Piccadilly Circus - na „skrzyżowaniu dróg”. Polskie talenty w Wielkiej Brytanii /Aneta Strugała/

Previous Next

W światłach Piccadilly Circus kryje się wiele historii. Przeglądając archiwalne zdjęcia, można zobaczyć, jak delikatnie przebijają się przez poranną mgłę, czy też gasną, pogrążając się wraz z Londynem w żałobie z powodu śmierci Winstona Churchilla (24 stycznia 1965 roku).
Piccadilly Circus to zdecydowanie niesamowity „plener” fotograficzny. Z drugiej strony w ostatnim czasie ogromne reklamowe ekrany stały się miejscem prezentacji (wirtualną galerią sztuki) zdjęć stolicy Wielkiej Brytanii, które wykonali jej mieszkańcy. Wydarzenie odbywało się w ramach kampanii solidarnościowej i pod patronatem Burmistrza Londynu.

Aneta Monika Strugała – rodowita Krakowianka; ma za sobą przygodę z polonistyką na Uniwersytecie Jagiellońskim. Studiowała też turystykę w Instytucie Turystyki Krajów Biblijnych (WSTH). Pasjonatka fotografii. Zawodowo zajmuje się nią od kilkunastu lat. Mieszkając w Londynie, założyła swoją własną firmę. Obecnie mieszka w Birmingham, poszerzając tym samym zasięg świadczonych usług, gdyż w stolicy Wielkiej Brytanii ma wciąż sporo zleceń. Jej zdjęcia bywają dostrzegane przez różnorodne organizacje fotograficzne, m.in. w 2019 została laureatką srebrnej nagrody Weeding Awards przyznawanej przez portal Bridebook.
Prywatnie to mama nastolatka. Kobieta z charakterem, niepokorna i… szalona!

Przez wiele lat mieszkałaś w Londynie. Z pewnością nie raz odwiedziłaś Piccadilly Circus. Czy to miejsce może być inspiracją dla fotografa?

Mieszkając w jakimś miejscu przez ponad dekadę, przestaje się zauważać i doceniać jego walory i piękno. Uważam, że najlepszym okresem na wycieczkę po Piccadilly Circus jest Boże Narodzenie – to wówczas najpiękniej udekorowana przestrzeń, jaką kiedykolwiek widziałam. Londyńskie, świąteczne dekoracje i światła są przepiękne, szczególnie nocą, gdy miasto układa się do snu. Zamknięte sklepy, puste ulice – bez tłumu turystów i kupujących, a także korków – sprawiają, że można na spokojnie cieszyć się urokiem Piccadilly.
Odnosząc się bezpośrednio do Twojego pytania, sądzę, że każde miejsce może być inspiracją dla fotografa –w tej kwestii ogranicza nas tylko wyobraźnia i kreatywność.
Kocham Londyn, jest to magiczne i niesamowite miasto. Takiej energii nie ma nigdzie indziej. Ono żyje, ale wiadomo jest to stolica – postmodernistyczna architektura, nowoczesna infrastruktura, bogate życie kulturalne. Jednakże ja w wolę fotografować miejsca bardziej intymne, klimatyczne. Birmingham, w którym obecnie mieszkam, daje mi taką możliwość. Stare fabryki przerobione na sklepy, puby, galerie – styl industrial, który działa na wyobraźnię fotografa i moją duszę.

Fotografia – ogromna miłość Twojego dziadka… A wiesz, że kiedy w młodości „biegałyśmy” wspólnie na Rynek, ja nie miałam pojęcia, że jest to również Twoja ogromna pasja. Dowiedziałam się dopiero tutaj, w Anglii. Jak zaczęła się ta przygoda?

A kto zrobił cały fotograficzny reportaż z naszego wyjazdu do Sopotu w 2006? (śmiech!)
Wiesz…, fotografia była chyba moim przeznaczaniem, ale nie koniecznie jest to moja pierwsza miłość. Zdecydowanie stanowiła ją turystyka. To w niej chciałam się spełniać. Zawsze uważałam, że świat jest wielki i piękny, i trzeba wszystko zobaczyć, dotknąć każdej rzeczy.
Studiowałam turystkę i marzyłam, że będę pracować gdzieś w ciepłym kraju nad morzem i cieszyć się urokami życia. Jak to śpiewał Krzysztof Krawczyk: „podróżować, zwiedzać świat’’. Ale… życie pchnęło mnie na inne tory. Niemniej jednak fotografia gdzieś tam zawsze była, tylko trochę z boku.
Rozmawiłam kiedyś z nasza wspólną, wieloletnią przyjaciółką, Oleńka (Aleksandra Salwin) i ona przywołała pewne wspomnienie z czasów, gdy miałyśmy po mniej więcej 15 lat i „kręcone zęby”. Chciałam zrobić Jej artystyczną sesję fotograficzną z różami. Pomysł był dość odważny, ale Ola nie chciała się przede mną „obnażyć”! (śmiech). Niestety nic z tego nie wyszło, ale to wspomnienie, pokazuje, że już rzeczywiście wiele, wiele lat temu fotografia była mi bliska.
Tak myślę, że może gdyby Ola nie była wtedy taką skromnisią, moja kariera fotograficzna rozkwitłaby dużo wcześniej. (śmiech!)

Pierwsze zdjęcie, które uznałaś na „dobre”, to…?

Aga, moje dobre zdjęcie jeszcze się „nie urodziło”. Dobry kadr to taki, za którego dostajesz Pulitzera. (śmiech!)
Duży wpływ na mnie wywarło zdjęcie The vulture and the little girl (znane także jako The Struggling Girl), za które Kevin Carter dostał w 1994 r. właśnie nagrodę Pulizera. Przedstawia ono umierającą z głodu dziewczynkę a w tle sępa, który czeka, aby posilić się jej zwłokami.
Technicznie zawsze można zrobić dobre zdjęcie – postawić lampy w studio, ustawić modelkę, ale dla mnie „dobra” fotografia niekoniecznie musi być technicznie idealna, lecz coś wnosić, zmuszać do refleksji, odkrywać to, czego świat na co dzień nie dostrzega (lub dostrzegać nie chce). Mój czas na robienie takich zdjęć jeszcze nie nadszedł. Mam obowiązki, które nie pozwalają obecnie na swobodne działania, aczkolwiek zawsze marzyłam, aby zrobić reportaż z „prawdziwego” zdarzenia. Swego czasu myślałam nawet o zostaniu reporterem wojennym… Kto wie, co życie przyniesie?! Może i mnie kiedyś uda się to moje „dobre” zdjęcie. Może i Pulitzer się trafi? (śmiech!) Wiem, za wysoko mierzę! Ale pomarzyć zawsze można! (uśmiech!)

Jaką techniką obecnie się posługujesz i jak ta kwestia zmieniała się przez lata?

Zajmuję się głównie fotografią ślubną. Nie wiele czasu zostaje na inne działania. Na wybór techniki wpływ ma przede wszystkim klient i forma reportażu. Często pracuję też jako freelancer – więc tu podobnie; w zależności od tego czego życzy sobie zleceniodawca. Natomiast widzę, że powoli zmienia się mój styl edycji – kiedyś to były jasne i intensywne barwy, dziś zaczynam preferować półcienie.
W przyszłości chciałabym się zaprzyjaźnić bliżej z fonografią analogową. Ciągnie mnie do dawnych lat. Marzy mi się reportaż  w stylu PRL-u zrobiony Zenitem z obiektywem Helios na doczepkę.

Dlaczego fotografia dokumentalna?

Na to pytanie chyba nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Zawsze ciekawili mnie ludzie i sytuacje. Chyba to moje „turystycznego’’ motto, że wszystko trzeba zobaczyć i wszystkiego dotknąć, przekształciło się we „wszystko należy zobaczyć i sfotografować’’. Jest to jakaś część mojego charakteru. Lubię oberwać różnych ludzi, sytuacje i miejsca – myślę, że to bardzo dużo uczy. Powoli przygotowuję się do cyklu o bezdomności, obserwuję ludzi i miejsca. Ma to na mnie ogromny wpływ. Zawsze byłam typem osoby, która chce więcej – może nie tyle mieć, ile doświadczyć. To powodowało ciągły pośpiech w moim życiu, a tymczasem mam przecież dużo szczęścia, powinnam trochę zwolnić i delektować się chwilą.
Fotografia dokumentalna, w moim przypadku, wpływa nie tylko na emocje odbiorcy, ale też na moje własne. Niesamowita sprawa!

Z tego, co jest mi wiadomo, masz w swoim prywatnym albumie udokumentowane życie pewnego młodego człowieka, który przyszedł na świat w 2007 roku. To Twój ulubiony model.

Tak on jest moim ulubionym modelem, lecz chyba bez wzajemności, gdyż ja nie jestem jego ulubioną fotogarfką. (śmiech!).
Ten młody człowiek to mój syn. Był moim obiektem numer jeden przez ostatnie 14 lat i aktualnie nie za bardzo ma ochotę pozować. Chyba doszedł do wniosku, że „co za dużo, to nie zdrowo’’. Prawda jest taka, iż od jakiegoś czasu staram się postawić granice między życiem prywatnym i zawodowym, więc kiedy jedziemy na wakacje (czy gdzieś wychodzimy), wolę cieszyć się chwilą niż biegać z aparatem. Zresztą ja nigdy nie należałam do osób, które przy każdym wyjściu do pubu muszą sobie strzelić 1000 selfie w łazience. Może właśnie dlatego, gdy „biegałyśmy” za młodu po krakowskim Rynku, nie widziałaś mnie z aparatem.

Obecnie fotografia to nie tylko Twoje hobby, ale po prostu praca.

Tak. Wspomniałam już, że wykonuję fotografie ślubne. Jeśli ktoś ma ochotę przejrzeć moje prace, zapraszam na stronę: https://www.anetaana.com/,
lub na Instragram: https://www.instagram.com/wedding_photography_ana/

Długo szukałaś swojej drogi zawodowej…?

Nadal jej szukam. Myślę, że te poszukiwania nigdy się nie skończą. Chyba już taka jestem. Niespokojny duch. Zawsze są jakieś otwarte drzwi, nowe możliwości. Jeśli sytuacja na to pozwala, dlaczego z nich nie skorzystać?

Co czujesz, gdy czytasz m.in. poniższe słowa na temat swojej pracy?

„She was amazing and did everything I had expected.“/ [Aneta] była niesamowita i zrobiła wszystko, czego oczekiwaliśmy.” Aiyah & Muhammad

“You are a star Aneta and an amazing woman!”/ “Aneto, jesteś gwiazdą i wspaniałą kobietą!” Sophie and Mustafa

Zdecydowanie takie słowa „nakręcają” mnie i sprawiają, że jeszcze bardziej chce mi się pracować. Zawsze byłam zdania, że człowiek powinien robić zawodowo to, co kocha, w czym się spełnia, bo tak naprawdę spędzamy połowę swojego życia w pracy i jeśli jest ona tylko zarobkiem, marnujemy życie. Niczego nie tworzymy i do niczego nie dążymy. Mnie udało się połączyć pasję z pracą. Kiedy kończę zlecenie i podoba mi się to, co zrobiłam, odczuwam ogromną satysfakcję. Pochwały, które spływają, są dodatkowym „boom”. Chyba każdemu z nas przyjemnie jest otrzymywać szczere pochwały, które sprawiają, że rosną nam skrzydła. Zaczynamy się dodatkowo starać, uczymy się, rozwijamy, poprawiamy swój warsztat.

Najgorzej jest gdzieś utknąć, co często obserwuje wśród rówieśników. Praca jest wtedy przykrą koniecznością. Taki sposób funkcjonowania był mi zawsze obcy. Ale to już chyba kwestia charakteru. I tutaj właściwie chciałam powiedzieć, że nawet chwilowy brak sukcesu, nie powinien zniechęcać. U mnie bywa tak, że czasami klient nie odzywa się po otrzymaniu zdjęcia – ma prawo. Jest też tak, iż ktoś dzwoni i mówi, że np. pół roku temu robiłam coś dla kogoś, zdjęcia były świetne i bardzo mnie chce. Dobre słowo się rozchodzi niczym najlepsza plotka.(śmiech!) To są piękne chwile!

Masz na swoim tzw. koncie kilka interesujących nagród. Czas się nimi pochwalić!

Z osiągnięć mniejszych i większych, to tak na szybko mogę wymienić, że w 2016 miałam przyjemność fotografować Ministra Turystyki i Kultury Malezji, Mohameda Nazri Abdula Aziza (podczas targów turystycznych w Londynie – popatrz znowu ta turystyka!). Co prawda byłam tam drugim fotografem, czyli nie liderującym, ale w sumie miło było zobaczyć w końcu na żywo jakiegoś ministra, a nie tylko w telewizji.
W 2107 jedno z moich zdjęć zostało opublikowane przez portal Your perfect wedding photographer w galerii NOVEMBER 2017 WEDDING PHOTO COLLECTION, z kolei w 2019 otrzymałam srebrną nagrodę od portalu Bridebook. Gdzieś tam była jeszcze jedna nagroda i jakaś nominacja, ale powiem szczerze, że raczej nie biorę udziału w konkursach. Brakuje po prostu na to czasu, aczkowiek jest to na mojej liście rzeczy ważnych do zrobienia. Problem polega na tym, ze jest ona bardzo, bardzo długa, więc czy się stanie i kiedy się stanie, tego nie wiem. (uśmiech!)

Dziękuję Ci za rozmowę!

autor: Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz  /https://kuchniawolosiewicz.blogspot.com/

Author’s Posts