż przewidywały to najbardziej pesymistyczne prognozy - podsumowuje AP.

Część ekspertów przewiduje, że w strefie euro bezrobocie, które teraz wynosi 7,3 proc. podwoi się w nadchodzących miesiącach.

Z nieoficjalnych informacji z Brukseli wynika, że szefowie państw i rządów zatwierdzą w czwartek na szczycie UE porozumienie w sprawie instrumentów antykryzysowych i zgodzą się na prace nad Funduszem Ożywienia, ale bez rozstrzygania o jego kształcie.

Unijni przywódcy mają zaakceptować narzędzia reakcji na kryzys o łącznej wartości 540 mld euro. Chodzi o wykorzystanie środków z Europejskiego Mechanizmu Stabilności (ESM), czyli funduszu ratunkowego dla strefy euro, na pokrycie wydatków związanych z ochroną zdrowia (240 mld euro); zwiększenie możliwości pożyczkowych Europejskiego Banku Inwestycyjnego (200 mld euro) oraz 100 mld euro na inicjatywę SURE, mającą chronić miejsca pracy. Szczyt ma wyznaczyć datę 1 czerwca do kiedy środki te mają już funkcjonować.(PAP)

Były szef BP ostrzega, że cena ropy naftowej pozostanie na niskim poziomie

Cena ropy naftowej przez pewien czas pozostanie niska, ponieważ podaż przewyższa popyt, a obecna sytuacja na światowych rynkach ropy przypomina nadmiar tego surowca z lat 80. - powiedział we wtorek BBC były szef koncernu BP John Browne.

"Ceny będą bardzo niskie i myślę, że przez znaczny okres czasu pozostaną niskie i bardzo niestabilne" - ocenił Browne w rozmowie z brytyjskim nadawcą.

Wyjaśnił, że "bardzo przypomina to czas z połowy lat 80. XX wieku, kiedy miała miejsce dokładnie taka sama sytuacja, czyli zbyt duża podaż, zbyt mały popyt i ceny ropy naftowej pozostawały niskie przez 17 lat".

Ceny baryłki kanadyjskiej i amerykańskiej ropy spadły w poniedziałek poniżej zera. Analitycy mówią, że wielu producentów dopłaci, byle tylko ktoś odebrał od nich ropę, a ceny mogą pozostać na tym poziomie przez trudny do określenia czas.

Odnosząc się do tego historycznego spadku, prezydent USA Donald Trump ocenił, że jest on krótkotrwały. Na poniedziałkowej konferencji w Białym Domu powiedział także, że amerykańska administracja rozważa wstrzymanie importu ropy naftowej z Arabii Saudyjskiej i planuje skup interwencyjny tego surowca. (PAP)

Ponad 140 tys. firm złożyło wniosek o zwrot pensji urlopowanych pracowników

Ponad 140 tys. brytyjskich firm złożyło w pierwszych ośmiu godzinach od uruchomienia rządowego programu wniosek o zwrot pensji ponad 1 mln pracowników urlopowanych z powodu koronawirusa - poinformował w poniedziałek minister finansów Rushi Sunak.

Zgodnie z rządowym programem pomocy dla gospodarki, przedsiębiorstwa, które pomimo utraty przychodów wskutek epidemii nie zwalniają pracowników, lecz ich urlopują, mogą się ubiegać o zwrot z rządowego funduszu 80 proc. wynagrodzenia - maksymalnie do kwoty 2500 funtów brutto miesięcznie. Warunkiem jest także to, że okres urlopowania pracowników musi trwać minimum trzy tygodnie.

"Dotacje pomogą wypłacić zarobki ponad 1 mln ludzi - milionowi ludzi, którzy gdyby nie zostali urlopowani, byliby zagrożeni utratą pracy" - powiedział Sunak podczas codziennej rządowej konferencji prasowej na temat walki z koronawirusem.

Ogłoszony pod koniec marca program miał początkowo funkcjonować przez trzy miesiące - wstecznie od 1 marca do końca, ale już w zeszłym tygodniu Sunak zapowiedział jego wydłużenie co najmniej o kolejny miesiąc.

Przyjmowanie wniosków o zwrot pensji ruszyło w poniedziałek rano i jak poinformowano, już w ciągu pierwszej godziny spłynęło 67 tys. aplikacji. Ministerstwo finansów zapewnia, że firmy otrzymają pieniądze najpóźniej w ciągu sześciu dni roboczych od złożenia wniosków.

Sunak ponownie nie chciał oszacować, jakie będą koszty programu. W zeszłym tygodniu, jeszcze przed przedłużeniem programu, Biuro Odpowiedzialności Budżetowej (OBR) oceniło, że na jego sfinansowanie potrzebne będą 42 mld funtów. Minister finansów przekonuje jednak, że program pomoże gospodarce odbić, gdy skończy się epidemia, zaś gdyby firmy wskutek kryzysu zaczęły zwalniać pracowników, ogólne koszty byłyby wyższe.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

OBR: w II kwartale gospodarka może skurczyć się o 35 proc.

Wskutek wprowadzonych z powodu koronawirusa restrykcji gospodarka Wielkiej Brytanii może skurczyć się w drugim kwartale tego roku o 35 proc., a stopa bezrobocia może wzrosnąć do 10 proc. - oceniło we wtorek Biuro Odpowiedzialności Budżetowej (OBR).

OBR, niezależne od rządu biuro analiz gospodarczych, dodało jednak, że kiedy restrykcje zostaną zniesione, spodziewa się szybkiego odbicia i w efekcie nie będzie w długim terminie poważnych szkód gospodarczych.

Jak wyjaśniono, prognoza opiera się na założeniu, że zamknięcie trwać będzie trzy miesiące, a następnie przez trzymiesięczny okres ograniczenia będą stopniowo znoszone.

Zgodnie z nią bezrobocie wynoszące obecnie 3,9 proc. wzrośnie do ok. 10 proc. OBR przewiduje też, że deficyt budżetowy w roku finansowym 2020/21 może sięgnąć 273 mld funtów, pięć razy więcej niż wcześniej szacowano, co odpowiadałoby 14 proc. PKB i byłoby największą wartością od II wojny światowej.

Ponadto dług publiczny może przekroczyć 100 proc. PKB, ale na zakończenie roku finansowego 2020/21 spaść do ok. 95 proc. PKB. Przed epidemią OBR prognozował, ze dług publiczny w roku finansowym 2020/21 wyniesie 77 proc. PKB.

Wprawdzie zadłużenie wzrośnie, ale jak uważa OBR, bezprecedensowa pomoc finansowa rządu dla pracowników i przedsiębiorstw pomoże ograniczyć wszelkie długoterminowe szkody. Oczekuje się, że połowa gwałtownego spadku wzrostu gospodarczego w drugim kwartale zostanie odrobiona w ciągu kolejnych trzech miesięcy.

Trzy tygodnie temu brytyjski rząd wprowadził radykalne ograniczenia w celu zatrzymania epidemii koronawirusa. Zabronione zostało wychodzenie z domów bez uzasadnionej potrzeby, przemieszczanie się oraz wstrzymana została prawie cała działalność gospodarcza poza kluczowymi sektorami oraz pracą, która może być wykonywane zdalnie.

Aby złagodzić skutki gospodarcze rząd ogłosił też pakiet pomocowy dla przedsiębiorstw, który przewiduje m.in. sfinansowanie przez państwo 80 proc. pensji w firmach, które nie będą zwalniać pracowników.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński 

Obraz Lorenzo Cafaro z Pixabay 

Sunak ostrzegł przed spadkiem PKB o 25-30 proc. w II kwartale

Wskutek epidemii koronawirusa i będących jej efektem restrykcji brytyjski PKB może w drugim kwartale tego roku spaść o 25-30 proc. - ostrzegł kolegów z rządu minister finansów Rishi Sunak, ujawnił w poniedziałek dziennik "Times".

W czwartek brytyjski rząd ma podjąć decyzję w sprawie wprowadzonych początkowo na trzy tygodnie ograniczeń i - jak pisze "Times" - przedłużenie ich o kolejne trzy tygodnie wydaje się formalnością. Te ograniczenia to zakaz wychodzenia z domów z wyjątkiem kilku określonych przypadków, zakaz niepotrzebnego przemieszczania się oraz zamknięcie praktycznie całej działalności gospodarczej z wyjątkiem tego, co jest niezbędne oraz może być prowadzone przez internet. Członkowie rządu zastanawiają się jednak nad dalszą strategią i w tej sprawie nie ma zgodnego stanowiska.

"Ważne jest, żeby nie zrobić więcej szkód przez zamknięcie. Czekają nas kolejne trzy tygodnie blokady, a potem możemy zacząć ją łagodzić" - powiedział jeden z ministrów, cytowany przez gazetę.

Jak ujawnia "Times", 10 członków rządu opowiada się za stopniowym znoszeniem restrykcji od maja, obawiając się, że ich dalsze utrzymywanie spowoduje w dłuższym terminie potężne straty dla gospodarki. W tej grupie mają być Sunak, a także ministrowie: spraw wewnętrznych - Priti Patel, transportu - Grant Shapps, edukacji - Gavin Williamson, biznesu - Alok Sharma, handlu międzynarodowego - Liz Truss, ds. Szkocji - Alister Jack, budownictwa - Robert Jenrick, lider Izby Gmin - Jacob Rees-Mogg oraz odpowiedzialny za dyscyplinę frakcji konserwatystów w Izbie Gmin Mark Spencer. Przeciwnikami zbyt szybkiego znoszenia ograniczeń są natomiast minister zdrowia Matt Hancock oraz minister bez teki Michael Gove.

" Times" pisze też, że analitycy z londyńskiego City spodziewają się średnio spadku PKB w drugim kwartale o 14 proc. w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku, choć niektóre banki uważają, iż może to być nawet 24 proc. Ministerstwo finansów sporządza własne szacunki, ale nie są one jeszcze gotowe. Sunak miał jednak powiedzieć podczas posiedzenia rządu o możliwości spadku PKB między 25 a 30 proc.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński 

 

Raab: jeszcze nie czas na znoszenie ograniczeń związanych z epidemią

Na razie nie ma możliwości zniesienia ograniczeń, nałożonych z powodu koronawirusa i przynajmniej do końca przyszłego tygodnia rząd nie będzie mógł dać żadnych wskazówek co do terminu ich łagodzenia - oświadczył w czwartek brytyjski minister spraw zagranicznych Dominic Raab.

"Po tych wszystkich wysiłkach, które wszyscy podjęli, po tych wszystkich poświęceniach tak wielu ludzi, nie zrujnujmy tego teraz. Nie utraćmy tego, co osiągnęliśmy, nie marnujmy poświęceń tak wielu ludzi. Nie możemy dać koronawirusowi drugiej szansy na zabicie większej liczby ludzi i zaszkodzenia naszemu krajowi" - powiedział Raab podczas codziennej konferencji prasowej na Downing Street, poświęconej walce z epidemią.

Wcześniej w czwartek Raab przewodniczył - w zastępstwie premiera Borisa Johnsona, który przebywa w szpitalu na oddziale intensywnej terapii - posiedzeniu rządowego sztabu kryzysowego. Restrykcje ogłoszone przez Johnsona 23 marca - m.in. zakaz wychodzenia z domów z wyjątkiem kilku określonych przypadków i zamknięcie niemal wszystkich sklepów - wprowadzono początkowo na trzy tygodnie. Ministerstwo zdrowia ma dokonać przeglądu ich efektów 16 kwietnia.

Jak wyjaśnił Raab, wprawdzie są oznaki, że wprowadzone działania przynoszą efekty, ale jest jeszcze za wcześnie, by to jednoznacznie potwierdzić i dopóki nie będzie jasnych dowodów wskazujących na przekroczenie szczytu epidemii, te środki muszą pozostać w mocy.

Zapowiedź utrzymania restrykcji była powszechnie spodziewania, szczególnie wobec bardzo wysokiej liczby zgonów w ostatnich dniach. W czwartek podano, że w ciągu poprzedniej doby zmarło 881 osób, w środę - było to rekordowe 938 osób, zaś we wtorek - 786.

Mimo dużej liczby zgonów, uczestniczący w konferencji główny doradca naukowy rządu Patrick Vallance i naczelny lekarz Anglii Chris Whitty podkreślali, że wprowadzone działania i zalecenia utrzymywania dystansu społecznego przynoszą efekty. To spadające tempo dynamiki zgonów - do soboty ich liczba podwajała się co 3,5 dnia, teraz co sześć, liczba nowo wykrytych zakażeń utrzymuje się od początku miesiąca - z dwoma wyjątkami - w okolicach 4 tys. dziennie, co oznacza, że tempo ich wzrostu spada. To także stabilizująca się, a w niektórych regionach kraju nawet spadająca liczba osób przyjmowanych na oddziały intensywnej terapii. Jak przekonywali, to w ciągu mniej więcej tygodnia powinno się przełożyć na spadającą liczbę zgonów.

Raab podczas konferencji zapewnił także, że stan zdrowia Johnsona się poprawia, ale nie podał żadnych nowych informacji ponad to, co było mówione już wcześniej. Natomiast zapytany o tę sprawę powiedział, że nie rozmawiał z premierem od czasu, kiedy ten w niedzielę wieczorem trafił do szpitala. W poniedziałek wieczorem, w związku z pogorszeniem się stanu zdrowia, Johnson został przeniesiony na oddział intensywnej terapii.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Szefowa MFW: pandemia wywoła najgłębszy kryzys od lat 30. XX wieku

Szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) Kristalina Georgiewa powiedziała w czwartek, że nadchodzący kryzys gospodarczy będzie najgłębszym takim załamaniem od wielkiego kryzysu z lat 30. XX wieku, który wybuchł po krachu giełdowym w 1929 roku.

Globalny wzrost gospodarczy w 2020 roku będzie "silnie negatywny", mamy też do czynienia z "niespotykaną niepewnością dotyczącą skali i okresu (trwania) tego kryzysu" - powiedziała Georgiewa.

W najlepszym przypadku MFW oczekuje "częściowego ożywienia" gospodarczego w 2021 roku, jednak pod warunkiem, że pandemia zacznie się wycofywać w kolejnym kwartale br. Jeśli jednak potrwa ona do końca 2020 roku, to rok kolejny "będzie jeszcze gorszy" pod względem gospodarczym.

Georgiewa podkreśliła, że rynki wschodzące są szczególnie narażone, mają kolosalne potrzeby pożyczkowe, podczas gdy już teraz uciekło z nich około 100 mld dolarów, czyli trzykrotnie więcej niż w analogicznym okresie kryzysu finansowego z 2008 roku.

Priorytetem dla wszystkich państw powinna być jednak przede wszystkim walka z pandemią i kryzysem zdrowotnym oraz wspieranie systemów opieki medycznej, a nie gospodarka - oceniła.

Zapewniła, że jej Fundusz jest instytucją "stworzoną właśnie na takie czasy" i gotów jest wykorzystać swój wart bilion dol. budżet na kredyty dla ponad 90 państw, które znajdują się w bardzo trudnej sytuacji i zwróciły się o pomoc.

Władze MFW podjęły zresztą decyzję o podwojeniu tego funduszu awaryjnego - dodała.

Georgiewa podkreśliła, że w przyszłym roku należy się liczyć z co najwyżej "częściową poprawą" sytuacji, ale jest teraz zbyt wiele niewiadomych, dotyczących również środków zaradczych podjętych przez poszczególne rządy, aby z pewnością prognozować, jakie będą perspektywy ekonomiczne.

Agencja Kyodo przypomina, że wielki kryzys z lat 30. był największą katastrofą gospodarczą XX wieku i trwał blisko 10 lat. (PAP)

 
Image

Świetna aplikacja! Pobierz!

Image
Image

Jesteś świadkiem ciekawych wydarzeń?

Zarejestruj się i podziel się swoją historią

Zostań autorem
Image
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo

Korzystając z naszej strony, wyrażasz zgodę na wykorzystywanie przez nas plików cookies - Polityka prywatności. Zaktualizowaliśmy naszą politykę przetwarzania danych osobowych - RODO. Więcej dowiesz się TUTAJ.