Hide
BĄDŹ NA BIEŻĄCO!
Follow on Facebook
Facebook
Show
Mon, Aug 2, 2021

Technologia

Technologia

All Stories

IBM zwodował swój pierwszy autonomiczny statek badawczy

IBM wspólnie w organizacją badawczą ProMare stworzył w pełni autonomiczny statek badawczy, sterowany przy użyciu sztucznej inteligencji. Jednostka zwodowana została w Plymouth w Wielkiej Brytanii, a w przyszłym roku wyruszyć ma w rejs po Atlantyku.

Statek badawczy o nazwie Mayflower Autonomous Ship (MAS), który powstał we współpracy IBM z organizacją ProMare, zwodowany został w Plymouth w Wielkiej Brytanii w 400 rocznicę wyruszenia z tego do Ameryki Północnej portu żaglowca Mayflower.

Budowa bezzałogowej jednostki oraz szkolenie sterującego nią modelu AI trwały ponad dwa lata. Statek ma pomagać naukowcom w zdobyciu informacji związanych z globalnym ociepleniem, ochroną zwierząt i gromadzeniem się mikrodrobin plastiku w oceanach.

IBM i Promare uruchomiły także portal internetowy, który umożliwi internautom śledzenie na żywo misji realizowanych przez MAS. I tak, za pośrednictwem strony MAS400, zainteresowani będą mogli dowiedzieć się m.in., gdzie aktualnie przebywa jednostka, a także jakie warunki panują na oceanie. System sterujący MAS wyposażony został również w chatbot o nazwie Artie. Oprogramowanie opracowane wspólnie przez IBM i start-up Chatbotay ma przekazywać internautom szczegóły dotyczące projektów realizowanych przez MAS, wyniki badań oraz informacje o kondycji statku, które przekazywane mają być "żywym i dostępnym językiem".

"Ochrona oceanów w dużym stopniu zależy od tego, czy uda nam się do niej przekonać ludzi. Platforma MAS400 została zaprojektowana w taki sposób, żeby zaangażować internautów w projekt, informować ich gdzie akurat znajduje się okręt, z jaką prędkością się porusza, w jakich warunkach pogodowych oraz jakie badania przeprowadza" - podkreślił w informacji prasowej Frederic Soreide, dyrektor naukowy projektu Mayflower Autonomous Ship.

Przez najbliższe sześć miesięcy jednostka będzie brała udział w projektach pilotażowych badań. Ale już wiosną przyszłego roku MAS wyruszyć ma w swój pierwszy rejs po Atlantyku; okręt przebyć ma trasę podobną do tej, jaką w 1620 r. przepłynął żaglowiec Mayflower. (PAP)

 

IBM zwodował swój pierwszy autonomiczny statek badawczy

Microsoft: testy podmorskiej infrastruktury przetwarzania danych pomyślne

Testy podmorskiej infrastruktury do przetwarzania danych wypadły pomyślnie - ogłosiła firma Microsoft, która po dwóch latach podniosła z dna morza serwer "The Northern Isles" (Wyspy Północne), do niedawna zanurzony w wodach Morza Północnego niedaleko szkockich Orkadów.

Wynurzenie "Wysp Północnych" rozpoczęło końcową fazę realizacji "Projektu Natick" Microsoftu, który jest programem badawczym mającym dać odpowiedzi na temat efektywności i kosztów eksploatacji podmorskiej infrastruktury dla przetwarzania danych. Miałaby ona być lokalizowana w pobliżu już istniejących, lądowych placówek tego typu i pomóc w zapewnieniu mocy obliczeniowej dla wciąż rosnących potrzeb wynikających ze zwiększającej się nieustannie ilości przetwarzanych danych.

Serwis Ars Technica podaje, że "Projekt Natick" był realizowany od kilku lat. Pierwszy serwer podwodny Microsoftu umieszczono na dnie morza w 2016 roku. Problemy wynikające z eksploatacji infrastruktury podwodnej są oczywiste - czytamy. Sprzęt umieszczany na morskim dnie musi być ekstremalnie wytrzymały, gdyż nie można go regularnie serwisować, a reagowanie na sytuacje awaryjne zawsze będzie wiązało się z działaniem obłożonym pewnym opóźnieniem. Infrastruktura tego rodzaju jest również mniej intuicyjna, ale - jak zauważa serwis - to kwestia kompromisu, którego pozytywną stroną jest brak zagrożenia przez możliwe ingerencje zewnętrzne, np. osób chcących odciąć kable serwerowe.

Podwodna infrastruktura nie wymaga również do swojego działania nieruchomości, których ceny rosną, operuje również w oparciu o "niemal darmowe chłodzenie" z wykorzystaniem otaczających ją wód morskich.

Serwer "Wyspy Północne" został zbudowany przez spółkę Naval Group z sektora morskiej energii odnawialnej i obronności przy wsparciu firmy Green Marine, która zajmuje się inżynierią morską. Przez dwa lata znajdował się na dnie morza w miejscu, gdzie prądy morskie mogą osiągać prędkość nawet dziewięciu mil na godzinę, a wysokość fal dochodzi do 20 metrów.

Zdaniem Ars Technica, sukces eksperymentu z wykorzystaniem "Wysp Północnych" wskazuje na użyteczność i możliwość wydajnego wykorzystania zielonej energii w budowie centrów przetwarzania danych. Według menedżera "Projektu Natick" Bena Cutlera, przyszłością może być lokalizowanie tego rodzaju infrastruktury w pobliżu farm wiatrowych budowanych na morzu, gdyż nawet niewielka ilość energii wiatrowej może wystarczyć do ich zasilania. (PAP)

 

Microsoft: testy podmorskiej infrastruktury przetwarzania danych pomyślne

Internauci apelują do YouTube'a o nieusuwanie społecznościowego dodawania napisów

Internauci oraz brytyjskie organizacje pozarządowe apelują do należącej do Google'a platformy YouTube, aby nie usuwała funkcji społecznościowego dodawania napisów do nagrań wideo w serwisie. Według nich będzie to ogromna strata dla niesłyszących użytkowników.

Funkcja napisów społecznościowych pozwala użytkownikom YouTube'a dodawać napisy do nagrań umieszczonych w serwisie przez innych autorów. Wcześniej w tym roku YouTube zapowiedział, że zostanie ona wyłączona z dniem 28 września.

Sprzeciwiają się temu brytyjskie organizacje pozarządowe zajmujące się pomocą osobom niesłyszącym oraz internauci, którzy argumentują, że serwis powinien swoją decyzję skonsultować wcześniej ze społecznością osób głuchych. YouTube argumentuje z kolei, że z funkcji społecznościowych napisów w rzeczywistości korzysta bardzo niewielkie grono użytkowników, a poza tym może ona w łatwy sposób być wykorzystywana niezgodnie ze swoim przeznaczeniem, np. do rozsiewania spamu albo mowy nienawiści. Serwis twierdzi ponadto, że jedynie bardzo mały procent materiałów wideo znajdujących się na platformie ma napisy wygenerowane przez społeczność, co stanowi dodatkowy powód usunięcia funkcji z YouTube'a.

Brytyjskie Stowarzyszenie Osób Głuchych (British Deaf Association) twierdzi, że napisy społecznościowe "to funkcja, która zwiększa dostępność i świadomość (na temat problemów osób niesłyszących - PAP) i może integrować ich z szerszą społecznością".

"Ta decyzja tworzy kolejne bariery dla osób głuchych, uniemożliwiając im dostęp do materiałów bez dodanych napisów. Opcja automatycznego ich generowania oferuje napisy niskiej jakości i nie powinna być w ogóle rozpatrywana jako alternatywa" - twierdzi organizacja.

Decyzja YouTube'a wzbudziła również niezadowolenie wśród internautów, którzy na Twitterze zorganizowali akcję protestu wobec decyzji platformy, opatrując swoje wpisy hasztagiem #DontRemoveYoutubeCCs (pisownia oryginalna, ang. "nie usuwajcie napisów społecznościowych z YouTube'a" - PAP).

Serwis internetowy BBC zwraca uwagę, że funkcja społecznościowego dodawania napisów do materiałów wideo może być wykorzystywana nie tylko przez osoby niesłyszące, ale również użytkowników chcących nauczyć się obcego języka, lub też zapoznać ze znaczeniem tekstów piosenek ulubionych wykonawców, którzy tworzą muzykę w innym języku.

W kwietniu YouTube zapowiedziało, że po usunięciu funkcji społecznościowych napisów udostępni nowe oprogramowanie dla twórców internetowych, które ułatwi im dodawanie własnych napisów do zamieszczanych w serwisie treści. Przez pierwsze pół roku dostęp do narzędzia ma być bezpłatny. (PAP)

 

Obraz USA-Reiseblogger z Pixabay 

Internauci apelują do YouTube'a o nieusuwanie społecznościowego dodawania napisów

Huawei przegrał przed sądem najwyższym ws. licencji na patenty

Chiński koncern Huawei przed brytyjskim sądem najwyższym przegrał sprawę ws. licencji na patenty - informuje dziennik "Financial Times", który ocenia, że przedmiotowe orzeczenie może przełożyć się na wzrost kosztów licencji dla wszystkich producentów smartfonów.

Brytyjski sąd najwyższy w Londynie orzekł, że sądy niższej instancji mają prawo domagać się od firm telekomunikacyjnych i producentów smartfonów przedstawienia międzynarodowych licencji na wykorzystywane przez te firmy technologie. W przeciwnym razie ich postępowanie może stać się przyczynkiem do wstąpienia na drogę prawną ws. naruszenia prawa patentowego - pisze "FT".

Decyzja sądu jest określana przez prawników jako jedno z najważniejszych rozstrzygnięć w sprawach dotyczących prawa ochrony własności intelektualnej ostatnich lat - informuje dziennik, który dodaje, że orzeczenie to przekazuje kontrolę nad własnością intelektualną w ręce właścicieli patentów. Jednocześnie jego skutkiem może być globalny wzrost kosztów licencjonowania patentów dla producentów sprzętu takich jak Apple, Samsung czy Huawei.

Sprawa rozpoczęła się w 2014 roku, kiedy Huawei został oskarżony o naruszenie prawa własności intelektualnej amerykańskiej firmy Unwired Planet, która wcześniej w 2013 roku pozyskała szereg patentów obejmujących rozwiązania łączności bezprzewodowej od szwedzkiego Ericssona.

W 2017 r. chiński koncern został poinstruowany przez brytyjski sąd o konieczności uiszczenia opłat za międzynarodową licencję na użytkowanie tych patentów. Odmowa wiązała się ze wszczęciem postępowania o naruszenie prawa wobec dwóch rozwiązań patentowanych w Wielkiej Brytanii. Huawei odwołał się od tej decyzji, argumentując, iż w takim wypadku powinien płacić nie za licencję międzynarodową, a jedynie tę obejmującą rynek Zjednoczonego Królestwa (wysokość opłat zależna jest od wyników sprzedaży).

Odwołanie zostało oddalone, podobnie jak w przypadku innej chińskiej firmy objętej zbliżonym w charakterze postępowaniem - koncernu ZTE.

"Financial Times" tłumaczy, że orzeczenie sądu zmusi firmy technologiczne sprzedające swoje urządzenia na rynku brytyjskim do pozyskiwania globalnych uprawnień patentowych. Zdaniem cytowanego przez dziennik przedstawiciela środowiska prawniczego - Yohana Liyanage związanego z firmą Linklaters, procesów tego rodzaju będzie wkrótce więcej, a podobne sprawy już teraz są rozpatrywane przez brytyjskie sądy.

Jego zdaniem niektórzy producenci sprzętu mogą w rezultacie nawet rozważyć wycofanie się z brytyjskiego rynku, aby uniknąć konieczności uiszczania kosztów globalnych licencji na opatentowane technologie.

Partner w kancelarii Fieldfisher David Knight z kolei ocenił, że decyzja sądu najwyższego może być "ostatecznym ciosem" dla Huaweia i planów tej firmy związanych z działalnością biznesową na Wyspach. (PAP)

 

Huawei przegrał przed sądem najwyższym ws. licencji na patenty

Naukowiec: Zniknięcie lodów Arktyki spowoduje częstsze zjawiska ekstremalne na całym świecie

Co dekadę bezpowrotnie topnieje 13 proc. lodu morskiego na półkuli północnej. Za kilkadziesiąt lat może on w okresie letnim zniknąć zupełnie. Zmniejszenie jego zasięgu na półkuli północnej powoduje dalsze zmiany klimatu i występowanie ekstremalnych zjawisk pogodowych na Ziemi - mówi ekspert z PAN.

Centrum Arktyki stanowi Ocean Arktyczny, który w dużej części pokryty jest dryfującym lodem morskim. Ten akwen otoczony jest kontynentem północnoamerykańskim i euroazjatyckim oraz archipelagami wysp. Od roku 1978 trwają obserwacje i pomiary satelitarne, które pozwalają na dokładne obrazowanie i obliczanie powierzchni pokrycia Arktyki przez lód morski.

Co roku lód morski sezonowo zmienia swój zasięg, osiągając na półkuli północnej maksymalną powierzchnię na koniec zimy, czyli na przełomie lutego i marca. Pokrywa lodowa ma wtedy średnio około 15 mln km kw. powierzchni. Najmniej lodu jest pod koniec lata - we wrześniu. Zajmuje on wtedy około 6 mln km kw. (jest to średnia dla lat 1979-2019). Dla porównania powierzchnia całej Europy to około 10 mln. km kw.

"W ostatnich latach te wartości znacznie się zmniejszyły i w rekordowym roku 2012, we wrześniu, pokrywa lodu morskiego zajmowała jedynie 3,34 mln. km kw. Z kolei zimą w ostatnich latach powierzchnia lodu morskiego przekracza niewiele ponad 14 mln. km kw" - powiedział w rozmowie z PAP naukowiec z Zakładu Badań Polarnych i Morskich Instytutu Geofizyki PAN dr Tomasz Wawrzyniak.

Powstrzymanie procesu topnienia lodu morskiego w Arktyce może być trudne, bo jego przyczyną jest wzrost temperatury na Ziemi, spowodowany między innymi poprzez rosnące stężenia gazów cieplarnianych. Według dra Wawrzyniaka jeśli ludzie wpłynęliby na redukcję emisji - globalny system klimatyczny powinien zareagować.

Jeśli jednak ten trend nie zostanie wyhamowany, to skutki dramatycznego skurczenia się arktycznej pokrywy lodu morskiego będziemy mogli odczuć także w Europie - alarmuje badacz.

"Lód morski w Arktyce jest wskaźnikiem stabilności klimatu globalnego. Jego zanik ma ogromne konsekwencje dla cyrkulacji oceanicznych i atmosferycznych. To, co dzieje się w Arktyce, ściśle wpływa na występowanie zjawisk o charakterze ekstremalnym, w tym susz i powodzi, które coraz częściej mają miejsce w skali całego globu" - zaznacza.

Brak pokrywy lodowej powoduje dopływ do wnętrza Oceanu Arktycznego ciepłej wody Atlantyku, co z kolei powoduje podwyższenie temperatury powietrza. W konsekwencji zmieniają się układy cyrkulacyjne oceanu i prądy morskie. Powietrze arktyczne nie jest już tak chłodne, co zmienia rozkład układów barycznych (ciśnienia atmosferycznego). W ten sposób może zostać na przykład odblokowany napływ do Europy ciepłych mas powietrza z południa. Dlatego zanik lodu, oddalonego od nas o tysiące kilometrów, odczuwają miliony ludzi na niższych szerokościach geograficznych.

Eksperci zauważają, że za kilka dekad lód w Arktyce może zupełnie zniknąć. Publikujący w sierpniu w "Nature" (https://www.nature.com/articles/s41558-020-0865-2) naukowcy brytyjscy przeanalizowali przeszłość Arktyki (okres między zlodowaceniami, ok 127 tys. lat temu) i na tej podstawie szacują, że w podobny sposób arktyczny lód najprawdopodobniej całkowicie stopnieje ponownie do 2035 roku.

"Obecnie zanik lodu wynosi 13 proc. na dekadę w porównaniu do okresu referencyjnego. Więcej otwartej powierzchni oznacza więcej ciepła w oceanie i coraz gorsze warunki do powstawania lodu morskiego. Projekcje klimatyczne rzeczywiście wskazują na zanik lodu morskiego, który nastąpi w najbliższych dekadach, choć jeszcze kilka lat temu zdaniem sceptyków wydawało się to niemożliwe. Rzeczywisty zanik lodu morskiego jest nawet szybszy, niż przewidywały do niedawna modele klimatyczne, dlatego są one stale rozwijane" - potwierdza dr Wawrzyniak.

Naukowiec dodaje, pokrywa lodowa Oceanu Arktycznego w dużej mierze nie jest już lodem wieloletnim, który miejscami osiągał nawet powyżej 9 metrów grubości. Obecnie jest to lód cieńszy, narastający cyklicznie w okresie zimowym, który łatwo ulega topnieniu w sezonie letnim. Z roku na rok zajmuje coraz mniejszą powierzchnię i jest cieńszy; w wielu rejonach nie tworzy się już wcale.

Obecny rok również nie jest korzystny dla pokrywy lodu w Arktyce. W lipcu zanotowano najniższy zasięg dla tego miesiąca w całej historii pomiarów. 20 sierpnia powierzchnia lodu morskiego na półkuli północnej wynosiła nieco ponad 5 mln km kw.

"Wynik ten jest trzeci najniższy od rozpoczęcia pomiarów zasięgu lodu morskiego. Mniejsza powierzchnia lodu morskiego była w latach 2012 i 2019. Dużo przestrzeni wolnych od lodu pootwierało się w sierpniu na Morzu Beauforta i Czukockim, po sztormach, jakie miały miejsce w lipcu" - dodaje naukowiec.

W porównaniu do początku lat 80., gdy minimalna pokrywa lodowa we wrześniu wynosiła ponad 8 mln km kw., obecnie zmalała o połowę. "To prawie trzynastokrotność powierzchni Polski (0,3127 mln km kw.). W okresie zimowym powierzchnia ta zmalała o 2 mln km kw." - podkreśla klimatolog.

Skąd naukowcy czerpią informacje na temat pokrywy lodowej Arktyki? Dr Wawrzyniak mówi, że pochodzą one z obserwacji satelitarnych czy lotniczych, a także z danych historycznych, sięgających połowy XIX wieku, w tym - logów żeglarskich ze statków pływających w rejonach polarnych.

"Wiemy z nich, że zmiany zasięgu lodu morskiego zaczęły być widoczne dopiero pod koniec XX wieku, w wyniku nasilenia się efektu cieplarnianego i związanego z tym ocieplenia. Największe zmiany są obserwowane od roku 2005, od którego zanik lodu morskiego jest coraz bardziej dramatyczny" - kończy.

O lodzie morskim w rejonie Svalbardu (norweskiej prowincji w Arktyce) i korelacji z temperaturą powietrza można poczytać w publikacji, której współautorem jest dr Tomasz Wawrzyniak: https://rmets.onlinelibrary.wiley.com/doi/full/10.1002/joc.6517 (PAP)

autor: Szymon Zdziebłowski

 

Naukowiec: Zniknięcie lodów Arktyki spowoduje częstsze zjawiska ekstremalne na całym świecie

Wyciekły dane 235 mln użytkowników Instagrama, TikToka i YouTube'a

Wyciekły dane 235 mln użytkowników Instagrama, TikToka i YouTube'a - podaje serwis internetowy magazynu "Forbes". Informacje w niezabezpieczonej bazie danych odkryli specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa firmy Comparitech.

Dane, które odnalazł zespół Comparitechu, podzielone były na kilka zbiorów. Dwa najważniejsze zawierały nieco ponad 100 mln rekordów, w których znajdowały się informacje pochodzące najpewniej z Instagrama. Trzeci podzbiór zawierał ok. 42 mln rekordów dotyczących użytkowników TikToka, piąty zaś - zawierający niemal 4 mln rekordów - dotyczył osób korzystających z YouTube'a.

Na podstawie analizy próbek odnalezionych w sieci danych Comparitech stwierdził, że jeden na pięć rekordów zawierał dane takie, jak numer telefonu i adres e-mail pokrzywdzonych w wyniku wycieku osób. Oprócz tego wszystkie rekordy składały się z informacji dotyczących imienia i nazwiska, nazwy profilu, zdjęcia profilowego, a także opisu konta użytkowników. Rekordy zawierały także dane o liczbie osób obserwujących dane konto, zaangażowaniu generowanym przez umieszczane na nim treści, a także tempie wzrostu popularności profilu. W bazie danych można było znaleźć również informacje na temat płci i wieku osób śledzących poszczególne profile oraz ich lokalizacji.

Przedstawiciel firmy Comparitech Paul Bischoff ocenia, że dane tego typu stanowią największą wartość dla cyberprzestępców, którzy działają z użyciem techniki phishingu. Szczególną wartość ujawnionej bazie danych nadaje fakt, że informacje w niej zawarte są posegregowane w ramach wyróżnionych wcześniej kategorii, co sprawia, że są bardzo łatwe w użyciu dla botów, którymi posługują się hakerzy np. podczas rozsyłania SPAM-u.

Specjaliści sugerowali początkowo, że dane mogą pochodzić z wycieku mającego źródło w systemach teleinformatycznych firmy Deep Social, która dziś nie prowadzi już działalności po tym, jak w 2018 roku została odcięta od Facebooka w związku z nadużyciami względem dostępu do danych użytkowników platformy.

Gromadzenie i agregowanie danych o użytkownikach Instagrama i Facebooka stanowi naruszenie regulaminu tego koncernu - przypomina "Forbes". Według firmy Comparitech, przedstawiciele spółki Deep Social po otrzymaniu wiadomości nt. wycieku wysłali informacje na ten temat do zarejestrowanej w Hongkongu, powiązanej firmy Social Data zajmującej się marketingiem w mediach społecznościowych. Baza danych odnaleziona przez Comparitech zniknęła z internetu trzy godziny później. (PAP)

Wyciekły dane 235 mln użytkowników Instagrama, TikToka i YouTube'a

"The Times": w Atlantyku jest ponad 10 razy więcej plastiku niż sądzono

W Atlantyku znajduje się ponad 10 razy więcej plastiku niż sądzono, a ilość odpadów z tworzyw sztucznych wyrzucanych do tego oceanu jest większa niż 8 mln ton rocznie, jak szacowano w 2015 roku - wynika z badań, o których pisze w środę dziennik "The Times".

Naukowcy z Narodowego Centrum Oceanografii w Southampton w południowej Anglii pobrali próbki wody z Atlantyku na głębokościach ok. 10, 30 i 200 metrów w 12 miejscach na linii od Wielkiej Brytanii do Falklandów. Następnie przy pomocy mikroskopu o dużej mocy dokonano analizy składu chemicznego próbek, aby określić rodzaje tworzyw sztucznych.

Stwierdzono, że metr sześcienny wody morskiej zawiera średnio ok. 1000 cząstek polietylenu, polipropylenu i polistyrenu, trzech najczęściej występujących tworzyw sztucznych, które razem stanowią ponad połowę światowych odpadów z tworzyw sztucznych.

Wielkość cząstek wahała się od ok. 30 mikronów, co stanowi połowę szerokości ludzkiego włosa, do 0,5 mm.

Naukowcy obliczyli, że w górnych 200 metrach Atlantyku było od 12 do 21 milionów ton tych trzech tworzyw sztucznych. Poprzednie szacunki sugerowały 17 milionów ton dla całego Atlantyku.

Richard Lampitt, współautor badania, powiedział, że w Atlantyku, który ma średnią głębokość 3 tys. metrów jest prawdopodobnie ok. 200 milionów ton tworzyw sztucznych. Wyjaśnił, że w poprzednich badaniach używano do zbierania plastiku sieci o większym rozmiarze oczek, które nie wychwytywały mniejszych, najbardziej rozpowszechnionych cząstek.

Ponadto wcześniejsze badania koncentrowały się głównie na pomiarach ilości plastiku na powierzchni, w pobliżu powierzchni lub na dnie morza, natomiast brakowało badań dotyczących rozmieszczenia plastiku w całym słupie wody. Niektóre gęstsze cząstki plastiku nie unoszą się na wodzie, a inne mają tendencję do tonięcia, gdy zostaną pokryte bakteriami, pleśnią i szlamem - dodał prof. Lampitt.

Szacunki mówiące o 200 milionach ton w Atlantyku opierają się na stężeniu plastiku występującym na głębokości 200 metrów poniżej poziomu, na którym wody są mieszane przez wiatry i prądy. Lampitt wyjaśnił, że szacunki te opierają się na rozsądnych założeniach dotyczących tego, jak plastik jest rozmieszczony w oceanie, ale będą musiały zostać potwierdzone dodatkowymi badaniami próbek z większych głębokości.

"Wygląda na to, że nasze oceny dotyczące tego, jak wiele odpadów jest wyrzucanych do oceanu, były znacząco niedoszacowane. Aby określić zagrożenia związane z zanieczyszczeniami tworzywami sztucznymi dla środowiska i ludzi, potrzebujemy dobrych szacunków dotyczących ilości i właściwości tego materiału, sposobu jego przedostawania się do oceanu, jego degradacji, a następnie jego toksyczności w tych stężeniach" - powiedział.

Choć autorzy badali tylko ilość tworzyw sztucznych w Atlantyku, stwierdzili, że jest prawdopodobne, iż szacunki dotyczące odpadów z plastiku w innych oceanach również są rażąco zaniżone. (PAP)

"The Times": w Atlantyku jest ponad 10 razy więcej plastiku niż sądzono

Brytyjski rząd rozważa legalizację jazdy samochodem na autopilocie od 2021 r.

Brytyjski rząd rozpoczął procedurę konsultacji przed opracowaniem przepisów dopuszczających jazdę bez rąk na kierownicy samochodami wyposażonymi w technologię automatycznego utrzymywania pasa ruchu (ALKS). Prawo mogłoby wejść w życie od 2021 r.

Technologia automatycznego utrzymywania pasa ruchu (ALKS - automated lane keeping system) umożliwia kierowcy zdjęcie na dłuższy czas rąk z kierownicy podczas jazdy w określonych warunkach, np. na autostradzie lub w korku. Ten rodzaj samochodowego autopilota stanowi trzeci z pięciu poziomów autonomiczności pojazdów.

Systemy ALKS są już montowane w niektórych modelach pojazdów (np. Cadillac czy Audi), jednak jeszcze nigdzie na świecie stosowanie ich w ruchu drogowym nie jest uregulowane prawnie. Jak informuje w środę BBC, brytyjski rząd rozpoczął właśnie konsultacje w tej sprawie, zmierzające do stworzenia przepisów dopuszczających jazdę bez rąk na kierownicy od wiosny 2021 roku. Planowane nowe zapisy w kodeksie ruchu drogowego miałyby dopuszczać jazdę na autopilocie np. na wolnym pasie autostrady z prędkością maksymalną 70 mil na godzinę (ok. 112,6 km/h).

Kluczową kwestią do ujęcia w przepisach jest decyzja dotycząca zakresu odpowiedzialności kierowcy za pojazd poruszający się w trybie autopilota. Autonomia trzeciego poziomu zakłada stałą gotowość kierowcy do przejęcia sterów pojazdu. Brytyjskie władze rozważają jednak wprowadzenie odpowiedzialności prawnej dostawcy technologii za zdarzenia drogowe mające miejsce w czasie użytkowania trybu autopilota.

"Technologia automatycznej jazdy może uczynić ruch drogowy bezpieczniejszym, płynniejszym i łatwiejszym dla kierowców, a Wielka Brytania powinna być pierwszym państwem, które skorzysta z jej dobrodziejstw i przyciągnie producentów do rozwijania i testowania nowych rozwiązań technologicznych" – powiedziała brytyjska minister transportu Rachel Maclean, ogłaszając rozpoczęcie zaplanowanych do 27 października konsultacji z firmami motoryzacyjnymi.

Dyrektor zarządzający Stowarzyszenia Producentów i Dystrybutorów Motoryzacyjnych, Mike Hawes, nazwał planu rządu "oczekiwanym (przez branżę – PAP) krokiem", który ma szansę zapobiec 47 tys. poważnych wypadków drogowych w ciągu najbliższej dekady.

Nie wszystkie reakcje na plany rządu są równie entuzjastyczne. Dyrektor wydawniczy czasopisma i serwisu internetowego "What Car?" Jim Holder zauważa, że na obecnym etapie rozwoju technologia automatycznej jazdy "nie jest jeszcze na wystarczająco wysokim poziomie, by jej zaufać. (Te rozwiązania – PAP) działają w 90 proc. przypadków, ale to za mało" - przestrzegł.

Obraz 39967 z Pixabay 

Brytyjski rząd rozważa legalizację jazdy samochodem na autopilocie od 2021 r.

TikTok wykorzystywał zabronione przez Google mechanizmy śledzenia użytkowników

TikTok wykorzystywał zabronione przez Google mechanizmy śledzenia użytkowników wykorzystujące unikalny identyfikator każdego smartfona - podaje dziennik "Wall Street Journal". Według zasad koncernu ich użycie dyskwalifikuje oprogramowanie z dystrybucji w sklepie Play.

Mechanizm śledzenia użytkowników TikToka z użyciem unikalnego identyfikatora (ID) przypisanego każdemu smartfonowi (tzw. adres MAC), na którym zainstalowana jest aplikacja, był ukryty według gazety pod dodatkową warstwą szyfrowania, wobec czego był niewykrywalny dla automatycznych systemów weryfikujących oprogramowanie, zanim trafi do sklepu Google Play.

Działanie techniki śledzenia, którą miał wykorzystywać TikTok, nie pozwala użytkownikom zablokować gromadzenia danych na ich temat. Chińska aplikacja miała według "WSJ" nie informować użytkowników na temat obecności tej funkcji w TikToku. Jak wykazała analiza zamówiona przez nowojorski dziennik, w listopadzie ubiegłego roku zaniechano wykorzystania tego mechanizmu śledzącego przez popularną platformę.

"Wall Street Journal" zwraca uwagę, że kolejne kontrowersje wokół TikToka narastają w czasie, kiedy firma ByteDance, do której należy aplikacja, znalazła się pod dużą presją ze strony administracji prezydenta USA Donalda Trumpa, który uważa iż dane gromadzone przez program mogą być wykorzystywane do celów wywiadowczych przez Chiny.

Trump ocenia, że informacje gromadzone przez TikToka mogą służyć m.in. do monitorowania aktywności pracowników amerykańskiej administracji rządowej bądź firm wykonujących dla niej zlecenia.

Adresy MAC wykorzystywane są przez aplikacje mobilne przede wszystkim w celach marketingowych. Pozwalają na przypisywanie konkretnych użytkowników do zestawów cech i danych gromadzonych w ramach tzw. profili, które następnie wykorzystywane są do kierowania reklamy do określonych grup odbiorców, zdefiniowanych ze względu na ich preferencje dotyczące np. zwyczajów konsumenckich czy wykształcenia, miejsca zamieszkania, a nawet tego, jakie inne oprogramowanie znajduje się na ich telefonach.

Biały Dom obawia się, że tak wrażliwe dane mogą być wykorzystywane również w celach szpiegowskich, a także używane w ramach kampanii oczerniania osób publicznych związanych z rządem bądź amerykańskimi firmami. (PAP)

Obraz Nitish Gupta z Pixabay 

TikTok wykorzystywał zabronione przez Google mechanizmy śledzenia użytkowników

UE wszczyna postępowanie antymonopolowe wobec Google'a ws. przejęcia FitBit

Komisja Europejska podjęła decyzję o wszczęciu postępowania antymonopolowego wobec Google'a w związku z przejęciem przez koncern firmy Fitbit, specjalizującej się w produkcji urządzeń śledzących aktywność użytkowników – informuje we wtorek BBC.

„Komisja obawia się, że proponowana transakcja jeszcze bardziej umocni dominującą pozycję Google’a na rynku reklamy internetowej poprzez zwiększenie i tak ogromnej ilości danych, których Google będzie mógł używać do personalizacji wyświetlanych reklam” – czytamy w oświadczeniu wydanym we wtorek przez Komisję Europejską.

KE poinformowała, że planuje zakończyć postępowanie do 9 grudnia br.

Mimo zapewnień Google'a, że nie będzie wykorzystywał danych użytkowników, unijni prawodawcy obawiają się, że po przejęciu FitBit, Google otrzyma dostęp do informacji zdrowotnych klientów firmy, gromadzonych za pośrednictwem takich urządzeń, jak inteligentne zegarki czy opaski mierzące aktywność, i wykorzysta je w celach reklamowych.

Google zapewnia, że przejmując FitBit chce skupić się na urządzeniach produkowanych przez firmę, a nie na dostępie do danych użytkowników. "Rynek urządzeń do monitorowania aktywności jest już nasycony. Wierzymy, że połączenie Google z FitBit zwiększy konkurencyjność w sektorze, będzie korzystne dla konsumentów i sprawi, że kolejne produkowane sprzęty będą jeszcze lepsze i bardziej dostępne cenowo" - poinformowała rzeczniczka Google.

Koncern w listopadzie ub.r. poinformował, że przejmuje FitBit za 2,1 mld dolarów. Google chce w ten sposób konkurować m.in. z Apple, Samsungiem, Huawei czy Xiaomi, które też w swojej ofercie mają inteligentne urządzenia monitorujące aktywność użytkowników.

Fuzja wywołała krytykę m.in. ze strony dostawców usług zdrowotnych, producentów sprzętu monitorującego aktywność oraz organizacji ochrony danych, którzy obawiają się, że Google jeszcze bardziej wzmocni swoją dominującą pozycję na rynku oraz zdobędzie dostęp do ogromnej bazy danych o zdrowiu konsumentów.

Przedstawiciele Google’a, komentując ogłoszenie wszczęcia postępowania antytrustowego, wyrazili przekonanie, że transakcja zostanie zawarta. "Doceniamy możliwość wypracowania wspólnie z Komisją Europejską podejścia, które zaspokoi oczekiwania klientów wobec ich urządzeń typu wearables” – napisał na firmowym blogu Rick Osterloh, wiceprezes Google’a odpowiedzialny za segment urządzeń.(PAP)

UE wszczyna postępowanie antymonopolowe wobec Google'a ws. przejęcia FitBit

WhatsApp testuje nową funkcjonalność do weryfikowania fake newsów

WhatsApp poinformował, że testuje na wybranych rynkach, w tym w Hiszpanii, Włoszech i Wielkiej Brytanii, nową funkcjonalność "search the web" umożliwiającą użytkownikom błyskawiczne zweryfikowanie w sieci krążących w serwisie fałszywych informacji.

WhatsApp poinformował, że w ramach nowej funkcji będzie umieszczał przy wielokrotnie - czyli ponad pięciokrotnie - powielanych w serwisie wiadomościach lupkę, która umożliwi użytkownikom bezpośrednie sprawdzenie prawdziwości informacji lub jej elementów w internecie.

Funkcjonalność umożliwia przesłanie treści wiadomości bezpośrednio do sieci i wrzucenie jej w wyszukiwarkę z jakiej korzysta dany internauta. W ten sposób możliwe jest zweryfikowanie jedynie wiadomości tekstowych, funkcja nie pozwala na sprawdzenie zdjęć oraz plików wideo. Usługa dostępna jest dla użytkowników w Brazylii, Włoszech, Irlandii, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Meksyku i Stanach Zjednoczonych, zarówno na urządzeniach iOS, Android oraz w ramach aplikacji mobilnej.

WhatsApp zapowiedział, że zamierza rozszerzyć funkcjonalność także na inne rynki, nie sprecyzował jednak kiedy to nastąpi.

Serwis nie po raz pierwszy podejmuje działania wspierające walkę z dezinformacją w sieci. W kwietniu br. WhatsApp wprowadził dodatkowe restrykcje redukujące możliwość rozsyłania wiadomości na platformie - jeśli dana informacja została wcześniej rozesłana ponad pięć razy, użytkownik mógł ją przesłać tylko do jednej osoby lub na jeden czat. W wyniku wprowadzonych przez platformę ograniczeń, liczba rozsyłanych tzw. łańcuszków spadła nawet o 70 proc. WhatsApp nawiązał także współpracę z kilkoma organizacjami fact-checkingowymi w celu skuteczniejszej moderacji treści. (PAP)

Obraz Webster2703 z Pixabay 

WhatsApp testuje nową funkcjonalność do weryfikowania fake newsów

Garmin potwierdził, że padł ofiarą cyberataku

Amerykański producent inteligentnych zegarków, opasek fitnessowych i urządzeń nawigacyjnych Garmin potwierdził, że padł ofiarą cyberataku. Obecnie trwa przywracanie dostępu do usług firmy – informują we wtorek światowe media.

W wyniku ataku hakerskiego od ubiegłego czwartku nie działała większość usług oferowanych przez Garmina, w tym np. popularna aplikacja do monitorowania aktywności fizycznej Garmin Connect, aplikacja dla nurków Garmin Dive, aplikacja dla golfistów Garmin Golf, a także używana przez pilotów aplikacja nawigacyjna flyGarmin. Niedostępna była również strona internetowa spółki oraz świadczona tą drogą obsługa klienta. Według doniesień medialnych atak był tak poważny, że zablokowane zostały również linie produkcyjne w zakładach produkujących zegarki, opaski fitnessowe i pozostałe urządzenia marki.

Początkowo firma odmawiała komentarza do sprawy, swoich użytkowników informowała zaś, że przerwa w dostępie do usług jest spowodowana "konserwacją serwera". Jednak światowe media zajmujące się tematyką nowych technologii od początku sugerowały, że powodem awarii o tak wielkim zasięgu mógł być wyłącznie atak hakerski typu ransomware.

W poniedziałek późnym wieczorem amerykańskiego czasu Garmin w oficjalnym komunikacie potwierdził część tych spekulacji, informując, że firma "padła ofiarą cyberataku, który zaszyfrował niektóre z jej systemów". W efekcie, jak napisano, "wiele usług online zostało przerwanych". Media zwracają uwagę, że w oświadczeniu nie pada słowo "ransomware" i nie ma żadnego odniesienia do ewentualnych żądań okupu wystosowanych przez hakerów. Wcześniej media, powołując się na źródła w spółce, spekulowały, że w grę mogło wchodzić żądanie okupu w wysokości 10 mln dolarów.

Garmin zapewnił w oświadczeniu, że "nic nie wskazuje na to, żeby dane klientów, w tym te dotyczące płatności Garmin Pay, zostały wykradzione". Firma dodała, że jest w trakcie przywracania wszystkich usług i ich funkcjonalności. Zastrzegła jednak, że proces ten może potrwać kilka dni w związku z koniecznością wstecznej synchronizacji danych z urządzeń milionów użytkowników na całym świecie.

Zdaniem dziennikarza BBC specjalizującego się w tematyce nowych technologii Joego Tidy’ego atak na serwery Garmina mógł zostać przeprowadzony za pomocą hakerskiego oprogramowania szyfrującego Wasted Locker, zaobserwowanego po raz pierwszy w kwietniu br.

Światowe media przypisują sprawstwo cyberataku na Garmina hakerskiej grupie przestępczej Evil Corp.

Spółka Garmin nie potwierdziła tych przypuszczeń, nie przekazała również do wiadomości publicznej informacji o ewentualnej zapłacie okupu za odzyskanie dostępu do zaszyfrowanych danych. (PAP)

Obraz rottonara z Pixabay 

Garmin potwierdził, że padł ofiarą cyberataku

Oxford i co najmniej 9 innych uczelni ofiarami ataku hakerskiego

Co najmniej 10 uniwersytetów w Wielkiej Brytanii, USA i Kanadzie padło ofiarą ataku hakerskiego typu ransomware, w wyniku którego wykradzione zostały dane osobowe studentów oraz absolwentów – informuje BBC w piątek.

Według BBC zaatakowane zostały serwery firmy Blackbaud, dostawcy usług chmurowych, z których korzystały uczelnie będące ofiarami kradzieży danych. BBC informuje, że ofiarami ataku hakerskiego padły również organizacja pozarządowa zajmująca się ochroną praw człowieka Human Rights Watch oraz fundacja zajmująca się zdrowiem psychicznym dzieci i młodzieży Young Minds. Do ataku miało dojść w maju br.

BBC potwierdziło kradzież danych z następujących uczelni: University of York, Oxford Brookes University, Loughborough University, University of Leeds, University of Exeter, University of London, University of Reading, University College, Oxford, a ponadto Ambrose University w kanadyjskiej Albercie oraz Rhode Island School of Design w Stanach Zjednoczonych.

W części przypadków skradzione dane ograniczały się do absolwentów, którzy byli proszeni przez uczelnie o wsparcie finansowe, jednak w innych były znacznie obszerniejsze – zawierały informacje o pracownikach uczelni, obecnych ich studentach oraz osobach lub organizacjach udzielających wsparcia finansowego wraz z numerami telefonów i historią wpłat. Według BBC wykradzione bazy nie zawierały informacji o kartach kredytowych ani innych wrażliwych danych finansowych.

Amerykańska spółka Blackbaud, której główna siedziba mieści się w największym mieście Południowej Karoliny – Charleston, jest jednym z największych na świecie dostawców usług chmurowych wraz z oprogramowaniem administracyjnym, księgowym i wspomagającym zbiórki funduszy. Po ogłoszeniu informacji o ataku firma spotkała się z krytyką z uwagi na utrzymywanie tego faktu w tajemnicy przez dwa miesiące. Również fakt, że spółka przyznała się do zapłacenia przestępcom okupu w niesprecyzowanej wysokości za skradzione dane spotkał się z nieprzychylnymi komentarzami.

Blackbaud odmówił podania do publicznej wiadomości kompletnej listy zaatakowanych przez hakerów, tłumacząc tę decyzję "poszanowaniem prywatności klientów". Jednocześnie firma zapewniła, że większość obsługiwanych przez nią podmiotów nie zostało poszkodowanych w wyniku incydentu, oraz że po zapłaceniu okupu "uzyskała dowód, że skradzione dane zostały zniszczone". W oświadczeniu zaznaczono również, że Blackbaud we współpracy z organami ścigania oraz niezależnymi śledczymi monitoruje, czy skradzione dane nie są np. oferowane na sprzedaż w dark webie.

Foto : Wikipedia Oxford Brookes University

Oxford i co najmniej 9 innych uczelni ofiarami ataku hakerskiego

Szef ZLP: rola Polaków w bitwie o W. Brytanię jest znana, ale walka o historię trwa stale

Na Wyspach jest dziś powszechna świadomość udziału Polaków w bitwie o Wielką Brytanię, ale walka o historię trwa stale, trzeba o tym przypominać - mówi PAP Artur Bildziuk, prezes Związku Lotników Polskich w Wielkiej Brytanii. W tym roku przypada 80. rocznica bitwy.

Jak wskazuje Bildziuk, przez długie lata po zakończeniu II wojny światowej udział Polaków wcale nie był znaną sprawą. „Przez długi czas to był taki zamknięty krąg, tzn. jak się chodziło do klubu lotników RAF, to wszyscy o tym wiedzieli, ale ogólnie nie mówiło się, że Polacy byli słynnymi lotnikami i zestrzelili tak dużo samolotów” – mówi.

Wyjaśnia, że w Wielkiej Brytanii tego nie eksponowano, bo z jednej strony bitwa stała się elementem narodowego mitu, a drugiej była drażliwa kwestia, dlaczego ci wszyscy „cholerni cudzoziemcy” – nie tylko lotnicy, ale też inni walczący w brytyjskich oddziałach – tu zostali. Z kolei komunistyczne władze Polski się o to nie upominały, bo w czasie Bitwy o Wielką Brytanię Związek Sowiecki był w sojuszu z Niemcami.

Bildziuk mówi, że udział Polaków w bitwie zaczął wchodzić do brytyjskiej świadomości wraz z powstałym w 1969 r. filmem „Battle of Britain”. Wskazuje, iż dużą rolę w tym odegrał producent filmu Benjamin Fisz, który zapytał, gdzie w tym filmie są Polacy i wymógł dodanie scen z ich udziałem. Dodaje, że spośród nowszych produkcji dużą rolę w utrwaleniu tej świadomości odegrał miniserial telewizyjny stacji Channel 4 „Bloody Foreigners” („Ci cholerni cudzoziemcy”) z 2010 r., w którym jeden z odcinków został poświęcony udziałowi Polaków w Bitwie o Wielką Brytanię i który bardzo wiernie przedstawia wydarzenia historyczne, jak i charaktery samych pilotów.

Szef ZLP podkreśla jednak, że bitwa o historię cały czas trwa i trzeba przypominać o polskim udziale. Jako przykład podaje amerykański film „Pearl Harbor” z 2001 r., w którym polski Dywizjon 303 został przemianowany na amerykański Eagle Squardon. Z drugiej strony mówi, że niepokoją go także najnowsze filmy o Dywizjonie 303, w których w celu dodarcia do dzisiejszej młodzieży polscy piloci wdają się w bójki, przeklinają itp., tymczasem oni tacy nie byli. „Takie próby fabularyzowania historii są niedobre, bo ktoś może powiedzieć, że skoro są przekłamania, to wszystko może być kłamstwem. Trzeba bardzo ostrożnie do tego podchodzić” – wskazuje.

Zauważa też, że w Polsce niemal cała uwaga jest skupiona na najbardziej znanym z polskich dywizjonów – 303, podczas gdy pozostałe – 302, a w szczególności bombowe 300 i 301 są trochę zapomniane. Tymczasem ich rola również była bardzo ważna i trzeba o tym opowiadać. Bildziuk podkreśla też, że należy przypominać o polskim udziale w Bitwie o Wielką Brytanię, ale zarazem uważać, by nie umniejszać roli wszystkich innych, bo to nie zostanie dobrze odebrane w Wielkiej Brytanii i może przynieść odwrotny skutek.

„Jest bardzo ważne, żeby utrzymać tę historię we właściwych proporcjach – nie, że to my wygraliśmy bitwę o Wielką Brytanię, ale że bez nas byłoby bardzo trudno” – przekonuje.

Brytyjscy historycy przyjęli jako czas trwania bitwy o Wielką Brytanię okres od 10 lipca do 31 października 1940 roku, kiedy miały miejsce najintensywniejsze naloty niemieckie. W okresie tym w przynajmniej jednym locie bojowym uczestniczyło 2937 lotników alianckich (niektóre źródła wskazują na liczbę o kilka osób niższą lub wyższą). Wśród nich zdecydowanie największą grupę stanowili Brytyjczycy - 2342. Polacy w sile 145 osób byli drugą co do wielkości narodowością po stronie aliantów. Choć liczba samolotów niemieckich, które zostały zestrzelone przez polskich pilotów jest trudna do jednoznacznego ustalenia i są w tej kwestii pewne rozbieżności, nie ulega wątpliwości, że Dywizjon 303 był jednym z najskuteczniejszych ze wszystkich walczących.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

 

foto : Dywizjon 303 twiiter / PolishEmbassyUK

Szef ZLP: rola Polaków w bitwie o W. Brytanię jest znana, ale walka o historię trwa stale

"Lancet": dwie badane szczepionki na Covid-19 wywołują odpowiedź immunologiczną

Testy kliniczne potwierdziły, że dwie rozwijane szczepionki na Covid-19, opracowywane przez instytucje brytyjskie i chińskie, wywołują reakcję immunologiczną i są bezpieczne dla pacjentów - informuje w poniedziałek czasopismo medyczne "The Lancet".

Pierwsza z projektowanych szczepionek jest rozwijana przez brytyjski koncern AstraZeneca i naukowców z Uniwersytetu w Oksfordzie. Druga przez chińską firmę CanSino Biological we współpracy z chińską armią.

Wyniki badań klinicznych nad tymi substancjami zostały opisane w "Lancecie" w dwóch osobnych artykułach. W towarzyszącym im komentarzu naukowcy ze szkoły zdrowia publicznego Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa w Baltimore opisali je jako "zachęcające", ale zaznaczyli, że dalsza ocena tych projektów wymaga prób klinicznych na znacznie większej populacji.

Opracowywana w Wielkiej Brytanii szczepionka wywołała wytwarzanie się przeciwciał oraz reakcję limfocytów T, które pomagają walczyć z koronawirusem - podsumował dla agencji AP opublikowane w czasopiśmie rezultaty badań dr Adrian Hill z Uniwersytetu w Oksfordzie.

"To, co działa w tej szczepionce szczególnie dobrze, to uruchamianie obu ramion układu odpornościowego" - wyjaśnił.

Hill podkreślił, że wyniki testów klinicznych, w których brało udział około tysiąca osób w wieku 18-55 lat pokazują, że szczepionka wywołała dobrą odpowiedź immunologiczną u prawie wszystkich. Dodał, że zaobserwowano także nieznaczne efekty uboczne, m.in. gorączkę, dreszcze i bóle mięśni.

Ta szczepionka wydaje się produkować porównywalną ilość przeciwciał do tej, która jest wytwarzana w ciałach ludzi, którzy przeszli Covid-19 - ocenia naukowiec. Hill przypomina, że celem opracowywanej substancji jest ograniczenie zachorowań i tempa przenoszenia się choroby.

Drugi artykuł w "Lancecie" został napisany przez chińskich naukowców relacjonujących badania kliniczne, w których wzięło udział ok. 500 osób. Mechanizm testowanej w nich szczepionki jest zbliżony do tego, który wykorzystywany jest w projekcie brytyjskim. Testy pokazały, że również i ta substancja wywołała reakcję immunologiczną. Zaznaczono jednak, że na razie nie wiadomo, czy proponowana szczepionka skutecznie chroni przed zachorowaniem na Covid-19.

Obydwa koncerny planują dalsze badania i w wypadku ich pomyślnych wyników wprowadzenie szczepionki do dystrybucji. Zarówno AstraZeneca, jak i CanSino podpisały już umowy na dostarczenie szczepionki.

Brytyjska firma zobowiązała się już do wyprodukowania dwóch miliardów dawek substancji i uzgodniła ich dostarczenie z wieloma państwami świata - przypomina AP. Koncern już wcześniej oświadczył, że nie będzie dążył do czerpania zysków z tego produktu.

Przedstawiciele AstraZeneki poinformowali w poniedziałek, że we wrześniu będzie gotowych co najmniej milion dawek szczepionki, które mogą być dostępne nawet przed końcem tego roku, kiedy badania kliniczne potwierdzą, że substancja może dopuszczona do użytku.

Produkt CanSino ma być z kolei wykorzystywany w chińskim wojsku - donosi agencja Reutera.

Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson określił w poniedziałek wyniki badań nad brytyjskim projektem szczepionki jako "ważny krok we właściwym kierunku" i "bardzo pozytywną wiadomość". Pogratulował naukowcom, ale zastrzegł, że nie ma gwarancji, iż szczepionka jest skuteczna i potrzebne są dalsze badania.

W zeszłym tygodniu podobnie obiecujące wyniki dały badania nad szczepionką rozwijaną przez amerykańską firmę Moderna - przypomina AP. Agencja uzupełnia, że na świecie w pierwszej fazie badań klinicznych testowanych jest co najmniej dziesięć szczepionek przeciw Covid-19, a kolejne dziesiątki projektów rozwijanych jest w mniej zaawansowanych badaniach.(PAP)

"Lancet": dwie badane szczepionki na Covid-19 wywołują odpowiedź immunologiczną

W Cambridge zrekonstruowano cyklometr Rejewskiego, który pomógł zdeszyfrować Enigmę

W Cambridge zrekonstruowano cyklometr Mariana Rejewskiego, który pomógł złamać niemiecką maszynę szyfrującą, Enigmę. To pierwsza w pełni funkcjonalna replika cyklometru słynnego matematyka, jaka powstała od lat 30-tych ubiegłego wieku.

Wszystkie istniejące cyklometry, które wykorzystywał w swojej pracy Marian Rejewski, zostały zniszczone przed 1939 rokiem w obawie przed ich pozyskaniem przez niemieckich nazistów. Wykonany obecnie, w pełni funkcjonalny cyklometr to projekt absolwenta Uniwersytetu w Cambridge (Wielka Brytania) Hala Evansa, który prace nad nim rozpoczął w 2018 roku w ramach swojej pracy magisterskiej.

Według Evansa celem projektu były dogłębne badania nad działaniem cyklometru Rejewskiego, który był urządzeniem o krytycznym znaczeniu dla konstrukcji późniejszej maszyny Bombe Alana Turinga wykorzystywanej do pracy przy deszyfracji Enigmy podczas II wojny światowej. Evans w rozmowie z mediami podkreślił, że cyklometr polskiego matematyka był pierwszym w historii urządzeniem, które wywarło znaczący wpływ na postęp prac przy konstrukcji mechanizmu deszyfrującego. Skonstruowana przez niego replika oryginalnego urządzenia znajduje się obecnie w King's College w Cambridge.

Jak powiedział Evans, jego urządzenie to pierwsza od lat 30-tych ubiegłego wieku fizyczna replika cyklometru, gdyż "ze względu na koszt i mechaniczną złożoność prac nad odtworzeniem maszyny, wszystkie próby zbudowania repliki do tej pory opierały się na oprogramowaniu". Jego zdaniem projekt pracy magisterskiej, którą obronił na Uniwersytecie w Cambridge, "stworzył możliwość odtworzenia istotnego fragmentu historii".

"Praca nad tym wyjątkowym projektem to wielki przywilej. To połączenie inżynierii, historii i matematyki. Stworzenie repliki zajęło zaledwie nieco ponad rok dzięki szczodremu wsparciu finansowemu ze strony King's College, który dostrzegł oczywiste powiązanie mojej pracy z dorobkiem jednego ze swoich najsławniejszych absolwentów, Alana Turinga" - tłumaczył autor repliki.

Hal Evans ocenił, że dorobek kryptologów pracujących w Bletchley Park nad deszyfracją Enigmy jest w Wielkiej Brytanii dobrze znany. "Polski wkład w te prace jest na pewno rzeczą wiadomą, jednakże nie nadaje mu się tak dużej rangi, na jaką zasługuje. Badając historię Rejewskiego i jego kolegów, chciałem dowiedzieć się więcej o ich przedsięwzięciach. Im głębiej sięgałem, tym więcej interesujących faktów odkrywałem" - powiedział Evans.

"Polacy byli bardzo zaawansowani w porównaniu z Brytyjczykami w swoim zrozumieniu tego, jak działała Enigma" - ocenił. "W rzeczywistości to polscy inżynierowie złamali kod Enigmy jeszcze przed wojną, wykorzystując rozmaite systemy, skomplikowane, wysokopoziomowe metody matematyczne i budowane specjalnie w tym celu urządzenia. Ich praca i wiedza okazała się bezcenna i to ona położyła fundamenty dla dalszych sukcesów aliantów w Bletchley Park" - stwierdził w rozmowie z mediami autor repliki cyklometru Rejewskiego.

Cyklometr skonstruowany przez Mariana Rejewskiego umożliwił częściowo zautomatyzowane pozyskiwanie danych o pozycjach startowych rotora szyfrującego zawartego w Enigmie. Było ich ponad 100 tys., a celem odczytania szyfrowanych przez maszynę wiadomości codziennie było trzeba obliczać i katalogować ich możliwe kombinacje. Dzięki wykorzystaniu urządzenia polskiego matematyka złamanie kodu Enigmy zajęło kryptografom z Bletchley Park dziewięć miesięcy. Bez cyklometru, jak twierdzi brytyjski badacz, praca ta potrwałaby co najmniej 60 razy dłużej.

Małgorzata Fraser (PAP)

 

foto : twitter / Cambridge_Eng

W Cambridge zrekonstruowano cyklometr Rejewskiego, który pomógł zdeszyfrować Enigmę

Vodafone zainstaluje prywatną sieć 5G w fabryce Forda

Koncern motoryzacyjny Ford podpisał umowę z gigantem telekomunikacyjnym Vodafone na budowę prywatnej sieci 5G w fabryce produkującej baterie do samochodów elektrycznych koncernu w angielskim hrabstwie Essex – donosi w czwartek agencja Reutera.

O podpisaniu kontraktu poinformowały obie strony umowy we wspólnym komunikacie.

Projekt – jeden z pierwszych tego rodzaju w Wlk. Brytanii - jest częścią wspieranej przez brytyjski rząd inwestycji w sieci 5G o wartości 65 mln funtów.

Fabryczna sieć 5G, która zastąpi dotychczas używaną w zakładzie sieć Wi-Fi, ma umożliwić zwiększenie produkcji dzięki znacznie szybszej i dokładniejszej kontroli oraz prowadzonej w czasie rzeczywistym analizie poszczególnych etapów wytwarzania podzespołów do elektrycznych pojazdów.

Wcześniej w tym tygodniu o inwestycji w fabryczną sieć 5G poinformowała Toyota, która planuje jej instalację we współpracy z Nokią w swoim zakładzie w japońskiej Fukuoce.

Vodafone zainstaluje prywatną sieć 5G w fabryce Forda

Premier Johnson: będę ostrożnie podejmował decyzję w sprawie Huawei

Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson powiedział w czwartek, że będzie ostrożnie podejmował decyzję w sprawie Huawei, ponieważ rząd nie chce, by jakakolwiek krytyczna infrastruktura była kontrolowana przez "potencjalnie wrogich sprzedawców państwowych".

"Nie chcę, by nasza krytyczna infrastruktura była w jakikolwiek sposób kontrolowana przez potencjalnie wrogich dostawców państwowych. Zatem musimy bardzo uważnie zastanowić się nad tym, jak teraz postępować" - powiedział Johnson w wywiadzie dla "Evening Standard", odpowiadając na pytanie o zaangażowanie chińskiego giganta telekomunikacyjnego w brytyjską sieć 5G.

W styczniu rząd w Londynie zdecydował o dopuszczeniu Huawei - ale tylko w ograniczonym zakresie - do udziału w budowie brytyjskiej sieci 5G. Już wtedy wielu posłów miało wątpliwości co do tej decyzji, a od tego czasu jeszcze się one pogłębiły w związku z brakiem transparentności władz w Pekinie w kwestii pandemii koronawirusa oraz z ich polityką wobec Hongkongu.

W tym samym wywiadzie Johnson powiedział też, że rządowy program wypłacania z budżetu pensji pracownikom wysłanym na urlopy z powodu koronawirusa nie może zostać przedłużony, ponieważ w dłuższej perspektywie nie jest zdrowy ani dla gospodarki, ani dla pracowników.

Celem programu jest to, żeby firmy odczuwające skutki kryzysu nie zwalniały pracowników, lecz wysyłały ich na urlopy. Firmy mogą występować o zwrot z budżetu 80 proc. pensji tych pracowników. Program będzie funkcjonował do końca października, choć przez ostatnie dwa miesiące udział państwa będzie malał. Na początku tygodnia ministerstwo finansów poinformowało, że z programu korzysta obecnie 9,3 mln osób, a jego koszt przekroczył 25 mld funtów.

Brytyjski premier odniósł się także do kwestii usuwania pomników. Powiedział, że jest przeciwny usunięciu z Uniwersytetu w Oxfordzie pomnika Cecila Rhodesa, XIX-wiecznego brytyjskiego kolonialisty, czego domagają się antyrasistowscy aktywiści, gdyż byłoby to edytowaniem historii.

"To tak jakby jakiś polityk potajemnie próbował poprawić wpis na swój temat w Wikipedii. Jestem za dziedzictwem, jestem za historią i jestem za tym, by ludzie rozumieli naszą przeszłość ze wszystkimi jej niedoskonałościami" - wyjaśnił Johnson.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Premier Johnson: będę ostrożnie podejmował decyzję w sprawie Huawei

Volvo: potencjalna usterka pasów w 2,2 mln samochodów marki

Szwedzka marka Volvo Cars wykryła potencjalną usterkę w napinaczach pasów bezpieczeństwa w samochodach wyprodukowanych pomiędzy 2006 a 2019 r. Spółka ogłosiła w środę akcję przywoławczą obejmującą blisko 2,2 mln pojazdów, m.in. modele V60, V70 i XC60.

Usterka wykryta przez producenta dotyczy stalowych linek mocowanych do pasów bezpieczeństwa w przednich fotelach pojazdu. Odpowiadają one za odpowiednie napięcie pasów w razie kolizji.

"Przy wystąpieniu konkretnych rzadkich okoliczności i zachowań użytkownika, linka może z czasem ulegać zmęczeniu materiału. To z kolei może z czasem doprowadzić do jej uszkodzenia, a w konsekwencji - do osłabienia funkcji napinania pasów" - wyjaśnia Volvo w komunikacie.

Według informacji firmy dotychczas nie doszło do wypadków ani obrażeń związanych z usterką, a ogłoszona w środę akcja serwisowa ma charakter prewencyjny. Szwedzka marka należąca obecnie do chińskiego koncernu motoryzacyjnego Geely zapowiedziała, że skontaktuje się z właścicielami pojazdów, których dotyczy problem, prosząc ich o skontaktowanie się z lokalnymi dealerami. Naprawy mają być prowadzone nieodpłatnie.

Jak odnotowuje agencja Reutera, to największa akcja serwisowa w historii marki. Rzecznik Volvo odmówił odnoszenia się do zapytań o koszt, jaki spółka poniesie w związku z naprawami. (PAP)

 

Obraz Robert Karkowski z Pixabay 

Volvo: potencjalna usterka pasów w 2,2 mln samochodów marki

Facebook rozpoczyna współpracę fact-checkingową z organizacją Full Fact

Facebook rozpoczyna współpracę fact-checkingową z organizacją Full Fact. Wspólnie przeprowadzą one kampanię informacyjną uświadamiająca na temat zagrożeń związanych z dezinformacją. Swoim zasięgiem akcja obejmie Europę, Bliski Wschód i Afrykę.

Kampania Full Factu i największego portalu społecznościowego na świecie wystartuje w lipcu. Użytkownicy Facebooka w krajach Unii Europejskiej, a także w Wielkiej Brytanii, Turcji oraz w państwach afrykańskich i bliskowschodnich zobaczą w swoim strumieniu aktualności komunikaty, które będą zachęcały ich do krytycznej refleksji na temat informacji, na jakie natrafiają na platformie. Wspólne reklamy Full Factu i koncernu z Menlo Park będą również zwracały użytkownikom uwagę na to, skąd pochodzą konsumowane informacje, czego w nich brakuje i jak oddziałują emocjonalnie na odbiorców.

"Treści nacechowane emocjonalnie mogą silniej oddziaływać na użytkowników, skłaniając ich do wiary w fałszywe wiadomości" - powiedział we wtorek szef Full Factu, Will Moy. "W czasie tego kryzysu (związanego z pandemią COVID-19 - PAP) stawką jest ludzkie życie. Namyślając się przez chwilę, nim podzielimy się czymś w internecie, możemy powstrzymać rozprzestrzenianie się szkodliwych i mylących informacji, a także uchronić swoich przyjaciół i rodzinę" - dodał.

Walka z dezinformacją od dawna stanowi wyzwanie dla wielkich firm internetowych, do których należą takie platformy, jak Facebook czy Twitter. Pandemia koronawirusa SARS-CoV-2 powodującego chorobę COVID-19 rzuciła nowe światło na problem, przenosząc dyskusję o dezinformacji z poziomu kwestii politycznych, takich jak np. ingerencje rosyjskich trolli przed wyborami prezydenckimi w USA z 2016 roku, na poziom działań mających na celu powstrzymać rozprzestrzenianie fałszywych treści na temat "cudownych kuracji" lub teorii spiskowych dotyczących rzekomych związków choroby z budową sieci łączności nowej generacji (5G).

Organizacja pozarządowa Full Fact z siedzibą w Londynie od 2009 roku działa na rzecz weryfikacji i korekty informacji podawanych przez media tradycyjne i cyfrowe. Założył ją donator brytyjskiej Partii Konserwatywnej Michael Samuel wraz z Willem Moyem, który wówczas związany był z Centrum Anne Freud. (PAP)

Facebook rozpoczyna współpracę fact-checkingową z organizacją Full Fact

System rozpoznawania twarzy zweryfikuje pasażerów pociągów Eurostar

System rozpoznawania twarzy będzie wykorzystywany jako narzędzie biometrycznej weryfikacji tożsamości pasażerów chcących skorzystać z połączeń kolejowych linii Eurostar - donosi dziennik "Financial Times". Plany spółki już teraz budzą wątpliwości dot. prywatności.

Operator pociągów Eurostar ogłosił, że rozpoczął prace nad wdrożeniem systemu weryfikacji pasażerów z użyciem technologii rozpoznawania twarzy, który może ułatwić proces wchodzenia na pokład poprzez zmniejszenie obłożenia stanowiska kontroli paszportów i dokumentów podróży.

Pieniądze na system wyłożyło brytyjskie ministerstwo transportu w ramach kwoty 9,4 mln funtów przeznaczonych na modernizację kolei. Pracuje nad nim firma iProov we współpracy z Eurostarem oraz kanadyjskim przedsiębiorstwem WorldReach Software specjalizującym się w obsłudze sektora turystycznego i transportowego. Na dworcu St. Pancras International w Londynie, który jest jedną ze stacji końcowych dla pociągów Eurostar (obok Brukseli i Paryża), system ma wejść do użycia do końca marca 2021 roku.

Według "FT" szczegółowe dane o systemie to kwestia decyzji, które dopiero będą podejmowane. W ramach obecnych propozycji mieści się jednak możliwość wysłania fotografii twarzy do firmy Eurostar przez pasażerów, którzy swoje bilety na przejazd kupują w internecie, razem ze zdjęciem paszportu i "selfie" z telefonu do weryfikacji tożsamości w oparciu o dane biometryczne.

Przy wejściu do pociągu pasażerowie, którzy wybiorą taki rodzaj odprawy, będą musieli przejść specjalnym "korytarzem biometrycznym", w którym będą znajdowały się kamery porównujące twarz przechodzących osób z przesłanymi wcześniej danymi.

Biometryczne uwierzytelnianie tożsamości działa już na lotniskach w Wielkiej Brytanii, USA, Chinach i Australii. Wykorzystaniu technologii rozpoznawania twarzy w pociągach Eurostar sprzeciwiają się badacze z Instytutu Ady Lovelace, którzy wskazują, że użycie rozwiązania rodzi wiele pytań o bezpieczeństwo danych podróżnych, np. w kwestii tego, jak będą one przechowywane i w jaki sposób Eurostar planuje rozwiać obawy pasażerów dotyczące nadzoru elektronicznego.

Obawy względem systemu wyraziła również organizacja pozarządowa Privacy International. Prawniczka z nią współpracująca Ilia Siatitsa wskazała, że pasażerowie mogą czuć presję na poddanie się weryfikacji biometrycznej ze względu na chęć uniknięcia kolejek do tradycyjnej odprawy paszportowej. Poza tym, jak twierdzi Siatitsa, kwestią do wyjaśnienia pozostają ewentualne umowy Eurostaru z organami ścigania, np. policją, dotyczące dostępu do danych.

Firma iProov podkreśla, że korzystanie z systemu będzie dobrowolne, a jego działanie będzie opierało się na porównywaniu twarzy osób chcących wejść na pokład pociągów z przesłanymi wcześniej zdjęciami, nie zaś na rozpoznawaniu tożsamości podróżnych w oparciu o bazę danych zawierającą gromadzone masowo informacje. (PAP)

mfr/ mk/

Obraz Younjoon CHOI z Pixabay

System rozpoznawania twarzy zweryfikuje pasażerów pociągów Eurostar

Co wiemy o „niezwykłym” leczeniu COVID-19 - i jego skutkach ubocznych?

Odkrycie powszechnie stosowanego deksametazonu w leczeniu koronawirusa zostało okrzyknięte „dużym przełomem”.

Badania nad pacjentami z COVID-19 ujawniły skuteczność leku, który był w użyciu od wczesnych lat 60. XX wieku.
Dostępny od dziesięcioleci jest stosunkowo tani i łatwo dostępny.

            Ale jaka jest historia tego leku, co faktycznie odkryły badania na temat jego skuteczności u pacjentów z COVID-19 i jakie są możliwe skutki uboczne?
            Sky News patrzy na lek, który Boris Johnson okrzyknął „przyczyną świętowania”, a profesor prowadzący cały proces nazywa go „dość niezwykłym”.

                                   Co to jest deksametazon i do czego był używany do tej pory?

            Jest to szeroko stosowany lek steroidowy, znany jako kortykosteroid, który działa w celu zmniejszenia stanu zapalnego. Stosowany od wczesnych lat 60. XX wieku, leczy szereg schorzeń, w tym reumatoidalne zapalenie stawów i astmę.

            Lek może działać w celu zapobiegania niszczeniu płytek krwi przez układ odpornościowy u osób z zaburzeniami krwi i jest również stosowany w opiece pod koniec życia.
            Osobom z guzem mózgu można również przepisać deksametazon w celu zmniejszenia obrzęku wokół guza.

                                   Co pokazały badania na pacjentach z koronawirusem?

            Łącznie 2 104 pacjentów otrzymywało 6 mg deksametazonu raz dziennie doustnie lub dożylnie przez 10 dni.
            Następnie naukowcy porównali swoje wyniki z wynikami grupy kontrolnej złożonej z 4321 pacjentów.

Okazało się, że - w ciągu 28 dni - śmiertelność wśród pacjentów wymagających wentylacji wynosiła 41%, a dla osób potrzebujących tlenu 25%.
Liczba ta wyniosła 13% wśród osób nie wymagających interwencji oddechowej.
            Jednak nie stwierdzono zmian w liczbie zgonów wśród pacjentów, którzy nie wymagali wspomagania oddychania.

                                   Ile to kosztuje?

Jest stosunkowo tani, a naukowcy szacują koszt leczenia ośmiu osób poważnie chorych na koronawirusa na 40 funtów.
            Deksametazon jest również dostępny na całym świecie w niskich cenach, umożliwiając korzyści krajom o niższych dochodach.

Jakie są potencjalne skutki uboczne?

Brytyjski Narodowy Instytut Doskonałości Zdrowia i Opieki (NICE) wymienia następujące warunki jako częste lub bardzo częste działania niepożądane wszystkich kortykosteroidów, w tym deksametazonu:
            Niepokój; nieprawidłowe zachowanie; zaćma podtorebkowa; upośledzenie funkcji poznawczych; Zespół Cushinga; brak równowagi elektrolitowej; zmęczenie; zatrzymanie płynów; dyskomfort żołądkowo-jelitowy; bół głowy; zaburzenie gojenia; hirsutyzm; nadciśnienie; zwiększone ryzyko infekcji; nieregularności cyklu miesiączkowego; nastrój zmieniony; nudności; osteoporoza; wrzód trawienny; zaburzenie psychotyczne; reakcje skórne; zaburzenia snu; wzrost masy ciała.

            Dalsze ostrzeżenia dotyczące działań niepożądanych koncentrują się na zwiększonym ryzyku związanym z długotrwałym leczeniem kortykosteroidami, co jest mało prawdopodobne w przypadku pacjentów cierpiących na COVID-19.

            Jednak osoby przyjmujące kortykosteroidy powinny zachować szczególną ostrożność, aby uniknąć narażenia na ospę wietrzną - chyba że wcześniej chorowały - i odrę, które, jak się uważa, narażają pacjenta na większe ryzyko.

            Wytyczne NICE mówią również, że ogólnoustrojowe kortykosteroidy, szczególnie w dużych dawkach, są powiązane z „reakcjami psychiatrycznymi, w tym euforią, bezsennością, drażliwością, labilnością nastroju, myślami samobójczymi i zaburzeniami zachowania”.

                                                                                                         

                                                                                                                                                                   (źródło; Sky News)

Obraz fernando zhiminaicela z Pixabay

		Co wiemy o „niezwykłym” leczeniu COVID-19 - i jego skutkach ubocznych?

Kiedy szczepionka na Covid-19 będzie oficjalnie dostępna?

Nikt jeszcze nie jest pewien, ale prognozuje się początek 2021 roku.
            Szczepionki opracowywane na całym świecie znajdują się na różnych etapach testów.

Dr Anthony Fauci, dyrektor Narodowego Instytutu Alergii i Chorób Zakaźnych, powiedział, że jest przekonany, że jeden z „kandydatów” na szczepionkę zostanie uznany za bezpieczny i skuteczny do pierwszego kwartału 2021 r.

            W międzyczasie rząd USA pomaga firmom takim jak Moderna przyspieszyć opracowywanie szczepionek kandydujących, a gdy zostanie udowodnione, że działają bezpiecznie, wtedy będzie można je szybko wyprodukować.
„Na początku 2021 r. mamy nadzieję na kilkaset milionów dawek” - powiedział Fauci.

            Podobnie twierdzi Bill Gates na swoim blogu: „Blog of Bill Gates”.

„Musimy zrobić miliardy dawek, musimy rozprowadzić je do każdego zakątka świata, a wszystko to musi nastąpić tak szybko, jak to możliwe”.

            Fundacja Billa Gates'a jest największym fundatorem szczepionek na świecie i stworzenie takiej szczepionki będzie wymagało „globalnej współpracy, jakiej świat nigdy nie widział, ale wiem, że to zostanie dokonane. Po prostu nie ma innej alternatywy”- pisze  na swoim blogu Gates.

            Dr Anthony Fauci uważa, że opracowanie szczepionki koronawirusowej zajmie około 18 miesięcy.

            Dr Francis Collins, dyrektor National Institutes of Health, podał podobną prognozę: „Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to nawet około 10021 dawek będzie można wyprodukować już na początku 2021 r.”, Powiedział Collins.

            Ale wielu lekarzy twierdzi, że uzyskanie skutecznej szczepionki do stycznia jest bardzo ambitnym celem.
            „Jeśli to się stanie, wszystko będzie musiało pójść niewiarygodnie idealnie” - powiedział dr Larry Corey, ekspert w dziedzinie wirusologii, immunologii i opracowywania szczepionek.

                                   Dlaczego opracowanie szczepionki zajmuje tyle czasu?
            Szczepionki muszą przejść testy wielofazowe, aby upewnić się, że są skuteczne i bezpieczne. Dr Emily Erbelding, ekspert w dziedzinie chorób zakaźnych z NIAID, mówi, że zwykle opracowanie szczepionki zajmuje od 8 do 10 lat.

                                   Oto jak zazwyczaj działa ten proces:

            Po pierwsze, szczepionka jest zwykle testowana na zwierzętach przed ludźmi. Jeśli wyniki są obiecujące, rozpocznie się trójfazowe badanie na ludziach:

Faza I: Szczepionkę podaje się małej grupie osób w celu oceny bezpieczeństwa, a niekiedy odpowiedzi układu odpornościowego. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, badacze przechodzą do fazy II.
Faza II: Ta faza zwiększa liczbę uczestników - często do setki - do prób losowego badania. Uwzględnia się więcej członków z grup ryzyka.

            „W fazie II badanie kliniczne jest rozszerzone, a szczepionka jest podawana osobom, które mają cechy (takie jak wiek i zdrowie fizyczne) podobne do tych, dla których nowa szczepionka jest przeznaczona”, zgodnie z Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom. Jeśli wyniki są obiecujące, próba przechodzi do fazy III.

Faza III: Ta faza sprawdza skuteczność i bezpieczeństwo nad  tysiącami (lub dziesiątkami tysięcy) ludzi. Znacznie większa liczba uczestników tej fazy pomaga naukowcom dowiedzieć się o możliwych rzadkich skutkach ubocznych szczepionki.

                        Jakie są niebezpieczeństwa przyspieszania procesu tworzenia szczepionki?

            Historia pokazała, że szczepionki opracowane lub dystrybuowane w pośpiechu mogą prowadzić do niezamierzonych konsekwencji:

  • W 2017 r. Ze względów bezpieczeństwa zatrzymano pilną kampanię mającą na celu zaszczepienie około 1 miliona dzieci na gorączkę krwotoczną denga przenoszoną przez komary na Filipinach. Rząd Filipin oskarżył 14 urzędników państwowych w związku ze śmiercią 10 zaszczepionych dzieci, mówiąc, że program został uruchomiony „w pośpiechu”.

    - W 1976 r. USA miały do czynienia z nową epidemią świńskiej grypy. Administracja prezydenta Geralda Forda zignorowała ostrzeżenie Światowej Organizacji Zdrowia i przysięgła zaszczepić „każdego mężczyznę, kobietę i dziecko w Stanach Zjednoczonych” przeciwko nowemu wirusowi. Po zaszczepieniu 45 milionów ludzi badacze odkryli, że u nieproporcjonalnie dużej liczby - około 450 osób - rozwinął się zespół Guillain-Barré, rzadkie zaburzenie, w którym układ odpornościowy atakuje nerwy, prowadząc do paraliżu. Zginęło co najmniej 30 osób.

            Ale ogólnie szczepionki mają kluczowe znaczenie dla zapobiegania chorobom i śmierci twierdzi Światowa Organizacja Zdrowia (WHO).

            „Bezpieczeństwo i skuteczność to dwa najważniejsze cele każdej szczepionki. Bezpieczeństwo jto est dokładnie tak, jak się wydaje: czy szczepionkę można bezpiecznie podawać ludziom? Niektóre niewielkie działania niepożądane (takie jak łagodna gorączka lub ból w miejscu wstrzyknięcia) mogą być dopuszczalne, ale nie chcesz zaszczepiać ludzi czymś, co wywołuje u nich choroby”- pisze Bill Gates na swoim blogu.
„Skuteczność mierzy, jak dobrze szczepionka chroni przed zachorowaniem. Chociaż idealnie byłoby, gdyby szczepionka miała 100-procentową skuteczność, niestety wiele nie ma. Na przykład tegoroczna szczepionka przeciw grypie jest skuteczna w około 45 procentach” twierdzi Gates.

            Jak podaje CNN: „Naukowcy próbują znaleźć bezpieczne sposoby przyspieszenia typowych procesów. Na przykład:
- W Seattle i Atlancie badacze planowali testować zwierzęta i ludzi w tym samym czasie, zamiast zwierząt przed ludźmi, zgodnie wytycznymi ze strony internetowe poświęconej wiadomościom zdrowotnym Stat.
- Niektóre szczepionki mogą być produkowane masowo przed zakończeniem prób. „Zaczniemy wytwarzać dawki szczepionek na długo, zanim jeszcze dowiemy się, że szczepionka działa” - powiedział Fauci.

            Jeśli próby szczepionki zakończą się powodzeniem, miliony dawek byłyby gotowe do użycia - potencjalnie uratowałoby to ludziom życie natychmiast, zamiast czekać miesiącami na zwiększenie produkcji. Ale jeśli próby się nie powiodą, zapas gotowych szczepionek może się zmarnować.

            Fauci powiedział, że jeden „kandydat” na szczepionkę, wykonany przez firmę biotechnologiczną Moderna we współpracy z NIAID, powinien przejść do ostatniego etapu prób do połowy lata. Fauci powiedział, że plan polega na wyprodukowaniu dawek szczepionki, zanim stanie się jasne, czy zadziała, co daje prawie 100 milionów dawek do listopada lub grudnia.

            Kolejną potencjalną szczepionkę przygotowuje  firma AstraZeneca w Wielkiej Brytanii i będzie ona realizowana według podobnego harmonogramu.

                                                                                              (źródło: CNN Health; Blog of Bill Gates)

Obraz Klaus Hausmann z Pixabay 

Kiedy szczepionka na Covid-19 będzie oficjalnie dostępna?

Szkoły średnie rozpoczynają przygotowania uczniów do egzaminów.

Już od poniedziałku niektórzy uczniowie w Anglii, którzy będą zdawać egzaminy w przyszłym roku,wyruszają do szkoły by spotkać się „twarzą w twarz”z  nauczycielami.

 

Według rządowych wytycznych tylko jedna czwarta z grup wybranych roczników 10 i 12 będzie mogła być na miejscu w tym samym czasie.
            Plany dotyczące ilości czasu poświęconego na wspólny kontakt wśród powracających uczniów będą się znacznie różnić.
            Ministrowie zachęcają do współpracy z nauczycielami i lokalnymi radami nad krajowym planem naprawy szkoły.
            Ze strony wszystkich partii zasygnalizowana została również potrzeba uzyskania dostępu do internetu i urządzeń elektronicznych dla najbiedniejszych dzieci.

           

                                    „Plany nadrabiania zaległości”

            Szacuje się, że co najmniej 700 000 dzieciom znajdującym się w trudnej sytuacji materialnej, brakuje dostępu do komputerów lub internetu, które są niezbędne, aby te dzieci mogły nadal  kontynuować naukę na odległość.
            Ministrowie opracowali już program dostarczenia 330 000 darmowych laptopów najbiedniejszym dzieciom w Anglii, ale jak dotąd tylko 100 000 urządzeń zostało rozdanych władzom lokalnym i funduszom akademickim.
            Rzecznik rządu powiedział: „Rząd przeznaczył już 100 milionów funtów na wsparcie dzieci uczących się w domu, a fundusze premiowe dla uczniów według najwyższych w historii stawek są nadal wypłacane, aby wspierać szkoły pomagające uczniom będącym w trudnej sytuacji materialnej”.

            Sekretarz edukacji Gavin Williamson ma także przedstawić szczegóły swoich planów nadrabiania zaległości w najbliższych dniach.

            Paul Whiteman, sekretarz generalny Krajowego Stowarzyszenia Nauczycieli, powiedział, że szkoły średnie ciężko pracują, aby bezpiecznie przyprowadzić uczniów w tym tygodniu.
            Dodał, że równoważą one potrzeby swoich uczniów oraz dostępność personelu i przestrzeni, która jest ograniczona ze względu na zasady bezpiecznego dystansu.
W ankiecie przeprowadzonej w zeszłym tygodniu przez dyrektorów i nauczycieli prawie wszystkie szkoły zaprosiłyby uczniów z grup wybranych roczników z powrotem w celu wsparcia i podsumowania nauki.
            Wezwał także do opracowania szczegółowego i spójnego planu jak i do najszybszego jego zatwierdzenia.

            Rzeczniczka ds. edukacji Layla Moran napisała do premiera i sekretarza edukacji, wzywając do przeprowadzenia kampanii rekrutacyjnej.
Wzywa także do sporządzenia lokalnych rejestrów bezpiecznej przestrzeni, aby umożliwić szkołom korzystanie z budynków i przestrzeni społecznych, które są puste w pobliżu.
            „ Local councils” czyli rady lokalne zachęcają ministrów do współpracy z nimi,w celu znalezienia lokalnych rozwiązań.

            Radna Judith Blake, przewodnicząca rady dzieci i młodzieży Stowarzyszenia Samorządów Lokalnych, powiedziała, że rady szukają innowacyjnych możliwości wykorzystania przestrzeni kulturowych, takich jak teatry i naturalne otoczenie, do przestrzeni dydaktycznej tak bardzo dzisiaj potrzebnej.
            „Jednocześnie może zapewnić organizacjom kulturalnym i lokalnym radom sposoby utrzymania stabilności finansowej i przydatności dla ich lokalnych społeczności” - powiedziała.

           

            Geoff Barton, sekretarz generalny związku dyrektorów szkół średnich ASCL, powiedział: „Pomysł otwarcia dodatkowej przestrzeni, aby więcej dzieci mogło wrócić do szkoły, pozostając w małych grupach, jest dobrym pomysłem, który zasługuje na dalszą refleksję.

            „Można wykorzystać centra kultury, wiejskie domy i inne obiekty”.
Powiedział jednak, że to „tylko połowa równania”, ponieważ do nauczania dodatkowych klas będą potrzebni dodatkowi nauczyciele”.

Obraz Free-Photos z Pixabay 

 		Szkoły średnie rozpoczynają przygotowania uczniów  do egzaminów.

Google pozwane za śledzenie aktywności internautów w trybie prywatnym

Firma prawnicza Boies Schiller Flexner złożyła pozew zbiorowy przeciwko Google, oskarżając koncern o bezprawne monitorowanie aktywności użytkowników, którzy przeglądali strony internetowe w trybie prywatnym. Spółce ma grozić kara sięgająca nawet 5 mld dolarów.

Kancelaria Boies Schiller Flexner pozew przeciwko Google'owi do sądu federalnego w San Jose w Kalifornii złożyła w imieniu trzech powodów. Prawnicy zarzucili koncernowi z Mountain View, że naruszył prywatność milionów użytkowników w USA, śledząc ich aktywność w internecie, nawet jeśli korzystali oni z przeglądarki w trybie prywatnym (incognito).

"Ludzie stają się coraz bardziej świadomi tego, że ich prywatne rozmowy i dane są gromadzone, nagrywane i wykorzystywane dla zysku przez firmy technologiczne, od których są często na co dzień uzależnieni" - napisano w pozwie.

Jak tłumaczy kancelaria, wielu internautów uważa, że przeglądając strony internetowe w trybie prywatnym w wyszukiwarce Google Chrome, unikają pozostawiania po tym śladu w plikach cookies i w historii wyszukiwania. Tymczasem okazuje się, że narzędzia takie jak np. Google Analytics umożliwiają dokładne prześledzenie odwiedzanych stron.

W pozwie kancelaria podkreśliła też, że Google "nie może nadal prowadzić działalności polegającej na bezprawnym gromadzeniu danych praktycznie wszystkich Amerykanów posiadających komputer lub telefon".

Google broni się przed zarzutami, tłumacząc, że tego typu działanie nie jest nielegalne i nigdy nie było tajemnicą, iż dane internautów mogą być gromadzone także w trybie incognito.

"Zawsze wyraźnie podkreślaliśmy, że za każdym razem, kiedy użytkownik otwiera przeglądarkę w trybie prywatnym, strony mogą zbierać informacje o jego aktywności. Dzięki narzędziom takim jak Google Analytics witryny mogą skuteczniej zbierać dane o swojej wydajności, atrakcyjności produktów czy marketingu" - powiedział w oświadczeniu rzecznik Google'a Jose Castaneda.

Jeśli zarzuty wobec koncernu potwierdzą się, Google grozi grzywna w wysokości do 5 mld dolarów. (PAP)

Obraz 377053 z Pixabay 

Badanie: platformy społecznościowe nie radzą sobie z fake newsami o COVID-19

Platformy społecznościowe nie radzą sobie z fake newsami na temat pandemii koronawirusa SARS-CoV-2 i choroby COVID-19 - wynika z badania organizacji Center for Countering Digital Hate zajmującej się walką z mową nienawiści i dezinformacją w sieci.

Cytowany przez serwis BBC raport z badania organizacji wskazuje, że 90 proc. fałszywych treści zgłaszanych do moderacji na popularnych platformach społecznościowych takich jak Facebook czy Twitter nie znika, nie jest też oznaczane jako materiały dezinformujące lub niezgodne z prawdą.

Wśród 649 postów zgłoszonych przez organizację do moderacji znajdowały się m.in. treści antyszczepionkowe, teorie spiskowe na temat sieci 5G, a także fałszywe informacje na temat metod leczenia choroby COVID-19 wywoływanej przez koronawirusa z Wuhan.

Odpowiadając na opublikowane w raporcie informacje Facebook stwierdził, że próba, którą analizowała organizacja, jest niereprezentatywna. Rzecznik koncernu w rozmowie z BBC przekazał, że firma "podejmuje zdecydowane kroki na rzecz usuwania szkodliwej dezinformacji ze swojej platformy. Usunięto w ten sposób setki tysięcy postów, w tym treści zawierające fałszywe informacje na temat nieprawdziwych leków (na COVID-19 - PAP)".

Jak stwierdzili przedstawiciele firmy, w ciągu marca i kwietnia oznaczenia ostrzegające przed dezinformacją umieszczono przy około 90 mln wpisów na temat COVID-19. Dzięki temu widoczność oryginalnych, fałszywych treści została obniżona o około 95 proc. "Informacje o polubieniu, skomentowaniu czy udostępnieniu usuniętych przez nas fałszywych treści na temat choroby wysyłamy do każdego" - stwierdził Facebook.

Twitter z kolei poinformował, że usuwanie fałszywych treści na temat nowej choroby traktuje priorytetowo "w szczególności, gdy post zawiera wezwanie do działania, które może być szkodliwe". Platforma przypomniała, że nie podejmuje działań względem wszystkich treści, których charakter jest dyskusyjny pod kątem zgodności z faktami - mimo tego, od 18 marca tego roku zidentyfikowano ponad 4,3 mln kont, które spamowały bądź manipulowały przekazem w dyskusjach związanych z tematyką COVID-19.

Szef organizacji Center for Countering Digital Hate Imran Ahmed stwierdził, że firmy "zrzucają z siebie odpowiedzialność". Jego zdaniem "systemy odpowiadające za zgłoszenia dotyczące dezinformacji po prostu nie nadają się" do stawianych przed nimi zadań.

Obecnie oba wiodące na rynku mediów społecznościowych koncerny - Twitter i Facebook - stoją przed koniecznością udzielenia odpowiedzi na pytania zadane przez podkomisję resortu ds. cyfrowych, kultury, mediów i sportu Wielkiej Brytanii, która chce się dowiedzieć, jakie działania firmy te podejmują w związku z dezinformacją na temat koronawirusa - przypomina BBC. (PAP)

Obraz Pixelkult z Pixabay 

"FT": brytyjski audyt może ograniczyć rolę Huaweia w rozwoju sieci 5G

Wszczęty w ubiegłym tygodniu przez brytyjski rząd audyt wpływu najnowszych sankcji USA na firmę Huawei może doprowadzić do ograniczenia roli tego koncernu w budowie lokalnego wdrożenia łączności nowej generacji 5G - ocenia dziennik "Financial Times".

Według źródeł "FT" ograniczenia nałożone na chińskiego potentata przez administrację prezydenta USA Donalda Trumpa mogą mieć "bardzo poważne konsekwencje" dla planowanego przez koncern udziału w budowie brytyjskiej sieci 5G.

Audyt prowadzi Narodowe Centrum Cyberbezpieczeństwa (NCSC), które podlega brytyjskiej agencji wywiadu elektronicznego GCHQ. Według "FT" obłożenie Huaweia kolejnymi sankcjami przez USA stało się dla brytyjskiego premiera Borisa Johnsona okazją do odwrotu od podjętej w styczniu decyzji o częściowym dopuszczeniu chińskiego koncernu do budowy lokalnego wdrożenia łączności 5G. Dziennik zauważa jednak, że rządowy audyt oddziałuje również na brytyjskie firmy telekomunikacyjne - operatorzy EE, Three i Vodafone w pracach nad budową swojej infrastruktury łączności nowej generacji korzystali bowiem ze sprzętu dostarczanego przez Huawei.

Decyzja o dopuszczeniu Huaweia do ograniczonego udziału w budowie sieci 5G w Zjednoczonym Królestwie doprowadziła wcześniej do konfliktu wewnątrz Partii Konserwatywnej, z której wywodzi się Johnson - zbuntowała się przeciwko niemu część parlamentarzystów z ramienia torysów, sprzeciw wobec decyzji wyraził też rząd USA, którego zdaniem sprzęt Huaweia może zostać wykorzystany przez Pekin do celów szpiegowskich.

Rozmówcy "FT" z kręgów bliskich premierowi twierdzą, że czynniki geopolityczne mogą mieć obecnie znacznie większe znaczenie w kwestii dopuszczenia chińskiego koncernu do prac przy kluczowej dla bezpieczeństwa państwa sieci łączności, niż w styczniu. Sankcje, jakimi USA obłożyły Huaweia, wprowadzają również "istotne zmiany" w profilu ryzyka firmy.

Rządowy audyt ma się zakończyć jeszcze przed końcem lipca. Jak pisze dziennik, również wówczas przedstawiciele brytyjskiej administracji mają poinformować firmy telekomunikacyjne, czy w dalszym ciągu będą mogły korzystać z chińskiego sprzętu w pracach nad budową sieci 5G (poza kluczowymi jej elementami). Zbuntowani przeciwko decyzji premiera Johnsona posłowie z ramienia Konserwatystów chcą, aby Huawei został wyrugowany z brytyjskiej infrastruktury telekomunikacyjnej całkowicie do roku 2023. (PAP)

Otwarto szkoły podstawowe w Anglii, ale wiele dzieci zostało w domach

Prawie połowa dzieci w Anglii, które od poniedziałku mogły wrócić do szkół po przerwie spowodowanej epidemią koronawirusa, mogła zostać w domach, podobnie jak jedna czwarta nauczycieli - wynika z badań.

W poniedziałek zaczął się w Anglii drugi etap luzowania restrykcji wprowadzonych w celu zatrzymania epidemii, w ramach którego stopniowo otwierane są szkoły. Na początek mają wrócić do nich dzieci z zerówek, klas pierwszych oraz szóstych, czyli ostatniego roku przed gimnazjum.

Zgodnie z opublikowanymi trzy tygodnie temu rządowymi wytycznymi klasy powinny liczyć maksymalnie 15 uczniów, ławki - być rozstawione tak daleko od siebie, jak się da, a w miarę możliwości zajęcia powinny odbywać się na zewnątrz. Zalecono także zróżnicowanie czasu rozpoczynania i kończenia zajęć, aby jak najmniejsza liczba osób przychodziła i wychodziła ze szkoły w tym samym momencie, oraz zróżnicowaniu czasu przerw między lekcjami.

Jednak organizacje nauczycielskie oraz spora część rodziców od początku wyrażała daleko idący sceptycyzm co do tego, czy powrót zajęć szkolnych już od czerwca jest realny.

W efekcie jak wynika z sondażu Narodowej Fundacji Badań nad edukacją (NFER), która zapytała dyrekcje 1200 szkół, ok. 46 proc. rodziców tych dzieci, które mogły wrócić do szkół, zamierzało je pozostawić w domach, a na słabszych ekonomicznie terenach kraju - nawet 50 proc. Ponadto 25 proc. nauczycieli będzie prawdopodobnie nieobecnych z powodu problemów zdrowotnych u siebie lub swoich rodzin.

Stacja BBC informowała, że niektóre szkoły nawet w ogóle nie zostały w poniedziałek otwarte, choć nie podano żadnych konkretnych liczb.

Brytyjski minister edukacji Gavin Williamson zapowiadał wcześniej, że nie będzie kar dla rodziców, którzy nie zdecydują się na wysłanie dzieci z powrotem do szkół.

W Szkocji i Irlandii Północnej szkoły mają zostać otwarte w sierpniu, w Walii zapewne stanie się to wcześniej, ale na razie nie ogłoszono terminu.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Rusza system wyłapywania kontaktów osób zakażonych koronawirusem

W czwartek uruchomiony zostanie w Anglii system wyłapywania kontaktów osób zakażonych koronawirusem - poinformował w środę wieczorem brytyjski minister zdrowia Matt Hancock. Zajmować się tym będzie 25 tys. zatrudnionych przez rząd osób.

Tak jak obecnie, każdy, kto ma objawy koronawirusa - uporczywy kaszel, gorączkę lub nagłą utratę smaku lub węchu - będzie musiał izolować się przez siedem dni, a reszta jego gospodarstwa domowego przez 14 dni.

Różnica polega na tym, że od czwartku, każdy wykazujący objawy, powinien poprosić przez internet lub telefonicznie o przeprowadzenie testu. Jeśli wynik testu będzie negatywny, wszyscy członkowie gospodarstwa domowego mogą zakończyć izolację. Jeśli jednak wynik testu wykaże obecność koronawirusa zatrudniony przez rząd zespół do wyszukiwania kontaktów - NHS Test and Trace - skontaktuje się zakażoną osobą SMS-em, e-mailem lub telefonicznie - w celu omówienia, z kim miała ona bliski kontakt.

Jak wyjaśniono, bliskie kontakty to ci, z którymi zakażony spędził co najmniej 15 minut w odległości mniejszej niż 2 metry oraz osoby, z którymi miał bezpośredni kontakt - np. partnerzy seksualni, członkowie gospodarstwa domowego lub osoby, z którymi rozmawiał twarzą w twarz w odległości mniejszej niż 1 metr. Chodzi o kontakty, które miały miejsce od dwóch dni przed do siedmiu dni po pojawieniu się objawów.

Każdy z tych kontaktów, który zostanie uznany za narażony na ryzyko złapania wirusa, zostanie poinstruowany, aby się izolował przez 14 dni, niezależnie od tego, czy jest chory, czy nie. Osoby te będą miały przeprowadzone testy tylko wtedy, jeśli wystąpią u nich objawy. Reszta ich gospodarstwa domowego nie musi się izolować, chyba że ktoś zachoruje. Osoby izolujące się będą uprawnione do otrzymania ustawowego zasiłku chorobowego.

Hancock podczas codziennej rządowej konferencji prasowej powiedział, że "musi się to stać nowym sposobem życia" i będzie wymagało "wysiłku narodowego" - w przeciwnym razie restrykcje w kontaktach społecznych musiałaby być kontynuowane. "Unikanie nieświadomego rozprzestrzeniania wirusa i pomaganie w przerwaniu łańcucha transmisji jest obywatelskim obowiązkiem" - przekonywał.

Celem tego systemu jest to, by zamienić obecne zamknięcie, którym objęte jest całe społeczeństwo na izolację tylko tych podejrzewanych o zakażenie. Ale to, na ile się to uda, będzie zależało od efektywności systemu. Według wcześniejszego raportu naukowców z Royal Society, sukces programu będzie zależał od tego, czy społeczeństwo się o niego przekona i jak szybko uda się znaleźć kontakty. Oceniono, że można w ten sposób zapobiec od 5 proc. do 15 proc. infekcji. Ale 15 proc. będzie osiągnięte w przypadku znalezienia kontaktów w ciągu trzech dni i jeśli 80 proc. zgłaszających objawy będzie się izolować.

W zeszłym tygodniu premier Boris Johnson zapowiadał, że system ten będzie pozwalał namierzać kontakty 10 tys. osób zakażonych dziennie. W środę podano, że w ciągu minionej doby testy potwierdziły 2013 nowych przypadków koronawirusa.

W Szkocji podobny system wyłapywania kontaktów również ruszy w czwartek, w Walii - na początku czerwca, zaś w Irlandii Północnej uruchomiony został w zeszłym tygodniu.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Nieudany kosmiczny eksperyment Virgin Orbit miliardera Bransona

Należąca do brytyjskiego miliardera Richarda Bransona firma Virgin Orbit nie zdołała w poniedziałek umieścić na orbicie okołoziemskiej rakiety wystrzelonej z samolotu. Zapowiedziano rychłe podjęcie nowej próby.

Podczas próby dokonanej nad Pacyfikiem, w pobliżu wybrzeży Kalifornii, rakieta nazwana LauncherOne została wyniesiona na wysokość ok. 9 km pod skrzydłem należącego do Bransona samolotu Boeing 747 Jumbo.

Samolot nazwany Cosmic Girl (Kosmiczna Dziewczyna), specjalnie przystosowany do eksperymentu, wystartował z bazy lotniczej i kosmodromu Mojave na pustyni o tej samej nazwie.

Pocisk pomyślnie oddzielił się od samolotu i odpalił silnik jednak doszło wówczas do niesprecyzowanej bliżej "anomalii", która zmusiła - jak głosi opublikowane oświadczenie Virgin Orbit - do zakończenia eksperymentu. Samolot powrócił bezpiecznie do bazy.

"Dowiemy się więcej kiedy nasi inżynierowie przeanalizują górę danych, jakie dzisiaj zebraliśmy" - oświadczyła firma.

"Osiągnęliśmy dzisiaj wiele celów, jakie sobie wyznaczyliśmy, chociaż być może nie wszystkie. Dokonaliśmy jednak wielkiego kroku. Nasza następna rakieta już czeka i kolejna próba zostanie podjęta wkrótce" - sprecyzowano.

Branson chce przy pomocy swojej firmy przechwycić część powstającego lukratywnego rynku wprowadzania na orbitę niewielkich satelitów. Utworzona przez niego Virgin Group kontroluje ponad 400 przedsiębiorstw z różnych dziedzin, w tym nawet fonograficznej (Virgin Records). (PAP)

Nowy audyt ws. wpływu Huaweia w budowie 5G na bezpieczeństwo

Rząd Wlk. Brytanii rozpoczął nowy audyt ws. wpływu dopuszczenia chińskiego koncernu Huawei do budowy sieci 5G na bezpieczeństwo kraju. Decyzja zapadła po nałożeniu na tę firmę nowych sankcji uzasadnianych przez USA względami bezpieczeństwa - informuje serwis BBC.

W styczniu Wielka Brytania zdecydowała się dopuścić częściowo Huawei do budowy elementów sieci 5G pozbawionych znaczenia krytycznego i tym samym oparła się naciskom ze strony USA - przypomina BBC.

Rzecznik rządu w specjalnie przygotowanym oświadczeniu na temat nowego audytu zakomunikował, że "bezpieczeństwo i odporność naszej sieci to kwestie najważniejsze". Jak dodał, "podążając za ogłoszeniem przez USA kolejnych sankcji przeciwko Huaweiowi, Narodowe Centrum Cyberbezpieczeństwa (NCSC) przyjrzy się uważnie wpływowi, jaki (udział tej firmy w budowie infrastruktury 5G) może wywrzeć na brytyjskie sieci".

Wprowadzone przez USA sankcje wykluczają możliwość korzystania przez Huaweia z amerykańskich technologii i oprogramowania do projektowania części elektronicznych produkowanych przez ten koncern.

Amerykańskie ministerstwo handlu uważa, że chińska firma omija wprowadzone w ubiegłym roku regulacje zobowiązujące ją do uzyskiwania licencji za każdym razem, gdy chce współpracować z podmiotami z USA. Sposobem na ominięcie wprowadzonych regulacji i obostrzeń miało być wykorzystanie przez Huaweia amerykańskiego sprzętu do produkcji elementów elektronicznych w fabrykach zlokalizowanych w innych krajach - pisze BBC.

W odpowiedzi na wszczęty przez brytyjski rząd nowy audyt bezpieczeństwa, wiceprezes Huaweia Victor Zhang powiedział, iż priorytetem firmy "pozostaje dalsze udostępnianie bezpiecznej sieci 5G w całej Wielkiej Brytanii". Jak dodał, Huawei "cieszy się z możliwości dyskusji z NCSC na temat wątpliowści, które może mieć ta agencja i ma nadzieję na kontynuację bliskiej relacji współpracy, która trwała ostatnie 10 lat".

Krytycy dopuszczenia Huawei do budowy sieci 5G uważają, że wykorzystanie sprzętu tej firmy stanowi ryzyko ze względu na możliwość użycia go przez Pekin do celów szpiegowskich, a nawet sabotażu sieci telekomunikacyjnych. (PAP)

Raport: prawie połowa tweetów o Covid-19 pochodzi od botów

Autorami 45 proc. spośród ponad 200 mln wpisów na Twitterze na temat pandemii są prawdopodobnie zautomatyzowane konta rozsiewające dezinformację - wynika z analizy amerykańskich badaczy z Uniwersytetu Carnegie Mellon w Pittsburghu.

Jak podało w środę amerykańskie radio publiczne NPR, badacze z Carnegie Mellon stwierdzili, że prawie połowa z ponad 200 mln tweetów na temat Covid-19 od stycznia pochodziła z kont "zachowujących się bardziej jak skomputeryzowane roboty niż ludzie". Badacze doszli do takich wniosków na podstawie np. podejrzanie wysokiej liczby tweetów generowanych przez te konta i ich rzekomej lokalizacji.

Według autorów analizy, choć definitywne ustalenie, kto stoi za botami jest trudne, treść wpisów sugeruje, że są one częścią "machiny propagandowej", nastawionej na zwiększanie podziałów w społeczeństwie i rozsiewanie dezinformacji na temat pandemii."Wiemy, że wygląda to jak machina propagandowa i z pewnością wpisuje się w rosyjskie i chińskie strategie" - stwierdziła autorka badania Kathleen Carley. Zaznaczyła jednocześnie, że udowodnienie tego wymagałoby zaangażowania "ogromnych środków".

Diagnozy badaczy są zbieżne z wnioskami, do których doszli także hiszpańscy analitycy z firmy Cyrity zajmującej się cyberbezpieczeństwem. Według najnowszego raportu firmy, do którego miał dostęp dziennik "El Mundo", Rosja i Chiny "prowadzą w sposób bezpośredni (...), a także pośredni, poprzez firmy i struktury pozarządowe w innych krajach, kampanie fałszywych informacji, dezinformacji i ingerencji zagranicznej”.

Działania obu reżimów "skierowane są na doprowadzenie do podziałów opinii publicznej i wprowadzenie zamieszania w gospodarkach zachodnich, głównie Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych” - stwierdzili autorzy raportu.

Według przedstawiciela Cyrity, Joaquina Castillejo, Rosja i Chiny mają różne interesy. "W przypadku Rosji dezinformacja należy do jej strategii wojskowej, a celem jest tworzenie podziałów i napięć w krajach przynależnych do kręgu jej interesów, czego nawet często nie ukrywa. (...) Tak było w przypadku brexitu czy niepodległości Katalonii, a strategia Rosji była bardzo agresywna" - powiedział Castillejo. "Chiny zainteresowane są bardziej poprawą swojego wizerunku i obroną interesów gospodarczych, gdyż teraz mają dużą szansę na poszerzenie swoich wpływów” - wyjaśnił.

Jak podaje NPR, naukowcy z uniwersytetu Carnegie Mellon zidentyfikowali ponad 100 fałszywych narracji promowanych przez boty na Twitterze, w tym np. teorię spiskową o związku rozprzestrzeniania się wirusa z rozwojem sieci 5G. Teoria zyskała na tyle dużą popularność w mediach społecznościowych, że w Wielkiej Brytanii i innych krajach doszło do wielokrotnych ataków na maszty telekomunikacyjne.

Władze Twittera nie odniosły się do treści badania, ale zaznaczyły, że podjęły działania wobec 1,5 mln kont promujące dezinformację na temat Covid-19. Działania te nie zawsze są skuteczne, bo kasowane lub zawieszane konta szybko bywają zastępowane nowymi. (PAP)

Obraz Miguel Á. Padriñán z Pixabay 

W przyszłym roku akademickim wykłady w Cambridge tylko przez internet

W przyszłym roku akademickim brytyjski Uniwersytet w Cambridge nie będzie prowadził wykładów w tradycyjnej formie, z powodu epidemii koronawirusa zajęcia zostaną przeniesione do internetu - poinformował w środę Reuters.

"Ponieważ prawdopodobne jest, że zasada zachowania dystansu społecznego będzie nadal wymagana, uniwersytet zdecydował, że w następnym roku akademickim nie będą odbywały się wykłady w tradycyjnej formie" - napisano w oświadczeniu władz uczelni.

Dodano, że decyzja ta ma ułatwić planowanie kolejnego roku akademickiego, ale może być zmieniona, w zależności od oficjalnych wskazówek dotyczących zasad zachowania bezpieczeństwa.

Uniwersytet ma nadzieję, że być może od października będą mogły odbywać się spotkania małych grup seminaryjnych oraz osobiste konsultacje z wykładowcami, o ile uczestnicy będą zachowywać między sobą zalecaną odległość.

Uczelnia w Cambridge, podobnie jak inne brytyjskie szkoły wyższe, została zamknięta w marcu i od tego czasu prowadzi nauczanie online, w ten sposób przeprowadzane są również egzaminy, odwołano także ceremonie rozdania dyplomów.

Organizacja zrzeszająca uniwersytety w Wielkiej Brytanii Universities UK poinformowała, że Cambridge jest pierwszą uczelnią, która zdecydowała się na odwołanie tradycyjnych wykładów w całym roku akademickim. Podobną decyzję podjął już wcześniej Uniwersytet w Manchesterze, ale dotyczy ona na razie tylko zaczynającego się jesienią pierwszego semestru.

Według przytaczanych przez agencję AP analiz, nawet 120 tys. brytyjskich uczniów może zdecydować się na opóźnione rozpoczęcie wyższej edukacji, jeżeli nauczanie będzie nadal prowadzone tylko przez internet. Ta sytuacja poważnie odbije się na finansach uniwersytetów, podobnie jak utrudnienia w podróżowaniu po świecie, które mogą zmniejszyć napływ płacących wyższe czesne niż ich brytyjscy koledzy zagranicznych studentów.

Szefowa publicznej agencji nadzorującej wyższą edukację w Wielkiej Brytanii Nicola Dandridge powiedziała w tym tygodniu, że uczelnie powinny do czerwca - kiedy absolwenci szkół średnich będą decydowali o swojej przyszłości - jasno określić, w jakiej formie mają zamiar prowadzić nauczanie w kolejnym roku akademickim. (PAP)

Naukowcy sprawdzą, czy psy mogą węchem wykrywać koronawirusa

Brytyjscy naukowcy rozpoczną testy mające sprawdzić, czy psy są w stanie węchem wykryć osoby zakażone koronawirusem, jeszcze zanim zaczną one wykazywać symptomy choroby.

Brytyjski rząd poinformował w sobotę, że przekazał 500 tys. funtów na badania prowadzone przez Londyńską Szkołę Higieny i Medycyny Tropikalnej (LSHTM), uniwersytet w Durham oraz organizację charytatywną Medical Detection Dogs.

Sześć psów - labradory i cocker spaniele - otrzyma próbki zapachu pacjentów chorych na Covid-19 z londyńskich szpitali, a następnie zostaną one nauczone, jak odróżniać ich zapach od zapachu ludzi, którzy nie są zarażeni. Jeśli testy zakończą się powiedzeniem, jeden pies będzie mógł sprawdzić do 250 osób na godzinę, co mogłoby być szczególnie przydatne w miejscach publicznych czy na lotniskach.

"Psy do diagnostyki biologicznej już teraz wykrywają określone rodzaje nowotworów i wierzymy, że ta innowacja może dostarczyć szybkich wyników w ramach naszej szerszej strategii badań. Dokładność jest niezbędna, więc to badanie powie nam, czy +koronawirusowe psy+ są w stanie niezawodnie wykryć wirusa i powstrzymać jego rozprzestrzenianie się" - oświadczył James Bethell, wiceminister zdrowia odpowiedzialny za innowacje i badania naukowe.

Organizacja Medical Detection Dogs podkreśliła, że szkoli psy do wykrywania niektórych nowotworów, choroby Parkinsona i malarii, a badania pokazują, że psy mogą być nauczone, aby wykrywać zapach choroby, który jest tak delikatny, jak gdyby rozcieńczyć jedną łyżeczkę cukru w dwóch basenach olimpijskich pełnych wody.

Badania nad możliwością wykrywana koronawirusa przez psy prowadzone są również w Stanach Zjednoczonych i we Francji.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz Sonja Kalee z Pixabay 

 
Image

Świetna aplikacja! Pobierz!

Image
Image

Jesteś świadkiem ciekawych wydarzeń?

Zarejestruj się i podziel się swoją historią

Zostań autorem
Image
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo

Korzystając z naszej strony, wyrażasz zgodę na wykorzystywanie przez nas plików cookies - Polityka prywatności. Zaktualizowaliśmy naszą politykę przetwarzania danych osobowych - RODO. Więcej dowiesz się TUTAJ.