Fotografia jako opowieść: światło, człowiek, emocje – rozmowa z Rodem „Smitten” Stonem z Londynu
Rod „Smitten” Stone to artysta-fotograf, specjalizujący się w portretach i fotografii koncertowej, koncentruje się na rejestracji ludzkich emocji, gestów i ekspresji, wykorzystując światło jako główny środek narracyjny. Jego portrety można rozumieć jako dokumenty psychologiczne — każda fotografia opowiada o charakterze i indywidualności fotografowanej osoby. Równocześnie potrafi uchwycić ulotne momenty wydarzeń muzycznych i artystycznych, gdzie dynamika sytuacji wymaga natychmiastowej reakcji i intuicyjnego wykorzystania dostępnego światła.
Miałam okazję znaleźć się na jego fotografiach wykonanych podczas londyńskich imprez artystycznych. Obserwacja tych zdjęć pokazuje, jak skutecznie autor łączy rejestrację rzeczywistości z subiektywną interpretacją — fotografie stają się pełnymi życia narracjami, odzwierciedlającymi zarówno atmosferę wydarzenia, jak i osobistą obecność uczestników, w tym moją własną.
W wywiadzie poruszamy kwestii pracy z modelem, strategie przełamywania napięcia przed obiektywem, a także doświadczenia mojego rozmówcy w kontekście podróży i projektów fotograficznych, które pozwalają mu badać nowe wymiary percepcji wizualnej i emocjonalnej na zdjęciach.
Co najbardziej pociąga Cię w fotografowaniu ludzi — czy to portret, emocja, relacja z modelem?
W moim odczuciu fotografowanie ludzi jest jedną z najtrudniejszych dziedzin fotografii, a jednocześnie bardzo fascynującą i wdzięczną, jeśli wiesz, jak chcesz do tego podejść. Portret to bardzo szerokie zagadnienie — można wykonywać wiele jego rodzajów, w zależności od tego, do czego mają służyć. Najbardziej lubię portrety nieoczywiste, takie, w których oglądający może coś sobie dopowiedzieć i opowiedzieć własną historię, korzystając z obrazu i wyobraźni. Często to, co niedopowiedziane albo ukryte, jest ciekawsze i silniej działa na odbiorcę.
Człowiek to ciało, gesty i mimika twarzy. Połączone z odpowiednio dobranym światłem pozwalają budować ciekawe historie. W fotografowaniu ludzi bardzo lubię element zaskoczenia — zarówno po mojej stronie, jak i po stronie osoby fotografowanej. Zdarza się, że mam w głowie jakąś scenę i konkretny pomysł, ale po drugiej stronie zawsze jest człowiek. Czasem to, co mówię, zostaje odebrane inaczej i zinterpretowane w zupełnie inny sposób. I właśnie wtedy często robi się najciekawiej. W takich momentach warto nie przestawać fotografować i pracować dalej, nawet jeśli odbiegamy od pierwotnych założeń.
Na początku sesji osoba fotografowana prawie zawsze się stresuje, szczególnie jeśli nie jest profesjonalnym modelem. Potrzebuje chwili, żeby się otworzyć — tak naprawdę przed samą sobą. Jeśli to się uda, zdjęcia zwykle wychodzą bardzo dobrze. Dla mnie w portrecie najważniejsza jest prawda i naturalność. To nie jest łatwe, ale bez tego trudno o dobry portret. Bardzo często osoby fotografowane są zaskoczone, kiedy widzą efekty sesji. Mówią: „To ja? Nigdy tak siebie nie widziałem/am”. Jeszcze większe zaskoczenie pojawia się u ich bliskich.
Jak przygotowujesz się do sesji portretowych, aby wydobyć z fotografowanej osoby jej naturalność i charakter?
Przygotowanie zaczyna się już w momencie pierwszej rozmowy z modelem lub modelką. Na tym etapie trzeba zadać sporo pytań, żeby sprawdzić, czy osoba, która chce portret, wie, czego tak naprawdę oczekuje. To jest podstawa. Rozmowa jest tu kluczem do sukcesu. Jeśli fotografia dotyczy jednej osoby, najlepiej rozmawiać z nią indywidualnie, bez tzw. asystentów. Trzeba poznać jej preferencje, powody, dla których chce wykonać portret, i to, co jest dla niej ważne.
Musimy dowiedzieć się, czego oczekuje, jak wyobraża sobie to zdjęcie, jakie lubi kolory, miejsca i klimaty. Oczywiście mówimy tu o portrecie bardziej świadomym, wysublimowanym, artystycznym.
Często bywa tak, że takiej osobie — szczególnie jeśli po raz pierwszy staje przed obiektywem — trzeba dać trochę czasu. Po pierwszej rozmowie ludzie bywają zaskoczeni. Myślą: „Jak to? Tyle pytań, tyle odpowiedzi? Przecież ja chcę tylko zdjęcie”. Dopiero później, kiedy wrócą do tych pytań w domowym zaciszu, dochodzą do wniosku, że wiele rzeczy było dla nich wcześniej nieuświadomionych. Ale rolą fotografa jest poprowadzić taką osobę dalej, dlatego zwykle pojawiają się kolejne rozmowy. Na końcu powinniśmy uzyskać jasną odpowiedź na to, jak możemy dotrzeć do danej osoby i jak ją pokazać na zdjęciu.
Oczywiście wszystko jest prostsze w przypadku portretów okazjonalnych — na balach, eventach czy innych wydarzeniach. Wtedy mamy do czynienia z reportażem, a przy okazji powstaje kilka ujęć portretowych, których celem jest pokazanie atmosfery danego miejsca i wydarzenia.
Wróćmy jeszcze do tego przełamywania stresu u modeli... Czy masz na to własne sposoby?
Tak jak mówiłem wcześniej, wszystko zaczyna się od rozmowy. To ona jest kluczowa, bo chodzi o zbudowanie wzajemnego zaufania. Nie chodzi nawet o pokazywanie swojego dorobku czy efektów wcześniejszej pracy. Najważniejsze jest właśnie zaufanie. Dlatego zawsze staram się doprowadzić do sytuacji, w której mogę spotkać się z przyszłym modelem lub modelką twarzą w twarz i spokojnie porozmawiać przy kawie albo herbacie. To jest dla mnie bardzo ważne.
Takie spotkanie pozwala mi usłyszeć głos danej osoby, zobaczyć jej mimikę i zachowanie. Mogę wyczuć, czy taka rozmowa ją stresuje, czy wręcz przeciwnie — czy czuje się swobodnie. Działa to też w drugą stronę: druga osoba ma okazję poznać trochę mnie. Model musi mieć poczucie, że „oddaje się” w dobre ręce. To absolutnie kluczowe w dalszej pracy.
Przy okazji robię jeszcze jedną rzecz. Podczas takiej luźnej rozmowy wykonuję zwykle — trochę z zaskoczenia — dwa, trzy ujęcia i od razu je pokazuję. Chodzi o to, żeby uświadomić, że nie ma potrzeby bać się obiektywu, że to coś naturalnego. Dobry portret można zrobić w studiu, ale równie dobrze na ulicy czy w kawiarni.
Czy masz swój ulubiony styl portretu — bardziej klasyczny, dokumentalny, artystyczny?
To jest naprawdę dobre i jednocześnie trudne pytanie. Wykonuję właściwie wszystkie rodzaje portretów — w zależności od tego, z jakiego powodu są robione. Czasem jest to konkretne zlecenie z agencji, z gotowym scenariuszem i jasno określoną potrzebą. Innym razem portret muzyczny, na przykład na okładkę płyty lub książki. Bywa też, że realizuję sesje do portfolio dla osób, które chcą zaistnieć w danym środowisku, albo typowe sesje biznesowe.
Szczególne miejsce zajmują u mnie jednak szeroko pojęte artystyczne sesje portretowe — zarówno dla mężczyzn, kobiet, par, jak i rodzin. Jest też fotografia buduarowa, dla obu płci, którą bardzo lubię. Daje mi ona dużo radości, bo wymaga sporego wyczucia i artyzmu.
Przy tego typu fotografii często pojawia się błędne przekonanie, że są to sesje rozbierane, że chodzi o nagość albo że są one przeznaczone wyłącznie dla młodych, „ładnych” dziewczyn. Zdecydowanie się z tym nie zgadzam. Buduar to coś zupełnie innego niż akt w fotografii. Niejednokrotnie wykonywałem takie sesje mężczyznom czy osobom starszym. Tu chodzi przede wszystkim o prowokację, intrygę, wyobraźnię, tajemnicę i niedopowiedzenie.
Dlatego zapraszam do takich sesji osoby w każdym wieku — obie płcie, singli i pary.
Czym różni się dla Ciebie praca na spokojnej, zaplanowanej sesji od fotografowania dynamicznych wydarzeń czy koncertów?
Można by powiedzieć, że te dwa rodzaje fotografii nie powinny się niczym różnić, bo w obu przypadkach fotografujemy ludzi. W praktyce jednak jest zupełnie inaczej. Różnice pojawiają się na każdym etapie pracy.
Fotografia to przede wszystkim światło. Podczas zaplanowanej, spokojnej sesji mam nad nim kontrolę, podobnie jak nad przebiegiem samego fotografowania. W razie potrzeby mogę powtórzyć ujęcie, skorygować ustawienia, wrócić do jakiegoś pomysłu.
Koncerty to zupełnie inna historia. Tam nie ma czasu na zastanawianie się. Trzeba łapać momenty tu i teraz — nie ma możliwości powtórek. Światło często zmienia się bardzo dynamicznie i jest jednym z trudniejszych elementów do opanowania. Konieczne jest ciągłe obserwowanie, przewidywanie i reagowanie. Ogromnie pomaga dobra znajomość sprzętu, ponieważ ustawienia trzeba korygować błyskawicznie.
W fotografii koncertowej naprawdę nie ma czasu na analizę. Obserwacja i przewidywanie są absolutnie niezbędne. Moim zdaniem najlepiej zaczynać od koncertów mniej dynamicznych, na przykład jazzowych. Tam można bardziej skupić się na mimice artystów, a światło nie zmienia się aż tak gwałtownie. Na dużych koncertach rockowych, przy ogromnej publiczności, adrenalina udziela się wszystkim. Artyści, nawet bardzo doświadczeni, są dodatkowo naładowani energią, stają się bardziej dynamiczni i nieprzewidywalni. Fotograf musi w tym wszystkim pozostać spokojny i skupiony. Spróbuj zachować spokój w takiej sytuacji — szczególnie gdy na scenie gra twoja ulubiona grupa
Jakie są największe wyzwania przy zdjęciach koncertowych i jak radzisz sobie z trudnymi warunkami — światłem, ruchem, tłumem?
Częściowo już o tym mówiłem wcześniej. Dla mnie największym wyzwaniem w tak dynamicznych sytuacjach jest światło, które zmienia się szybko i nieprzewidywalnie, a przecież to ono jest podstawą fotografii.
Widzę tu dwa rozwiązania. Po pierwsze, bardzo dobra znajomość własnego sprzętu, tak aby móc płynnie i szybko dostosowywać ustawienia. Po drugie, wykonywanie — w miarę możliwości — kilku klatek tego samego ujęcia. Na jednym zdjęciu oko może być zamknięte, na innym otwarte, jedno po prostu „zagra”, inne nie.
Poza tym to kwestia wprawy i liczby wykonanych zdjęć. Światła nie należy się bać. Trzeba je obserwować i umieć z niego korzystać. Czasem wymaga to przyjęcia niewygodnej pozycji czy mocnego „nagimnastykowania się”, żeby uchwycić je w odpowiedniej konfiguracji. Na początku nie zawsze wszystko wychodzi, ale najważniejsze jest, żeby się nie poddawać.
Które z dużych eventów lub koncertów najbardziej zapadły Ci w pamięć i dlaczego?
Od zawsze uwielbiam zespół The Cure z Robertem Smithem. Kiedyś byłem w Łodzi i zupełnie przypadkiem okazało się, że właśnie wtedy grają tam koncert. Nie miałem biletów ani akredytacji. Traf chciał, że spotkałem człowieka, którego znam od wielu lat — pracuje przy obsłudze takich imprez w Łodzi. Dzięki temu trochę „bocznym wejściem”, udało mi się dostać na koncert i zrobić zdjęcia. I to nie tylko podczas występu, ale także po nim — całemu zespołowi, a również ich założycielowi i niekwestionowanemu liderowi.
To było tak nieoczekiwane i karkołomne doświadczenie, że na pewno zostanie ze mną na bardzo długo.
Opowiedz o swoim wyjeździe z Marcinem Kydryńskim — jak wyglądała praca w terenie i jakie wrażenia najbardziej zapadły Ci w pamięć?
Uwielbiam Marcina Kydryńskiego za jego sposób komunikowania się ze światem. Opisuje różne tematy w bardzo charakterystyczny dla siebie sposób, a jego język zdecydowanie przyswajam. Do tego zna się na muzyce, propaguje ją, jest podróżnikiem i świetnym fotografem.
Kiedyś przeglądałem materiały związane z innym wybitnym polskim fotografem, Tomaszem Tomaszewskim, i zauważyłem, że jednym z absolwentów jego zajęć fotograficznych jest właśnie Marcin Kydryński. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że za jego sprawą, jako podróżnika, powstała organizacja umożliwiająca wyjazdy z Marcinem. Tak było też w moim przypadku.
Niekończące się wspaniałe opowieści, zdjęcia, poznawanie ludzi — to wszystko daje ogromną motywację do samokształcenia, działania i odkrywania nieznanych zakątków świata, a także samego siebie. Ale przede wszystkim pozwala poznawać swoją wrażliwość — na piękno, na człowieka, na światło.
Nad jakimi nowymi projektami lub cyklami zdjęć pracujesz i czy szykujesz coś związanego z londyńską sceną muzyczno-artystyczną?
Jak wiesz, głównie wykonuję zdjęcia koncertowe na zlecenia różnych agencji — zarówno brytyjskich, jak i polskich zespołów występujących w Wielkiej Brytanii. Dla muzyków robię również zdjęcia na okładki płyt, a także dla artystów piszących i wydających książki.
Oprócz tego wykonuję wszelkiego rodzaju portrety — zarówno dla instytucji, jak i dla osób prywatnych, które z różnych powodów chcą mieć sesję zdjęciową. Dodatkowo zajmuję się fotografią buduarową kobiet i mężczyzn.
Zapraszam wszystkich zainteresowanych do kontaktu ze mną bezpośrednio przez Instagram: @rodsmittenstone lub @inviewfinder1, a także na stronie: inviewfinder.wixsite.com/website lub inviewfinder.wixsite.com/my-site-9.
Nowością dla mnie jest projekt, którego podjąłem się na zlecenie jednej z galerii w Londynie, dotyczący kawy i herbaty jako tematu społecznego. Niestety na razie nie mogę zdradzić zbyt wiele, ale obiecuję, że w drugiej połowie przyszłego roku będzie można zobaczyć dużą wystawę na ten temat w centrum Londynu — i mam nadzieję, że także w innych miejscach.
Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów zawodowych oraz artystycznych w 2026 roku!
Rozmawiała: Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz
Autorem dolączonych do wywiadu zdjęć jest Rod "Smitten" Stone. Jedno z nich przedstawia autoportret artysty.
En



































