Jolanta Jakacka (red. "Tygodnia Polskiego") w rozmowie o emigracji i podróżach

Previous Next

Radość z pisania i czytania, chęć poznawania świata, ogromna życzliwość, a także wielka delikatność i wyczucie w kontaktach międzyludzkich – w moich oczach taka właśnie jest redaktorka Tygodnia Polskiego, Jolanta Jakacka.

Pochodzi z Wejherowa, ale dzieciństwo spędziła w Chinach. Na początku lat 80., kiedy miała siedem lat, jej tata (jako pracownik Chipolbroku) otrzymał czteroletni kontrakt w Chinach. Zdecydował się zabrać ze sobą swoją rodzinę. I tak spędziła prawie pięć lat w tym odległym kraju, a jakże bliskim jej dzisiaj.

Jest absolwentką filologii rosyjskiej na Uniwersytecie Gdańskim o specjalności translatorycznej oraz kilku kierunków studiów podyplomowych. Od ponad 18 lat wykonuje zawód bibliotekarza. Przeszła przez wszystkie szczeble w tym zawodzie. Posiada doświadczenie w pracy zarówno w bibliotece akademickiej, jak i publicznej. Jest też grafikiem komputerowym, redaktorką tekstów, korektorką i dziennikarką.

Agnieszka: W czasopiśmie polonijnym Tydzień Polski przedstawia Pani sylwetki interesujących osób mieszkających w Wielkiej Brytanii. Jak czuje się Pani w odwróconej roli: nie rozmawiającego, lecz rozmówcy?

Jolanta: Jestem dużo lepszym słuchaczem niż mówcą. Zdaję sobie jednak sprawę, że kontaktując się z wieloma osobami, i to w większości przypadków drogą elektroniczną, wypada powiedzieć trochę o sobie. Przestaje się być anonimowym czy też tylko zdjęciem profilowym w mediach społecznościowych. Z drugiej strony trochę to uzasadni, dlaczego podjęłam się pracy, w której przepytuję innych ludzi na temat ich życia.

Zanim przejdziemy do tych wspaniałych wywiadów oraz innych ważnych aspektów Pani życia zawodowego, przywołajmy na chwilę Pani wspomnienia z dzieciństwa. Nie mogę o to nie zapytać, ponieważ sama miałam przyjemność być dwukrotnie w Chinach, ale z pewnością nie zwiedziłam tyle, ile Pani ze swoją rodziną. Jak zapamiętała Pani tamten czas?

W Chinach mieszkałam z rodzicami w latach 80. To był czas początku otwierania się Chin na świat. Ponieważ mój tata pracował w firmie chińsko-polskiej, był traktowany (a z nim my) jak Chińczyk. Wiązało się to z tym, że mieszkaliśmy poza konsulatem czy ambasadą. Mogliśmy też zwiedzać miejsca, które w tamtych latach nie były jeszcze dostępne dla obcokrajowców. Odwiedziliśmy wiele prowincji położonych w różnych częściach tego kraju. To z pewnością była przygoda życia, choć ja byłam wówczas w wieku moich dzieci, czyli na początku szkoły podstawowej. Stąd wiele wspomnień związanych jest z codziennością i rówieśnikami, z którymi się wychowywaliśmy. Pamiątką z wycieczek są albumy pełne zdjęć.

https://www.chinytolubie.pl/opowiesc-o-tym-jak-rodzina-polakow-wyjechala-do-chin-w-latach-80-duzo-zdjec/?fbclid=IwAR0Q6EMdZa6TB5Oaiaqri-vYKcOLZhbwY0XUvvX74rx1Nu5fpkP6ttl1Pfo

Jak przebiegała pani edukacja w Chinach?

Mieszkaliśmy przez półtora roku w Szanghaju. Ponieważ nie było tam szkoły dla mnie i mojej siostry – uczył nas tata. Co semestr pisałyśmy prace kontrolne, które następnie były wysyłane do kuratorium w Polsce. W ten sposób ukończyłam pierwszą i drugą klasę szkoły podstawowej. Kolejne prawie trzy lata mieszkaliśmy w Pekinie. Tam z kolei – z tej racji, że polskich dzieci było dużo więcej – uczyłam się już w szkole, a dokładnie w dwóch. W języku polskim przedmiotów: j. polski, historia i geografia – w punkcie konsultacyjnym przy Ambasadzie (wówczas) PRL oraz w języku rosyjskim, w pełnym zakresie przedmiotów, w Ambasadzie ZSRR. W tamtych latach dzieci z państw komunistycznych realizowały obowiązek szkolny w j. rosyjskim. Bo też tylko Ambasada ZSRR miała szkołę i kadrę nauczycielską. Dzięki temu uczyłam się w szkole międzynarodowej. Miałam w klasie koleżanki i kolegów m.in. z Mongolii, Afganistanu, Kuby czy Węgier i oczywiście z Rosji (ówczesnego ZSRR). Dzieci pochodzące z krajów kapitalistycznych uczyły się w Ambasadzie Amerykańskiej.

Czy jako osoba dorosła wróciła Pani kiedyś do tego pięknego kraju?

Nie, nie byłam po raz drugi w Chinach. Może kiedyś się uda wrócić, chociaż tamten świat mocno się zmienił. Na pewno warto byłoby skonfrontować się ze znanymi miejscami po tylu latach i zobaczyć, co się pamięta. Natomiast niedawno dowiedziałam się, że moja koleżanka z liceum mieszka ze swoją rodziną dokładnie w tym samym miejscu, w którym mieszkaliśmy my przed laty w Szanghaju. Mogę więc chociaż na zdjęciach, pooglądać tamte miejsca.

Czy w jakiś sposób Chiny ze swoją kulturą i tradycją miały wpływ na Pani życie?

Zdecydowanie tak. Kiedy wyjechaliśmy do Chin, dopiero rozpoczęłam naukę w szkole podstawowej. Kiedy wracaliśmy do Polski miałam 12 lat. Cały okres nawiązywania szkolnych przyjaźni spędziłam za granicą. Nie mam więc wspomnień z polskiego podwórka czy przyjaciółek ze szkolnej ławki. Mam natomiast wiele zrozumienia dla osób pochodzących z innych, często odległych czy egzotycznych dla nas, Polaków, krajów. Wychowałam się w szacunku do odmienności, ciekawości świata i jego różnorodności. Słowa „Chiny”, „chiński” dobrze mi się kojarzą. Chińskie powiedzenia to skarbnica mądrości, która wzbudza szacunek i podziw. Od strony praktycznej – nie mam problemów np. z pakowaniem bagażu na wyjazd czy planowaniem kierunku i marszruty wycieczki.

Jak to się stało, że “nie emigrantka” z Wejherowa pisze w polonijnym tygodniku o emigrantach?

Zawsze lubiłam się uczyć. Ponieważ mam małe dzieci, szukałam dodatkowego zajęcia, związanego z pracą z tekstem, które mogłabym wykonywać online. I tak trafiłam do Akademii Korekty Tekstu Ewy Popielarz. W ramach stażu po tym kursie wzięłam udział w pracy korektorskiej w Tygodniu Polskim. W tamtym czasie redakcja poszukiwała osób, które przeprowadzałyby wywiady do rubryki Siedem pytań z Polakami, mieszkającymi w Wielkiej Brytanii. Redakcji zależało, by były to osoby z Polski, bez anglojęzycznych naleciałości. Zgłosiłam się i tak – już drugi rok – mam przyjemność nawiązywać kontakty z rodakami, którzy zdecydowali się na jakimś etapie swojego życia na emigrację. Poznaję wiele cudownych osób, które chcą podzielić się swoim doświadczeniem i życiową historią z innymi Polakami. To bardzo cenne.

Jest Pani dziennikarką, redaktorką tekstów, korektorką oraz grafikiem. Czy trudno pogodzić tyle prac i obowiązków?

Nie potrafię siedzieć bezczynnie, więc wyszukuję sobie dodatkowe – poza pracą zawodową – zajęcia. Wbrew pozorom te wszystkie funkcje dobrze się ze sobą łączą. Jestem dobrze zorganizowana w swoich działaniach i obowiązkach, ale lubię wykonywać pracę nieszablonową, wychodzącą poza ramy standardowej ośmiogodzinnej pracy na etacie. Moja praca w bibliotece pozwala być blisko czytelnika, śledzić na bieżąco rynek księgarski i upodobania odbiorców literatury czy wydarzeń kulturalnych, ponieważ współczesna biblioteka pełni także funkcję instytucji kultury. To znaczy, że organizuje i propaguje wydarzenia kulturalne typu wieczory poetyckie, spotkania literackie i autorskie czy spektakle teatralne lub koncerty. Za każdym wydarzeniem stoi tekst, relacja. Przeprowadzając wywiady, poznaję autorów powieści i poetów. Pracując jako korektorka i redaktorka, mam możliwość brać czynny udział w powstawaniu tekstów. Wiem też, jak wygląda proces przygotowania publikacji do składu i druku.

Z wykształcenia jest Pani natomiast tłumaczem.

Tak i choć nie pracuję regularnie w moim zawodzie, wiele z tych studiów wyniosłam, a zdobyta tam wiedza oraz umiejętności zakorzeniły się we mnie. Chodzi mianowicie o samodzielną pracę, skupienie na sensie wypowiedzi, pracę z tekstem pisanym i mówionym, jego analizę i wyciąganie wniosków. Te kompetencje pozostają nawet wtedy, kiedy nie tłumaczy się z jednego języka na drugi, ale np. wyjaśnia komuś jakieś zagadnienia lub tworzy tekst. Bardzo przydają się też, kiedy posiada się dzieci i wprowadza je w świat. Tłumaczenie im rzeczywistości to podstawa.

Na co dzień pracuje Pani w Powiatowej Bibliotece Publicznej w Wejherowie. Czy promowanie czytelnictwa to ważna rola w Pani życiu?

Osobie wychowanej na książkach i ceniącej literaturę trudno wyobrazić sobie, że dla innych książki – jako źródło wiedzy czy rozrywki – nie przedstawiają sobą wartości. Statystyki jednak pokazują co innego. Jak wszyscy wiemy, niewielki procent społeczeństwa sięga po książkę. A szkoda. Prawdopodobnie uniknęlibyśmy wielu problemów w życiu, a przynajmniej znaleźlibyśmy na część z nich rozwiązanie, gdybyśmy czerpali z doświadczeń tych, którzy przed nami zetknęli się z tymi samymi troskami. Dla mnie właśnie książki są takim nieprzebranym źródłem informacji i przeżyć.

Czym jest dla Pani książka?

W moim domu rodzinnym książki były od zawsze. Tata czytał nam na dobranoc bajki lub włączał audiobooki (wtedy na kasetach magnetofonowych). Uwielbiałam słuchać. Najbardziej pamiętam kryminały Sherlocka Holmesa, które tata czytał po angielsku, a następnie tłumaczył nam na polski. Dzisiaj ta zdolność słuchania pozwala mi na przeprowadzanie wywiadów. Wsłuchanie się w drugiego człowieka i próbę zrozumienia motywacji, którymi się kieruje. Odczytywanie tego, czego ktoś nie zwerbalizował, a co wynika z jego mowy ciała czy niedomówień. Nasze dzieci też wzrastają wśród książek. Wspaniale się patrzy, jak rozwijają swoją wyobraźnię. Mam nadzieje, że z tego nie wyrosną.

Dziękuję bardzo za rozmowę!

autor: Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz

Author’s Posts