Hide
BĄDŹ NA BIEŻĄCO!
Follow on Facebook
Facebook
Show
Sun, Aug 1, 2021

Biznes

Biznes

All Stories

Kredyty dla małych firm w całości gwarantowane przez państwo

Małe brytyjskie przedsiębiorstwa będą mogły wziąć kredyt w wysokości do 50 tys. funtów, który w całości będzie gwarantowany przez budżet państwa i przez pierwszy rok nie będą musiały płacić odsetek - ogłosił w poniedziałek minister finansów Rishi Sunak.

Sunak początkowo sprzeciwiał się gwarantowaniu przez państwo 100 procent kredytu. W ramach ogłoszonego pod koniec marca pakietu antykryzysowego, który ma pomagać brytyjskiej gospodarce w przezwyciężaniu skutków epidemii koronawirusa, minister przystał na to, że małe i średnie przedsiębiorstwa mogą zaciągać kredyty do 5 milionów funtów - gwarantowane przez państwo w 80 proc.

Jednakże w związku z doniesieniami, że ten program nie ruszył tak szybko, jak się spodziewano, a długie procedury związane z przyznawaniem kredytów przez banki grożą, że część małych firm przed ich otrzymaniem już upadnie, minister finansów ostatecznie zmienił zdanie.

"Wiem, że niektóre małe przedsiębiorstwa wciąż mają problemy z dostępem do kredytów. Są one pod wieloma względami najbardziej narażone na skutki działania epidemii koronawirusa. Jeśli chcemy skorzystać z ich dynamizmu i ducha przedsiębiorczości, gdy będziemy ożywiać naszą gospodarkę, będą one potrzebować dodatkowego wsparcia, by przetrwać ten kryzys" - powiedział Sunak w Izbie Gmin.

Zgodnie z zapowiedzią, kredyt dla najmniejszych firm będzie w całości gwarantowany przez państwo, z budżetu także pokryty zostanie koszt odsetek przez pierwszy rok. Ponadto firmy będą musiały udowodnić jedynie swoją zdolność kredytową przed kryzysem, a nie zdolność kredytową w obecnej sytuacji, zaś cała procedura występowania o jego przyznanie sprowadzać się będzie do wypełnienia dwustronicowego wniosku przez internet. Jak zapowiedział Sunak, pieniądze w wysokości do 50 tys. funtów mają trafiać na konta małych firm już w ciągu kilku dni od złożenia wniosku.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz Nattanan Kanchanaprat z Pixabay

AP: kraje UE zmierzają ku bezprecedensowej recesji

Badania i wskaźniki ekonomiczne, udostępnione w czwartek, przed wirtualnym szczytem UE, składają się na prognozę bezprecedensowej recesji europejskich gospodarek - pisze Associated Press, powołując się na ekspertów.

Firma IHS Markit podaje, że jej sztandarowy wskaźnik PMI, stanowiący wiarygodną miarę aktywności gospodarczej, osiągnął w kwietniu w strefie euro najniższy poziom w historii - 13,5 pkt. Wszelkie spadki tego indeksu poniżej 50 pkt. oznaczają spowalnianie aktywności biznesowej, a niskie wartości - jej gwałtowny spadek.

IHS Markit zbiera dane o aktywności gospodarczej od 20 lat i - jak dotąd - wskaźnik PMI spadł do najniższego poziomu w 2009 roku, w okresie kryzysu finansowego, i wynosił wtedy 36,2 pkt.

"Wygląda na to, że w II kwartale padnie rekord, jeśli chodzi o najbardziej gwałtowne spowolnienie gospodarcze we współczesnej historii" - powiedział główny ekonomista IHS Markit Chris Williamson.

"Radykalne restrykcje, mające spowolnić Covid-19, podminowały gospodarki na całym kontynencie" - ocenił ekspert ds. ekonomii krajów europejskich globalnego banku inwestycyjnego Berenberg Florian Hense.

Eksperci przyznają, że skala zastoju gospodarczego jest wstrząsająca i znacznie większa niż przewidywały to najbardziej pesymistyczne prognozy - podsumowuje AP.

Część ekspertów przewiduje, że w strefie euro bezrobocie, które teraz wynosi 7,3 proc. podwoi się w nadchodzących miesiącach.

Z nieoficjalnych informacji z Brukseli wynika, że szefowie państw i rządów zatwierdzą w czwartek na szczycie UE porozumienie w sprawie instrumentów antykryzysowych i zgodzą się na prace nad Funduszem Ożywienia, ale bez rozstrzygania o jego kształcie.

Unijni przywódcy mają zaakceptować narzędzia reakcji na kryzys o łącznej wartości 540 mld euro. Chodzi o wykorzystanie środków z Europejskiego Mechanizmu Stabilności (ESM), czyli funduszu ratunkowego dla strefy euro, na pokrycie wydatków związanych z ochroną zdrowia (240 mld euro); zwiększenie możliwości pożyczkowych Europejskiego Banku Inwestycyjnego (200 mld euro) oraz 100 mld euro na inicjatywę SURE, mającą chronić miejsca pracy. Szczyt ma wyznaczyć datę 1 czerwca do kiedy środki te mają już funkcjonować.(PAP)

Były szef BP ostrzega, że cena ropy naftowej pozostanie na niskim poziomie

Cena ropy naftowej przez pewien czas pozostanie niska, ponieważ podaż przewyższa popyt, a obecna sytuacja na światowych rynkach ropy przypomina nadmiar tego surowca z lat 80. - powiedział we wtorek BBC były szef koncernu BP John Browne.

"Ceny będą bardzo niskie i myślę, że przez znaczny okres czasu pozostaną niskie i bardzo niestabilne" - ocenił Browne w rozmowie z brytyjskim nadawcą.

Wyjaśnił, że "bardzo przypomina to czas z połowy lat 80. XX wieku, kiedy miała miejsce dokładnie taka sama sytuacja, czyli zbyt duża podaż, zbyt mały popyt i ceny ropy naftowej pozostawały niskie przez 17 lat".

Ceny baryłki kanadyjskiej i amerykańskiej ropy spadły w poniedziałek poniżej zera. Analitycy mówią, że wielu producentów dopłaci, byle tylko ktoś odebrał od nich ropę, a ceny mogą pozostać na tym poziomie przez trudny do określenia czas.

Odnosząc się do tego historycznego spadku, prezydent USA Donald Trump ocenił, że jest on krótkotrwały. Na poniedziałkowej konferencji w Białym Domu powiedział także, że amerykańska administracja rozważa wstrzymanie importu ropy naftowej z Arabii Saudyjskiej i planuje skup interwencyjny tego surowca. (PAP)

Ponad 140 tys. firm złożyło wniosek o zwrot pensji urlopowanych pracowników

Ponad 140 tys. brytyjskich firm złożyło w pierwszych ośmiu godzinach od uruchomienia rządowego programu wniosek o zwrot pensji ponad 1 mln pracowników urlopowanych z powodu koronawirusa - poinformował w poniedziałek minister finansów Rushi Sunak.

Zgodnie z rządowym programem pomocy dla gospodarki, przedsiębiorstwa, które pomimo utraty przychodów wskutek epidemii nie zwalniają pracowników, lecz ich urlopują, mogą się ubiegać o zwrot z rządowego funduszu 80 proc. wynagrodzenia - maksymalnie do kwoty 2500 funtów brutto miesięcznie. Warunkiem jest także to, że okres urlopowania pracowników musi trwać minimum trzy tygodnie.

"Dotacje pomogą wypłacić zarobki ponad 1 mln ludzi - milionowi ludzi, którzy gdyby nie zostali urlopowani, byliby zagrożeni utratą pracy" - powiedział Sunak podczas codziennej rządowej konferencji prasowej na temat walki z koronawirusem.

Ogłoszony pod koniec marca program miał początkowo funkcjonować przez trzy miesiące - wstecznie od 1 marca do końca, ale już w zeszłym tygodniu Sunak zapowiedział jego wydłużenie co najmniej o kolejny miesiąc.

Przyjmowanie wniosków o zwrot pensji ruszyło w poniedziałek rano i jak poinformowano, już w ciągu pierwszej godziny spłynęło 67 tys. aplikacji. Ministerstwo finansów zapewnia, że firmy otrzymają pieniądze najpóźniej w ciągu sześciu dni roboczych od złożenia wniosków.

Sunak ponownie nie chciał oszacować, jakie będą koszty programu. W zeszłym tygodniu, jeszcze przed przedłużeniem programu, Biuro Odpowiedzialności Budżetowej (OBR) oceniło, że na jego sfinansowanie potrzebne będą 42 mld funtów. Minister finansów przekonuje jednak, że program pomoże gospodarce odbić, gdy skończy się epidemia, zaś gdyby firmy wskutek kryzysu zaczęły zwalniać pracowników, ogólne koszty byłyby wyższe.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

OBR: w II kwartale gospodarka może skurczyć się o 35 proc.

Wskutek wprowadzonych z powodu koronawirusa restrykcji gospodarka Wielkiej Brytanii może skurczyć się w drugim kwartale tego roku o 35 proc., a stopa bezrobocia może wzrosnąć do 10 proc. - oceniło we wtorek Biuro Odpowiedzialności Budżetowej (OBR).

OBR, niezależne od rządu biuro analiz gospodarczych, dodało jednak, że kiedy restrykcje zostaną zniesione, spodziewa się szybkiego odbicia i w efekcie nie będzie w długim terminie poważnych szkód gospodarczych.

Jak wyjaśniono, prognoza opiera się na założeniu, że zamknięcie trwać będzie trzy miesiące, a następnie przez trzymiesięczny okres ograniczenia będą stopniowo znoszone.

Zgodnie z nią bezrobocie wynoszące obecnie 3,9 proc. wzrośnie do ok. 10 proc. OBR przewiduje też, że deficyt budżetowy w roku finansowym 2020/21 może sięgnąć 273 mld funtów, pięć razy więcej niż wcześniej szacowano, co odpowiadałoby 14 proc. PKB i byłoby największą wartością od II wojny światowej.

Ponadto dług publiczny może przekroczyć 100 proc. PKB, ale na zakończenie roku finansowego 2020/21 spaść do ok. 95 proc. PKB. Przed epidemią OBR prognozował, ze dług publiczny w roku finansowym 2020/21 wyniesie 77 proc. PKB.

Wprawdzie zadłużenie wzrośnie, ale jak uważa OBR, bezprecedensowa pomoc finansowa rządu dla pracowników i przedsiębiorstw pomoże ograniczyć wszelkie długoterminowe szkody. Oczekuje się, że połowa gwałtownego spadku wzrostu gospodarczego w drugim kwartale zostanie odrobiona w ciągu kolejnych trzech miesięcy.

Trzy tygodnie temu brytyjski rząd wprowadził radykalne ograniczenia w celu zatrzymania epidemii koronawirusa. Zabronione zostało wychodzenie z domów bez uzasadnionej potrzeby, przemieszczanie się oraz wstrzymana została prawie cała działalność gospodarcza poza kluczowymi sektorami oraz pracą, która może być wykonywane zdalnie.

Aby złagodzić skutki gospodarcze rząd ogłosił też pakiet pomocowy dla przedsiębiorstw, który przewiduje m.in. sfinansowanie przez państwo 80 proc. pensji w firmach, które nie będą zwalniać pracowników.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński 

Obraz Lorenzo Cafaro z Pixabay 

Sunak ostrzegł przed spadkiem PKB o 25-30 proc. w II kwartale

Wskutek epidemii koronawirusa i będących jej efektem restrykcji brytyjski PKB może w drugim kwartale tego roku spaść o 25-30 proc. - ostrzegł kolegów z rządu minister finansów Rishi Sunak, ujawnił w poniedziałek dziennik "Times".

W czwartek brytyjski rząd ma podjąć decyzję w sprawie wprowadzonych początkowo na trzy tygodnie ograniczeń i - jak pisze "Times" - przedłużenie ich o kolejne trzy tygodnie wydaje się formalnością. Te ograniczenia to zakaz wychodzenia z domów z wyjątkiem kilku określonych przypadków, zakaz niepotrzebnego przemieszczania się oraz zamknięcie praktycznie całej działalności gospodarczej z wyjątkiem tego, co jest niezbędne oraz może być prowadzone przez internet. Członkowie rządu zastanawiają się jednak nad dalszą strategią i w tej sprawie nie ma zgodnego stanowiska.

"Ważne jest, żeby nie zrobić więcej szkód przez zamknięcie. Czekają nas kolejne trzy tygodnie blokady, a potem możemy zacząć ją łagodzić" - powiedział jeden z ministrów, cytowany przez gazetę.

Jak ujawnia "Times", 10 członków rządu opowiada się za stopniowym znoszeniem restrykcji od maja, obawiając się, że ich dalsze utrzymywanie spowoduje w dłuższym terminie potężne straty dla gospodarki. W tej grupie mają być Sunak, a także ministrowie: spraw wewnętrznych - Priti Patel, transportu - Grant Shapps, edukacji - Gavin Williamson, biznesu - Alok Sharma, handlu międzynarodowego - Liz Truss, ds. Szkocji - Alister Jack, budownictwa - Robert Jenrick, lider Izby Gmin - Jacob Rees-Mogg oraz odpowiedzialny za dyscyplinę frakcji konserwatystów w Izbie Gmin Mark Spencer. Przeciwnikami zbyt szybkiego znoszenia ograniczeń są natomiast minister zdrowia Matt Hancock oraz minister bez teki Michael Gove.

" Times" pisze też, że analitycy z londyńskiego City spodziewają się średnio spadku PKB w drugim kwartale o 14 proc. w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku, choć niektóre banki uważają, iż może to być nawet 24 proc. Ministerstwo finansów sporządza własne szacunki, ale nie są one jeszcze gotowe. Sunak miał jednak powiedzieć podczas posiedzenia rządu o możliwości spadku PKB między 25 a 30 proc.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński 

 

Raab: jeszcze nie czas na znoszenie ograniczeń związanych z epidemią

Na razie nie ma możliwości zniesienia ograniczeń, nałożonych z powodu koronawirusa i przynajmniej do końca przyszłego tygodnia rząd nie będzie mógł dać żadnych wskazówek co do terminu ich łagodzenia - oświadczył w czwartek brytyjski minister spraw zagranicznych Dominic Raab.

"Po tych wszystkich wysiłkach, które wszyscy podjęli, po tych wszystkich poświęceniach tak wielu ludzi, nie zrujnujmy tego teraz. Nie utraćmy tego, co osiągnęliśmy, nie marnujmy poświęceń tak wielu ludzi. Nie możemy dać koronawirusowi drugiej szansy na zabicie większej liczby ludzi i zaszkodzenia naszemu krajowi" - powiedział Raab podczas codziennej konferencji prasowej na Downing Street, poświęconej walce z epidemią.

Wcześniej w czwartek Raab przewodniczył - w zastępstwie premiera Borisa Johnsona, który przebywa w szpitalu na oddziale intensywnej terapii - posiedzeniu rządowego sztabu kryzysowego. Restrykcje ogłoszone przez Johnsona 23 marca - m.in. zakaz wychodzenia z domów z wyjątkiem kilku określonych przypadków i zamknięcie niemal wszystkich sklepów - wprowadzono początkowo na trzy tygodnie. Ministerstwo zdrowia ma dokonać przeglądu ich efektów 16 kwietnia.

Jak wyjaśnił Raab, wprawdzie są oznaki, że wprowadzone działania przynoszą efekty, ale jest jeszcze za wcześnie, by to jednoznacznie potwierdzić i dopóki nie będzie jasnych dowodów wskazujących na przekroczenie szczytu epidemii, te środki muszą pozostać w mocy.

Zapowiedź utrzymania restrykcji była powszechnie spodziewania, szczególnie wobec bardzo wysokiej liczby zgonów w ostatnich dniach. W czwartek podano, że w ciągu poprzedniej doby zmarło 881 osób, w środę - było to rekordowe 938 osób, zaś we wtorek - 786.

Mimo dużej liczby zgonów, uczestniczący w konferencji główny doradca naukowy rządu Patrick Vallance i naczelny lekarz Anglii Chris Whitty podkreślali, że wprowadzone działania i zalecenia utrzymywania dystansu społecznego przynoszą efekty. To spadające tempo dynamiki zgonów - do soboty ich liczba podwajała się co 3,5 dnia, teraz co sześć, liczba nowo wykrytych zakażeń utrzymuje się od początku miesiąca - z dwoma wyjątkami - w okolicach 4 tys. dziennie, co oznacza, że tempo ich wzrostu spada. To także stabilizująca się, a w niektórych regionach kraju nawet spadająca liczba osób przyjmowanych na oddziały intensywnej terapii. Jak przekonywali, to w ciągu mniej więcej tygodnia powinno się przełożyć na spadającą liczbę zgonów.

Raab podczas konferencji zapewnił także, że stan zdrowia Johnsona się poprawia, ale nie podał żadnych nowych informacji ponad to, co było mówione już wcześniej. Natomiast zapytany o tę sprawę powiedział, że nie rozmawiał z premierem od czasu, kiedy ten w niedzielę wieczorem trafił do szpitala. W poniedziałek wieczorem, w związku z pogorszeniem się stanu zdrowia, Johnson został przeniesiony na oddział intensywnej terapii.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Szefowa MFW: pandemia wywoła najgłębszy kryzys od lat 30. XX wieku

Szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) Kristalina Georgiewa powiedziała w czwartek, że nadchodzący kryzys gospodarczy będzie najgłębszym takim załamaniem od wielkiego kryzysu z lat 30. XX wieku, który wybuchł po krachu giełdowym w 1929 roku.

Globalny wzrost gospodarczy w 2020 roku będzie "silnie negatywny", mamy też do czynienia z "niespotykaną niepewnością dotyczącą skali i okresu (trwania) tego kryzysu" - powiedziała Georgiewa.

W najlepszym przypadku MFW oczekuje "częściowego ożywienia" gospodarczego w 2021 roku, jednak pod warunkiem, że pandemia zacznie się wycofywać w kolejnym kwartale br. Jeśli jednak potrwa ona do końca 2020 roku, to rok kolejny "będzie jeszcze gorszy" pod względem gospodarczym.

Georgiewa podkreśliła, że rynki wschodzące są szczególnie narażone, mają kolosalne potrzeby pożyczkowe, podczas gdy już teraz uciekło z nich około 100 mld dolarów, czyli trzykrotnie więcej niż w analogicznym okresie kryzysu finansowego z 2008 roku.

Priorytetem dla wszystkich państw powinna być jednak przede wszystkim walka z pandemią i kryzysem zdrowotnym oraz wspieranie systemów opieki medycznej, a nie gospodarka - oceniła.

Zapewniła, że jej Fundusz jest instytucją "stworzoną właśnie na takie czasy" i gotów jest wykorzystać swój wart bilion dol. budżet na kredyty dla ponad 90 państw, które znajdują się w bardzo trudnej sytuacji i zwróciły się o pomoc.

Władze MFW podjęły zresztą decyzję o podwojeniu tego funduszu awaryjnego - dodała.

Georgiewa podkreśliła, że w przyszłym roku należy się liczyć z co najwyżej "częściową poprawą" sytuacji, ale jest teraz zbyt wiele niewiadomych, dotyczących również środków zaradczych podjętych przez poszczególne rządy, aby z pewnością prognozować, jakie będą perspektywy ekonomiczne.

Agencja Kyodo przypomina, że wielki kryzys z lat 30. był największą katastrofą gospodarczą XX wieku i trwał blisko 10 lat. (PAP)

Zgoda Banku Anglii na czasowe finansowanie działalności rządu w związku z pandemią

Brytyjski centralny Bank Anglii (BoE) poinformował w czwartek, że w związku ze skutkami pandemii koronawirusa zgodził się na czasowe finansowanie wydatków państwowych jeśli rząd nie będzie mógł natychmiast uzyskiwać potrzebnych środków na rynkach pieniężnych.

Oznacza to wznowienie praktyki, której BoE nie stosował na większą skalę od czasu kryzysu finansowego w 2008 roku.

Jak wskazuje Reuters, brytyjski rząd zwykle pożycza pieniądze bezpośrednio na rynkach kapitałowych poprzez emitowanie obligacji i w tym tygodniu potencjalni nabywcy okazywali znaczną chęć zakupienia ich wolumenu przekraczającego 10 mld funtów, w niektórych wypadkach z zapewnieniem rekordowo niskiej rentowności.

Jednak w ubiegłym miesiącu rynki były dużo mniej przyjazne, zanim BoE nie zadeklarował zamiaru nabycia państwowych aktywów - głównie obligacji - opiewających na łącznie 200 mld funtów. Czwartkowa decyzja otwiera bankowi centralnemu możliwość bezpośredniego finansowania działalności rządu.

"W ramach rozwiązania czasowego zapewni to w razie potrzeby szybki dostęp do doraźnego źródła dodatkowej płynności finansowej rządu, by usprawnić jego płatności i wesprzeć prawidłowe funkcjonowanie rynków w okresie zaburzeń spowodowanych koronawirusem" - głosi wspólny komunikat Banku Anglii i brytyjskiego ministerstwa finansów. Zastrzega jednocześnie, że wszelkie powstałe w ten sposób ponadnormatywne długi rząd spłaci bankowi centralnemu do końca bieżącego roku.

"Rząd będzie nadal wykorzystywał rynki jako główne źródło swego finansowania, a jego wydatki na walkę z koronawirusem zostaną w pełni pokryte dodatkowymi kredytami" - zaznacza komunikat.

Skarb państwa pożyczył na razie w BoE 400 mln funtów, a w trakcie poprzedniej akcji antykryzysowej w 2008 roku zadłużenie brytyjskiego rządu wobec banku centralnego sięgnęło 19,9 mld funtów. (PAP)

Firmy redukują zatrudnienie i urlopują pracowników w efekcie pandemii

Ponad jedna czwarta brytyjskich firm już czasowo zmniejszyła zatrudnienie w efekcie skutków koronawirusa, a prawie połowa to planuje - wynika z dwóch opublikowanych w czwartek sondaży.

Jak wynika z badania krajowego urzędu statystycznego ONS, 27,4 proc. firm w odpowiedzi na kryzys związany z epidemią czasowo zmniejszyło zatrudnienie, podczas gdy zwiększyło je - 4,9 proc.

Badanie zostało przeprowadzone wśród 3642 przedsiębiorstw w okresie 9-22 marca, czyli zanim premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson ogłosił drastyczne kroki w celu zatrzymania wirusa, włącznie z zakazem opuszczania domów i zamknięciem wszystkich sklepów, które nie sprzedają niezbędnych towarów, a także przed przedstawieniem planu pomocy dla gospodarki.

Już w tym okresie 44,6 proc. ankietowanych firm zanotowało obroty niższe niż zwykle, w przypadku 8,8 proc. były one na normalnym poziomie, zaś 4,7 proc. miało wyższe niż zwykle.

Drugie badanie zostało przeprowadzone przez Brytyjskie Izby Handlowe (BCC) w dniach 25-27 marca, czyli tuż po wejściu tych restrykcji w życie, wśród ponad 600 przedsiębiorstw. 44 proc. z nich planowało w ciągu najbliższego tygodnia wysłać na urlopy co najmniej 50 proc. pracowników, przy czym 32 proc. zamierzało urlopować od 75 do 100 proc. pracowników.

Zgodnie z ogłoszonym przez ministra finansów Rishiego Sunaka planem pomocy dla gospodarki, w przypadku firm, które nie będą zwalniać pracowników, 80 proc. ich wynagrodzenia - do kwoty 2500 funtów miesięcznie - zostanie sfinansowane z budżetu państwa. System ten początkowo został wprowadzony na trzy miesiące, ale Sunak zapowiedział, że w razie potrzeby zostanie wydłużony.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Polska i kilka innych krajów Unii chcą zawieszenia pakietu mobilności

Polska z grupą kilku innych krajów UE zwróciła się do chorwackiej prezydencji, szefa PE i przewodniczącej KE o zawieszenie prac nad pakietem mobilności, czyli nad przepisami dotyczącymi transportu drogowego, ze względu na pandemię koronawirusa.

Poniedziałkowy list w tej sprawie, który widziała PAP wystosowali ministrowie transportu Polski, Bułgarii, Cypru, Węgier, Malty, Łotwy, Litwy i Rumunii.

"Pilnie wzywamy do zawieszenia prac nad pierwszym pakietem mobilności do czasu zakończenia pandemii i ponownej oceny tego, czy sektor transportu drogowego będzie miał możliwości jego zrealizowania" - czytamy w piśmie.

Zwrócono w nim uwagę, że bezprecedensowe rozprzestrzenianie się koronawirusa już wpływa i będzie miało dalej głęboki wpływ na sektor transportu drogowego. Ze względu na kryzys oczekiwane jest znaczne ograniczenie podaży usług transportowych. Ministrowie zwrócili uwagę, że zdecydowana większość przedsiębiorstw transportu drogowego w UE to małe i średnie firmy, które są szczególnie wrażliwe na zawirowania gospodarcze.

Procedura legislacyjna dotycząca pakietu mobilności jest bardzo zaawansowana. W lutym regulacje zatwierdziły państwa członkowskie i teraz mają być one przegłosowane przez Parlament Europejski. Przepisy zakładają m.in., że kierowcy muszą wracać na odpoczynek do kraju ojczystego, obowiązkowe są też okresowe powroty ciężarówek, które operują poza granicami kraju, w którym mieści się siedziba firmy.

Sygnatariusze listu ocenili, że skuteczność operacji transportowych pogorszą również ograniczenia nałożone na przewozy kabotażowe (przewozów w innym kraju UE po dostawie transgranicznej), czy dotyczące dodatkowych załadunków i rozładunków.

Zgodnie z pakietem mobilności możliwe są trzy operacje kabotażowe w ciągu siedmiu dni (jak obecnie), ale wprowadzono czterodniowy "okres schłodzenia", zanim ten sam samochód będzie mógł wykonywać kolejne tego typu przewozy w tym samym kraju.

Ministrowie przypomnieli też, że w trakcie procesu legislacyjnego wielokrotnie wskazywali, że nie powinno być zakazu odpoczynku w kabinie pojazdu na koniec tygodnia bez rozwiązania problemu braku odpowiedniej infrastruktury w UE; chodzi o hotele przy autostradach.

"Zniesienie tego zakazu przyczyniłoby się do zachowania dystansu społecznego przez kierowców, co jest jednym z podstawowych środków podjętych w celu zwalczania rozprzestrzeniania się Covid-19" - podkreślono w piśmie.

Jego sygnatariusze ocenili, że przyjęcie pakietu mobilności w jego obecnej formie nie jest "ani rozsądne, ani uzasadnione", bo krajobraz gospodarczy w UE po zakończeniu pandemii będzie z pewnością inny niż obecnie.

Nowe przepisy dotyczące m.in. powrotu ciężarówek mają zacząć obowiązywać 18 miesięcy po wejściu w życie aktów prawnych. Zasady dotyczące czasu prowadzenia pojazdu, w tym powrotu kierowców, mają zacząć obowiązywać 20 dni po publikacji.

Z Brukseli Krzysztof Strzępka (PAP)

Obraz Schwoaze z Pixabay

Fitch obniżył rating Wielkiej Brytanii do "AA-"

Agencja Fitch obniżyła rating Wielkiej Brytanii do "AA-" z "AA", jako powód podając pogorszenie stanu finansów publicznych z powodu wpływu pandemii koronawirusa, a także niepewność związaną z przyszłymi relacjami z Unią Europejską.

"Obniżka ratingu odzwierciedla znaczące pogorszenie się stanu brytyjskich finansów publicznych spowodowane wpływem wybuchu pandemii Covid-19 i poluzowaniem fiskalnym, które nastapiło zanim jeszcze skala kryzysu stała się oczywista. Obniżka odzwierciedla również głębokie w krótkim terminie szkody dla brytyjskiej gospodarki spowodowane przez pandemię i niepewność związaną z przyszłymi relacjami z Unią Europejską po brexicie" - napisano w komunikacie Fitch.

Fitch prognozuje, że w 2020 roku PKB Wielkiej Brytanii spadnie o blisko 4 proc., a w 2021 roku wzrośnie o około 3 proc., chociaż zaznacza, że istnieje znaczące ryzyko rewizji w dół tych prognoz.

Przed wybuchem epidemii zakładany na ten rok deficyt budżetowy w Wielkiej Brytanii wynosił 55 mld funtów. Obecnie potrzeby pożyczkowe brytyjskiego rządu mogą sięgnąć 160 mld funtów, czyli ponad 7 proc. PKB. (PAP Biznes)

Vodafone oferuje uboższym klientom w W.Brytanii nielimitowany internet

Brytyjski operator telekomunikacyjny Vodafone przez 30 dni umożliwi nielimitowany dostęp do internetu swoim klientom posiadającym jedynie abonament miesięczny lub oznaczonym jako ubożsi - ogłosiła firma w piątek.

Jak poinformował brytyjski operator, 500 tys. klientów firmy, którzy wykupili opcję miesięczną abonamentu (pay monthly), przez 30 dni otrzyma dostęp do internetu bez limitu danych.

Z opcji tej skorzystać będą mogli również klienci oznaczeni przez firmę jako ubożsi. Zakwalifikowane do programu osoby otrzymają wiadomość tekstową z informacją o dostępności bezpłatnej oferty.

Wszystkie inne osoby, które chciałyby skorzystać za darmo z nielimitowanego dostępu do sieci, mogą skorzystać z programu nagród w aplikacji Vodafone. Z oferty będzie mogło skorzystać pierwsze pół miliona klientów. (PAP)

Rząd pomoże samozatrudnionym dotkniętym skutkami epidemii

Rząd brytyjski pomoże osobom prowadzącym własną działalność gospodarczą, które wskutek epidemii koronawirusa musiały ją zawiesić lub straciły znaczącą część dochodów- ogłosił w czwartek minister finansów Rushi Sunak. Dotacje będą sięgały 80 proc. ich średnich dochodów.

W ubiegłym tygodniu Sunak ogłosił, że brytyjski rząd pokryje 80 proc. wynagrodzeń pracowników, jeśli firmy, których przychody spadną z powodu epidemii, nie będą ich zwalniać. Rząd Borisa Johnsona był jednak krytykowany, że nie zaoferował żadnego wsparcia dla ponad 5 milionów osób, które prowadzą własną działalność gospodarczą.

Sunak zapowiedział, że osoby na samozatrudnieniu, których przychody spadły wskutek epidemii, mogą się ubiegać o dotację - podlegającą opodatkowaniu - o wartości 80 proc. ich średnich miesięcznych zysków z ostatnich trzech lat, ale do kwoty 2500 funtów miesięcznie.

"Wszystkim tym, którzy pracują na własny rachunek i którzy słusznie niepokoją się i martwią o kilka następnych miesięcy, mówię: nie zostaliście zapomniani, nie zostawimy was z tyłu i jesteśmy w tym wszyscy razem" - powiedział Sunak na konferencji prasowej w Downing Street.

System dotacji będzie otwarty dla wszystkich, którzy zarabiają mniej niż 50 tys. funtów rocznie i dla których dochody uzyskiwane na samozatrudnieniu stanowią co najmniej połowę dochodów, czyli dla ok. 3,8 spośród 5,02 mln mających zarejestrowaną działalność gospodarczą. Sunak powiedział, że skorzysta z tego ok. 95 proc. osób, dla których samozatrudnienie stanowi ponad połowę dochodów.

Dotacje obejmą początkowo okres trzech miesięcy - od marca do maja włącznie - choć ich wypłata trafi na rachunki bankowe uprawnionych osób dopiero w połowie czerwca. Za to cały czas będą mogły one prowadzić działalność, niezależnie od otrzymywanej dotacji. Sunak zapewnił, że podobnie jak w przypadku finansowania przez państwo pensji osób na etacie, również system pomocy dla samozatrudnionych, w razie potrzeby, zostanie przedłużony.

"To, co robimy, będzie, jak sądzę, jedną z najbardziej znaczących interwencji ekonomicznych podjętych w jakimkolwiek momencie w historii państwa brytyjskiego i przez jakikolwiek rząd na świecie" - powiedział minister finansów.

Jak szacują dwa think tanki, Resolution Foundation i Instytut Studiów Fiskalnych (IFS), zapowiedziane w czwartek działania będą kosztowały brytyjski rząd około 10 miliardów funtów.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

TO NIE PRACA, TO SPOSÓB NA WŁASNY BIZNES

Z Fantastic Services, możesz rozpocząć własny biznes – w sektorze usług domowych. Nasza firma posiada 10 lat doświadczenia w rozwijaniu działalności przedsiębiorców czego niezbitym dowodem jest  ponad 300 oddziałów franczyzowych  w UK.

Obecne możliwości franczyzowe o największym zapotrzebowaniu:

  • Czyszczenie głębokie
  • Czyszczenie piekarników
  • Czyszczenie dywanów i wykładzin
  • Ogrodnictwo

Jesteśmy otwarci na współpracę z Tobą pomagając Ci rozwinąć Twoją działalność za pośrednictwem naszego sprawdzonego, rentownego oraz bezproblemowego modelu franczyzowego. Jeśli spełniasz poniższe warunki – jesteś idealnym kandydatem:

  • masz ambicje aby zbudować swój własny biznes
  • wielkie marzenia oraz wysokie standardy jakości
  • pociąg i pasje do kierowania zespołem i wierzysz w technologie
  • doskonałą umiejętność obsługi klienta
  • gotowość do ciężkiej pracy i świadczenia dobrych usług
  • nie jesteś karany
  • posiadasz prawo jazdy i doświadczenie w UK będą dodatkowym atutem

 

TWÓJ SUKCES JEST NASZĄ GWARANCJĄ

Vanya and Hristo 2

Vanya i Hristo mieli trudności z rozwinięciem własnej działalności w mieście bardzo dynamicznym jakim jest Oxford. Znaleźli informacje na temat naszej franczyzy i oferowanego przez nas wsparcia. Obecnie są jednymi z najbardziej pomyślnych franczyzobiorców.

Hristo mówi „Biznes prowadzimy przez telefon z pomocą komputera. System pomoga nam załatwić wszystko online. Praca z ambitnymi osobami takimi jak ja i Vanya sprawia mi  prawdziwą przyjemność. To jest to co nas łączy z firmą Fantastic Services. Na początku naszej przygody franczyzowej mieliśmy zaledwie 4 grupy sprzątające. Obecnie nasza załoga liczy około 60 osób, obsługujących Oxford i część Londynu”

Firma Fantastic Services zainwestowała ponad £6 milionów w celu stworzenia przenośnej technologii a w siedzibie naszej firmie pracuje około 450 specjalistów, udzielających dziennego wsparcia w zakresie marketingu, sprzedaży, obsługi klienta, zarządzania finansami i w  wielu innych dziedzinach.

w: JoinFantastic.com    t: 020 3404 469    e: This email address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it.

logofan

Bank Anglii znów obniżył stopy procentowe

Bank Anglii obniżył w czwartek główną stopę procentową z 0,25 proc. do 0,1 proc., aby pomóc brytyjskiej gospodarce przezwyciężyć skutki pandemii koronawirusa.

To druga dokonana przez Bank Anglii obniżka stóp procentowych w ciągu ostatnich dni i druga, która miała miejsce poza regularnymi posiedzeniami Komisji Polityki Monetarnej. (PAP)

"Rzeczpospolita": Miliardy tracone na kontach

Polacy są już tak znudzeni niskimi zyskami z lokat, że coraz częściej zostawiają pieniądze na nieoprocentowanych depozytach. Tracą przez to miliardy i jednocześnie ułatwiają bankom osiąganie wyższych zysków - pisze czwartkowa "Rzeczpospolita".

Jak podaje "RZ", Polacy mogą stracić nawet 2,2 mld zł odsetek w skali roku, co ułatwia bankom osiągnięcie większych zysków. "Odwrót od lokat to skutek bardzo niskiego ich oprocentowania. W ujęciu realnym, po uwzględnieniu podatku i inflacji, przynoszą one teraz straty. I prędko się to nie zmieni" - czytamy.

Jak dowiedział się dziennik, "na koniec lipca polskie gospodarstwa miały zgromadzone na depozytach bankowych 774 mld zł, czyli o 7 proc. więcej niż rok temu. Zmienia się jednak struktura tych oszczędności, przez co Polacy nie zyskują na trzymaniu pieniędzy w bankach tyle, ile by mogli".

"Ubywa depozytów terminowych, czyli lokat (przez półtora roku Polacy wycofali z nich 23 mld zł). Przybywa zaś bieżących - głównie nieoprocentowanych depozytów (zalicza się do nich też konta oszczędnościowe, mające oprocentowanie tylko nieco niższe od lokat, ale ich udział w tej masie jest stosunkowo nieduży)- informuje dziennik.

"W efekcie udział depozytów bieżących w całości jest rekordowo wysoki i wynosi 63 proc. Jeszcze dwa lata temu było to 55 proc., cztery lata temu - 50 proc., a sześć - 46 proc" - czytamy w artykule.

Jak informuje gazeta, "w efekcie coraz większa suma oszczędności bankowych byłaby taka jak cztery lata temu i na lokatach Polacy mieliby 50 proc. wszystkich pieniędzy zgromadzonych w bankach, to zyskaliby na odsetkach 1,6 mld zł więcej w skali roku niż obecnie (średnie oprocentowanie lokat gospodarstw domowych wynosi 1,6 proc.)".(PAP)

Nissan ostrzega przed negatywnymi skutkami Brexitu, apeluje o dialog

Brak odpowiedniego porozumienia ws. Brexitu będzie mieć "poważne konsekwencje" dla brytyjskiego przemysłu - ostrzegł w czwartek japoński koncern motoryzacyjny Nissan. Jednocześnie zaapelował do Londynu i UE aby uzgodniły kształt przyszłych relacji handlowych.

"Jesteśmy wśród tych firm, które poczyniły duże inwestycje w Wielkiej Brytanii i nadal czekają na wyklarowanie się kształtu przyszłych relacji handlowych UE ze Zjednoczonym Królestwem" - podkreślił Nissan w oświadczeniu.

"Nagła zmiana reguł w porównaniu z tymi jakimi posługuje się Światowa Organizacja Handlu (WTO) będzie mieć poważne konsekwencje dla krajowego przemysłu, dlatego apelujemy do brytyjskich i unijnych negocjatorów, aby razem wypracowali wyważony Brexit, który będzie zachęcał do korzystnego handlu" - dodała firma w dokumencie.

Producenci motoryzacyjni obawiają się, że ich działalność może zostać zakłócona przez opóźnienie w dostawach części zamiennych i wyprodukowanych samochodów. Taka sytuacja zmniejszy produkcję, a także zwiększy koszty. Swoje obawy w związku z wyjściem Wielkiej Brytanii z UE wyraziły m.in. BMW, PSA, czy Jaguar.

Nissan ma fabrykę w Sunderlandzie w północno-wschodniej Anglii. Powstają tam m.in. takie modele jak X-Trail czy Qashqai. Firma zatrudnia w zakładach 7 tys. osób.

W zeszłą niedzielę premier Theresa May przekonywała, że plan wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej służy interesom narodowym kraju. W serii wywiadów udzielonych przy okazji rozpoczynającej się tego dnia konwencji programowej Partii Konserwatywnej w Birmingham szefowa rządu broniła tzw. planu z Chequers, zapewniając, że "realizuje on wolę Brytyjczyków" wyrażoną w referendum z czerwca 2016 roku. W ramach tego planu, odrzuconego przez Brukselę, po Brexicie zachowany miałby być swobodny przepływ towarów między UE a Wielką Brytanią, ale już nie swobodny ruch osobowy.

Tymczasem z dokumentów unijnych, do których dotarł Reuters wynika, że negocjatorzy Unii Europejskiej są gotowi zaoferować brytyjskiej premier strefę wolnego handlu po Brexicie, ale podkreślają, że w przeciwieństwie do jej planu musi istnieć granica celna, która sprawi, że handel nie będzie całkowicie płynny. (PAP)

Kraje członkowskie UE przyjęły nowe regulacje dotyczące VAT

Ministrowie krajów członkowskich UE na wtorkowym spotkaniu w Luksemburgu przyjęli nowe unijne regulacje w sprawie VAT-u. Dotyczą m.in. walki z oszustwami podatkowymi i transakcji transgranicznych.

Kraje członkowskie UE przyjęły m.in. projekt rozporządzenia dotyczący wzmacniania współpracy administracyjnej w obszarze VAT-u. To inicjatywa, która służy zwalczaniu oszustw związanych z tym podatkiem. Proponowane udoskonalenie współpracy administracji państw i innych organów ścigania, poprzez np. wspólne kontrole i postępowania administracyjne, ma zwiększyć skuteczność walki z oszustwami transgranicznymi w całej UE.

"Ta reforma ma zasadnicze znaczenie w naszej walce z oszustwami podatkowymi. Poprawi to wymianę informacji między krajowymi administracjami, a także jakość i porównywalność danych" - powiedział we wtorek austriacki minister finansów Hartwig Loeger, który przewodniczył spotkaniu.

Ministrowie przyjęli również dyrektywę w sprawie mechanizmu, który może służyć zwalczaniu oszustw karuzelowych przez państwa najbardziej na nie narażone (tzw. ogólny mechanizm odwrotnego obciążenia).

"Ta dyrektywa będzie stanowić rozwiązanie dla państw członkowskich, które borykają się z endemicznymi oszustwami karuzelowymi - mówił Loeger. "To wyjątkowy środek, ograniczony w czasie, który może okazać się skutecznym sposobem zwalczania oszustw związanych z VAT-em" - dodał.

Obecny system opiera się na zwolnieniu z podatku towarów w państwie członkowskim, z którego są sprzedawane. Powoduje to jednak oszustwa (sztuczny eksport), przez które cierpią państwa członkowskie. Luka VAT, czyli różnica między oczekiwanymi wpływami z podatku a realnymi dochodami w budżecie, która powstaje w ten sposób, wynosi w UE ok. 150 mld euro rocznie.

Państwa członkowskie będą mogły korzystać z ogólnego mechanizmu odwrotnego obciążenia wyłącznie w przypadku dostaw towarów i usług o wartości przekraczającej próg 17 500 euro za transakcję tylko do 30 czerwca 2022 r. W kraju członkowskim, który chce zastosować taki środek, 25 proc. luki w podatku VAT musi wynikać z oszustw karuzelowych. Państwo członkowskie będzie musiało ustanowić odpowiednie i skuteczne elektroniczne obowiązki sprawozdawcze wobec wszystkich podatników.

Uogólniony mechanizm odwrotnego obciążenia może być wykorzystywany przez państwo członkowskie dopiero po spełnieniu odpowiednich kryteriów. Wniosek musi zostać zatwierdzony przez Radę UE.

Jak podał resort finansów, Polska nie planuje stosowania tego mechanizmu, gdyż w ramach realizowanej strategii walki z oszustwami w VAT i ograniczania luki VAT wprowadza rozwinięte narzędzia analityczne oraz alternatywne sposoby rozliczania VAT, takie jak mechanizm podzielonej płatności.

Kraje UE przyjęły również tzw. pakiet "quick fix", który obejmuje projekty dyrektywy i rozporządzeń wprowadzających krótkoterminowe usprawnienia w zakresie transakcji transgranicznych. Polska poparła pakiet, gdyż - jak podał resort finansów - uprości on przepisy oraz ułatwi zwalczanie oszustw w systemie VAT.

Kraje UE wprowadziły we wtorek też zmiany na liście jurysdykcji niechętnych współpracy w kwestiach podatkowych. Liechtenstein i Peru zostały z niej usunięte po tym, gdy otrzymały pozytywną ocenę reform przeprowadzonych przez te państwa.

Komisja Europejska przedstawiła we wtorek nowe propozycje dotyczące wzmocnienia nadzoru ostrożnościowego nad instytucjami finansowymi UE, aby lepiej przeciwdziałać zagrożeniom związanym z praniem pieniędzy i finansowaniem terroryzmu. Obejmują one m.in. wzmocnienie roli Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego (European Banking Authority, EBA) i poprawę współpracy między organami nadzoru.

Z Brukseli Łukasz Osiński (PAP)

Wielka Brytania zamierza opodatkować usługi cyfrowe

Jeżeli wkrótce nie dojdzie do międzynarodowego porozumienia w sprawie opodatkowania firm technologicznych, Wielka Brytania wprowadzi własny podatek od usług cyfrowych - poinformowała w poniedziałek agencja Reutera, powołując się na przemowę ministra finansów.

Według agencji brytyjski minister finansów Philip Hammond ogłosi zamiar wprowadzenia nowego podatku podczas kongresu Partii Konserwatywnej w Birmingham w środkowej Anglii. Zgodnie z tekstem przemówienia, do którego dotarł Reuters, "najlepszym sposobem na opodatkowanie międzynarodowych koncernów są międzynarodowe porozumienia, jednak czas na rozmowy dobiega końca i nie można dłużej zwlekać".

Firmy internetowe są w stanie unikać opodatkowania ze względu na rozliczanie sprzedaży i zysków w wybranych przez siebie jurysdykcjach. Ministrowie finansów państw członkowskich Unii Europejskiej postanowili z tego powodu wypracować nowe zasady opodatkowania działalności tego rodzaju spółek. Wsparcie dla regulacji w tym zakresie wyraziły m.in. Włochy, Niemcy i Hiszpania. W opozycji pozostaje jednak Irlandia, która przez wiele lat była centrum inwestycyjnym dla firm technologicznych.

Rząd Wielkiej Brytanii już wcześniej rozważał opodatkowanie dochodów firm internetowych do czasu uchwalenia odpowiednich przepisów międzynarodowych. Według Reutera ze względu na pozycję gigantów takich jak Facebook i Google oprócz zmian w prawie podatkowym brytyjski rząd planuje również reformę przepisów o ochronie konkurencji. (PAP)

Sondaż: co piąta firma gotowa na przenosiny po Brexicie

Nawet co piąta brytyjska firma może przenieść część operacji do Unii Europejskiej, jeśli Wielka Brytania opuści ją bez porozumienia o przyszłych relacjach handlowych - głoszą opublikowane w piątek wyniki sondażu, zleconego przez Brytyjskie Izby Handlowe (BCC).

Z badania wynika, że w razie załamania się negocjacji w sprawie Brexitu przeniesienie do Europy części lub całości swoich operacji rozważa 20 proc. firm, a 18 proc. zapowiada ograniczenie zatrudnienia.

Jednocześnie 21 proc. ankietowanych firm zadeklarowało, że w takiej sytuacji ograniczyłyby inwestowanie, co - jak ostrzega BCC - może mieć znaczący wpływ na brytyjską gospodarkę.

Organizacja zaznaczyła też, że 62 proc. objętych sondażem firm nie sporządziło dotąd pełnej oceny ryzyka grożącego im w związku z Brexitem.

"Biznes doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że osiągnięcie z UE porozumienia, które określi przyszłe warunki handlu i da w tej kwestii pewność, musi być dla rządu priorytetem numer 1" - podkreślił dyrektor generalny BCC Adam Marshall.

Jak zaznaczył, fiasko negocjacji w sprawie umowy politycznej "miałoby realne konsekwencje, powodując spadek zarówno inwestycji, jak i zatrudniania nowych pracowników".

"Firmy większe i te, które są aktywne w handlu międzynarodowym ucierpiałyby najbardziej w razie nagłego i nieuporządkowanego Brexitu. ale skutki byłyby tutaj rozleglejsze. Rząd musi działać szybko i zdecydowanie na rzecz wypracowania kompleksowej umowy" - dodał.

Wielka Brytania rozpoczęła proces wyjścia z Unii Europejskiej 29 marca 2017 roku i powinna opuścić Wspólnotę 29 marca 2019 roku. Zgodnie z negocjowanym porozumieniem z UE o okresie przejściowym dotychczasowe zasady, w tym dotyczące swobody przepływu osób, będą obowiązywały do 31 grudnia 2020 roku.

Z Londynu Jakub Krupa (PAP)

May: będziemy szukać innych dostawców gazu niż Rosja

Premier Theresa May powiedziała w środę, że W. Brytania będzie szukać innych dostawców gazu niż Rosja. Jest to reakcja brytyjskiego rządu na próbę zabójstwa byłego oficera rosyjskiego wywiadu GRU Siergieja Skripala oraz element sankcji wymierzonych w Moskwę.

"Rozglądamy się za innymi dostawcami gazu i przyglądamy się innymi krajom (niż Rosja)" - powiedziała premier brytyjskim deputowanym.

Reuters przypomina, że Wielka Brytania otrzymała w tym roku od Rosji dostawy gazu skroplonego. Unia Europejska jedna trzecia gazu importowanego przez Unię Europejską pochodzi z Rosji.

"Będziemy nadal rozmawiać z UE nie tylko na temat naszego bezpieczeństwa energetycznego, ale też na temat szerzej pojmowanego bezpieczeństwa" - dodała May.

Zachód oskarża Rosję o używaniu gazu jako broni politycznej. Moskwa odpowiada, obwiniając Zachód o blokowanie jej projektów nowych gazociągów ze względów politycznych, a nie ekonomicznych.

Eksport Gazpromu do Europy osiągnął w 2017 roku rekordowe 35 proc.

W lutym wiceprezes Gazpromu Aleksandr Miedwiediew powiedział, że udział ten mógłby z czasem przekroczyć 40 proc., ponieważ zapotrzebowanie Europy na gaz rośnie, wydobycie tego surowca w Holandii i Wielkiej Brytanii spada, a tempo wzrostu wydobycia w Norwegii zapewne zacznie spadać po 2025 roku.

Miedwiediew ostrzegł, że Europie zaczną się wkrótce pojawiać niedobory gazu, a ceny tego surowca pójdą w górę, jeśli państwa europejskie będą próbowały zdać się na import gazu z USA zamiast zwiększyć zakupy w Rosji, by zaspokoić rosnące zapotrzebowanie. (PAP)

UE kolejny raz odpowiada się za wzmocnieniem przemysłu

Unijni ministrowie odpowiadający za sprawy konkurencyjności opowiedzieli się w poniedziałek w Brukseli za "wzmocnieniem bazy przemysłowej jako jednego z kluczowych elementów przyszłości Europy". To kolejne z serii wezwanie w tej sprawie.

"Głównym politycznym osiągnięciem dzisiejszej rady było to, że jesteśmy zjednoczeni wokół idei, że wspólna polityka przemysłowa to polityczny priorytet" - powiedział na poniedziałkowej konferencji prasowej w Brukseli minister gospodarki sprawującej prezydencję Bułgarii Emił Karanikołow.

Unijni ministrowie przyjęli na spotkaniu w belgijskiej stolicy wnioski w sprawie strategii polityki przemysłowej, czyli niewiążący prawnie dokument, który ma wyznaczać polityczne cele na przyszłość. Wcześniej, we wrześniu ubiegłego roku Komisja Europejska przyjęła nową strategię polityki przemysłowej, która ma być odpowiedzią na megatrendy zachodzące na świecie, takie jak np. robotyzacja.

Założenie, z jakiego wyszła Komisja konstruując (kolejną już) strategię, to uznanie, że europejski przemysł musi się modernizować. Ta bardzo ważna gałąź gospodarki odpowiada za dwie trzecie eksportu UE i zatrudnia 32 mln osób. Jednocześnie w wyniku globalizacji wiele fabryk było przenoszonych w ostatnich dekadach poza Europę, gdzie siła robocza jest tańsza.

Unijni ministrowie uznali opracowanie Komisji za ważny sygnał i pierwszy krok w kierunku opracowania przyszłościowej unijnej strategii przemysłowej. Komisarz ds. rynku wewnętrznego Elżbieta Bieńkowska tłumaczyła na konferencji prasowej, że mimo iż strategie i związane z nimi dokumenty się powtarzają, dyskusje były potrzebne. "Może to nie jest jeszcze ostateczne, ale dziś mieliśmy porozumienie co do priorytetów. Wiemy, w jakim kierunku idziemy, zwłaszcza po przyjętej we wrześniu strategii przemysłowej" - oświadczyła Bieńkowska.

Ministrowie zwrócili uwagę, że w pełni funkcjonujący rynek wewnętrzny w erze cyfrowej jest jednym z fundamentalnych filarów służących wzmocnieniu konkurencyjności przemysłowej.

"UE potrzebuje wspólnego podejścia opartego na konkurencyjnej przewadze naszej gospodarki i naszych przedsiębiorstw przy uwzględnieniu europejskiego modelu, który cechują wysokie normy środowiskowe i społeczne" - czytamy we wnioskach ze spotkania.

Rada UE zauważyła, że aby móc działać w gospodarce opartej na danych, przedsiębiorstwa muszą ciągle skupiać się na innowacyjnym rozwoju i przejmowaniu głównych przyszłościowych trendów. Chodzi m.in. o podejście do internetu rzeczy, sztucznej inteligencji, robotyki, dużych zbiorów danych i platform, połączonych i autonomicznych systemów, 5G, drukowania 3D, standaryzacji, bezpieczeństwa ICT oraz blockchain.

Polska w poniedziałkowej debacie na temat jednolitego rynku zwracała uwagę na konieczność eliminacji barier na tych polach. "W obszarze cyfrowym ważne jest, żebyśmy dysponowali najlepszymi na świecie ramami swobodnego dostępu i ponownego wykorzystania danych; danych, które mogłyby być użyte w innowacyjnych produktach i usługach i w rozwiązaniach opartych na sztucznej inteligencji" - mówił zastępca stałego przedstawiciela RP przy UE Sebastian Barkowski.

W konkluzjach Rady znalazło się też odniesienie do światowego handlu. UE jest zaniepokojona wprowadzeniem przez Stany Zjednoczone wysokich ceł na stal i aluminium. Dla przemysłu europejskiego perspektywa ta może oznaczać utratę tysięcy miejsc pracy. W konkluzjach znalazło się wezwanie do przygotowania właściwej odpowiedzi na pytanie, jak traktować strategie przemysłowe państw trzecich.

Bieńkowska podkreśliła, że jeśli UE faktycznie zostanie dotknięta amerykańskimi restrykcjami, to odpowie na nie. Zastrzegła przy tym, że cały czas trwają jednak dyskusje w sprawie wyłączenia UE ze środków wprowadzanych przez Waszyngton.

Prezydent USA Donald Trump podpisał w czwartek rozporządzenie nakładające cła na import stali w wysokości 25 proc., a aluminium - 10 proc. Wyłączenie (na razie) dostały wyroby z Kanady i Meksyku.

Z Brukseli Krzysztof Strzępka (PAP)

"Der Spiegel": Polska otrzymała od Niemiec 1,6 mld euro odszkodowań

 

Polska otrzymała od Niemiec ok. 1,6 mld euro, czyli jedną szóstą odszkodowań dla ofiar narodowego socjalizmu - pisze "Der Spiegel". Tygodnik przypomina, iż premier Mateusz Morawiecki mówił, że Polska uzyskała 1 proc. kwoty przyznanej krajom Zachodu i Izraelowi.

W artykule na łamach najnowszego numeru "Spiegla" profesorowie historii Constantin Goschler z Bochum i Krzysztof Ruchniewicz z Wrocławia twierdzą, że Polska uzyskała od Niemiec ok. 1,6 mld euro, "jedną szóstą niemieckich odszkodowań dla zagranicznych ofiar narodowego socjalizmu".

Hamburski tygodnik zaznacza, iż 1,6 mld euro nie obejmuje wartości byłych niemieckich terytoriów przyznanych Polsce w 1945 roku.

W lutowym wywiadzie dla "Spiegla" premier Morawiecki oświadczył, że Polska w ramach odszkodowań za straty w drugiej wojnie światowej uzyskała jedynie "jeden procent tego, co jako rekompensatę otrzymali obywatele w krajach zachodnich i Izraelu".

Tygodnik odnotowuje, iż zarówno Goschler, jak i Ruchniewicz uważają, że indywidualne odszkodowania dla Polaków w porównaniu do wyrządzonych strat są "mikroskopijnie niskie". Jak pisze "Der Spiegel", ich zdaniem, "nie wolno wypaczać faktów lub ignorować (niemieckich) świadczeń". Tygodnik podkreśla, iż historycy zarzucają premierowi Morawieckiemu, że wykorzystuje temat reparacji "dla politycznych celów" oraz chce "stylizować (Polskę) na superofiarę".

Sprawa reparacji pojawiła się na lipcowej konwencji Zjednoczonej Prawicy, kiedy prezes PiS Jarosław Kaczyński wyraził opinię, że Polska nigdy nie otrzymała odszkodowania za gigantyczne szkody wojenne, których "tak naprawdę nie odrobiliśmy do dziś". W styczniu szef MSZ Jacek Czaputowicz oświadczył w Berlinie, iż Polska chce, by dyskusja o reperacjach była prowadzona na poziomie ekspertów. Jak zastrzegł, na tym etapie, nie jest to kwestia, która stanowi balast w stosunkach między rządami w Berlinie i Warszawie. (PAP)

 

Trump grozi UE cłami importowymi na samochody

Prezydent USA Donald Trump zagroził Unii Europejskiej cłami importowymi na europejskie samochody, jeśli Unia zdecyduje się na odwet za zapowiadziane przez niego wprowadzenie ceł na import stali i aluminium.

Jeśli Europejczycy zdecydują się podnieść i tak już znaczne opłaty taryfowe na amerykańskie produkty, to "my po prostu wprowadzimy opłatę na ich samochody sprowadzane do naszego kraju" - napisał w sobotę na Twitterze Donald Trump.

Trump zarzucił jednocześnie Unii Europejskiej, że blokuje sprzedaż amerykańskich aut w Europie. "To wielka nierówność w handlu między nami" - podkreślił prezydent w kolejnym wpisie na Twitterze.

Agencja dpa zauważa, że zrealizowanie tej groźby dotknię przede wszystkim niemiecki przemysł motoryzacyjny. W 2017 roku sprzedaż niemieckich nowych samochodów w USA wrosła o 1 proc. do 1,35 mln sztuk.

Prezydent USA zapowiedział w czwartek, że wprowadzi w przyszłym tygodniu cła na import stali i aluminium; ma to pomóc amerykańskim firmom, które - według prezydenta - ucierpiały przez niesprawiedliwe umowy handlowe.

Import stali ma być objęty podatkiem w wysokości 25 proc., a aluminium - 10 proc.

Trump poinformował, że zdecydował się na nałożenie ceł, gdyż Stany Zjednoczone "potrzebują wspaniałych producentów stali i aluminium do celów obronnych".

Na jego decyzję błyskawicznie zareagowała Unia Europejska, która rozważa wprowadzenie taryf odwetowych na amerykańską stal i szereg innych produktów, w tym na produkty rolne.

"Nie będziemy siedzieć bezczynnie, podczas gdy naszemu przemysłowi zostanie zadany cios, który zagraża tysiącom europejskich miejsc pracy" - powiedział szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.

"Będziemy nakładać cła na motocykle Harley-Davidson, na burbon i na dżinsy Levi's" - ostrzegł Juncker.

Francuski minister gospodarki i finansów Bruno Le Maire zapowiedział "silną, skoordynowaną i zjednoczoną odpowiedź UE".

Szef niemieckiej dyplomacji Sigmar Gabriel zażądał "ostrej reakcji" Unii Europejskiej na amerykańskie taryfy. "UE musi zareagować w sposób zdecydowany na cła zaporowe, które zagrażają tysiącom miejsc pracy w Europie" - napisał w komunikacie Gabriel, który podkreślił też, że Berlin jest "bardzo zaniepokojony" decyzją Trumpa w tej sprawie.

Retorsje rozważają także Meksyk, Brazylia, Kanada i Chiny. Decyzję prezydenta Trumpa skrytykowali nawet przedstawiciele jego ugrupowania, Partii Republikańskiej. Republikanie obawiają się, że wprowadzenie odwetowych ceł może wprowadzić kraj z powrotem na skraj recesji i tym samym pogorszy ich i tak niełatwą sytuację przed listopadowymi wyborami do Kongresu.

Przed wojną handlową ostrzegają eksperci. Jednak Trump napisał w piątek na Twitterze: "Gdy kraj (USA) traci wiele milionów dolarów na handlu z niemal każdym krajem, z którym prowadzi interesy, wojny handlowe są dobre i łatwe do wygrania!".

Decyzję Trumpa poparli natomiast przedstawiciele amerykańskich producentów stali i aluminium, federacja związkowa AFL/CIO oraz niektórzy przedstawiciele opozycyjnej Partii Demokratycznej reprezentujący stany, w których dawniej koncentrowała się produkcja stali, poparli protekcjonistyczne plany amerykańskiego przywódcy. (PAP)

W Brukseli zebrał się szczyt UE rozpoczynający debatę o kolejnym budżecie

W piątek po godz. 12.30 w Brukseli rozpoczął się nieformalny szczyt UE, który będzie się zajmował pobrexitowym budżetem "27". Rozmowy nie będą łatwe, bo w UE znów odżywają podziały pomiędzy chcącymi większych składek i tymi, którzy są za oszczędnościami.

Samo wyjście Wielkiej Brytanii, jednego z największych płatników netto do budżetu UE, tworzy już dużą lukę. Według Komisji Europejskiej w rocznych dochodach Unii będzie brakowało 12-13 mld euro. Zjednoczone Królestwo odpowiadało za ponad 15 proc. wpływów do unijnej kasy.

Do tego dochodzi zwiększenie wydatków na takie dziedziny jak ochrona granic, integracja uchodźców, badania i rozwój czy współpraca wojskowa. KE szacuje te nowe wydatki na około 10 mld euro rocznie.

"To pokazuje powagę wyzwań" - podkreślał w liście zapraszającym przywódców na szczyt szef Rady Europejskiej Donald Tusk. Unijni urzędnicy zapowiadali, że debata w tej sprawie będzie miała raczej ogólny, orientacyjny charakter, co nie oznacza, że nie będzie okazją do zderzenia dwóch wizji kształtu unijnej kasy.

W związku z Brexitem w UE coraz głośniej mówi się o zmianie zasady, według której roczny budżet UE stanowi ok. 1 proc. łącznego dochodu narodowego brutto (DNB) państw członkowskich UE, czyli obecnie około 150 mld euro. Komisja budżetowa PE chciałaby, żeby było to około 30 proc. więcej (1,3 proc. DNB). KE wskazuje na kilkunastoprocentowy wzrost.

Źródła unijne, relacjonując rozmowy szefa Rady Europejskiej z liderami krajów UE przed szczytem, podkreślały, że większość stolic popiera zwiększenie wieloletnich ram finansowych. Są jednak kraje, które są zdecydowanie przeciw i są w tym sprzeciwie "zdeterminowane". "Nie spodziewamy się konsensusu w tej sprawie w piątek. Nie możemy zakończyć negocjacji, zanim one się zaczną" - podkreśliło źródło.

Szefowie państw i rządów mają ponadto dać zielone światło do zmniejszenia PE po Brexicie. Według urzędników unijnych zgodzą się na to, by z 73 miejsc w PE, które przysługują obecnie Wielkiej Brytanii, 27 zostało rozdzielonych pomiędzy 14 państw unijnych (dla Polski o jedno miejsce więcej), a pozostałe 46 utworzyło rezerwę na wypadek dołączenia do Unii kolejnych krajów.

W innej sprawie dotyczącej przyszłości tym razem Komisji Europejskiej, a dokładnie sposobu wyboru jej przewodniczącego, nie ma już takiego entuzjazmu. PE i sama KE chciałyby powtórki z procedury z 2014 roku, gdy główne unijne partie polityczne przedstawiały swoich wiodących kandydatów (spitzenkandidaten) na to stanowisko. Źródło unijne zwracało uwagę, że część szefów państw i rządów nie należy do żadnej partii europejskiej, a co za tym idzie ich kandydat nie miałby szans w takim procesie.

Z Brukseli Krzysztof Strzępka (PAP)

UE/Komisja PE za większym budżetem UE i konsekwencjami za łamanie wartości

Komisja budżetowa Parlamentu Europejskiego opowiedziała się w czwartek za zwiększeniem składek państw członkowskich do budżetu, stworzeniem nowych źródeł dochodu oraz finansowymi karami dla krajów mających problemy z przestrzeganiem unijnych wartości.

Projekty dwóch rezolucji w sprawie dochodów i wydatków ze wspólnej kasy zostały zaakceptowane na kilkadziesiąt godzin przed szczytem UE, podczas którego szefowie państw i rządów będą rozmawiać o wieloletnim budżecie UE na okres po 2020 r. Europosłowie chcą, żeby wkłady poszczególnych krajów zostały zwiększone do 1,3 proc. dochodu narodowego brutto, czyli niemal o 30 proc. w porównaniu z obecnym stanem.

"To bardzo mocne przesłanie, jakie komisja budżetowa i PE przekazują szefom państw i rządów w przeddzień nieformalnego szczytu" - mówił na konferencji prasowej w Parlamencie Europejskim szef komisji budżetowej, francuski liberał Jean Arthuis.

Choć w początkowej wersji projektu rezolucji nie było takich zapisów, podczas prac dołożono do niej zdanie mówiące o konsekwencjach finansowych dla krajów mających problemy z praworządnością. Europosłowie wzywają Komisję Europejską do zaproponowania mechanizmu, zgodnie z którym państwa nierespektujące wartości wymienionych w art. 2 unijnego traktatu (mówi o wartościach UE, m.in. poszanowaniu demokracji), miałyby ponosić konsekwencje finansowe.

Komisja budżetowa zastrzegła jednak, że końcowi beneficjenci środków z budżetu nie mogą cierpieć za łamanie zasad, za które nie są odpowiedzialni. "Nie ma w tym sprzeczności. To mechanizm, który będzie skierowany prawdopodobnie do krajów członkowskich, przewidujący różnego rodzaju konsekwencje finansowe, ale nie zmniejszający funduszy unijnych do państw. To powinno być poza budżetem UE" - tłumaczył na konferencji europoseł PO Jan Olbrycht.

Wraz z francuską socjalistką Isabelle Thomas był on odpowiedzialny za przygotowanie raportu dotyczącego budżetu UE po 2020 r. Polityk PO tłumaczył, że wpłynęło wiele poprawek przewidujących nawet sankcje za łamanie wartości, zwłaszcza odnoszące się do polityki spójności, ale udało się uniknąć takiego zapisu.

Europosłowie komisji budżetowej opowiedzieli się też za zwiększeniem wydatków na takie programy jak Erasmus+, inicjatywę na rzecz młodych, wsparcie małych i średnich przedsiębiorstw, a także wydatków infrastrukturalnych w ramach instrumentu "Łącząc Europę".

W projekcie rezolucji jest też mowa o zwiększeniu elastyczności na wypadek nieprzewidzianych wydarzeń, a także zagwarantowania, że niewydane środki pozostaną w budżecie.

W drugim projekcie, który dotyczy dochodów własnych, eurodeputowani wezwali do likwidacji wszystkich rabatów do budżetu (wraz z wyjściem Wielkiej Brytanii z UE zniknie największy z nich, ale inne państwa też korzystają ze specjalnych przywilejów i upustów).

Komisja budżetowa proponuje, by wpływy do wspólnej kasy były w dużo mniejszym niż obecnie stopniu powiązane z dochodem narodowym brutto państw członkowskich (chce, by składki oparte o DNB wynosiły ok. 40 proc. budżetu).

W zamian większy udział miałyby mieć tzw. dochody własne, m.in. z odwróconego VAT, części podatków płaconych przez firmy, podatku od transakcji finansowych, części podatków firm działających w sektorze cyfrowym i części potencjalnych podatków środowiskowych. W PE jest duży nacisk na podatki mobilizujące do przejścia na technologie niskowęglowe.

"System związany z DNB jest sprawiedliwy, bo jest związany z zamożnością kraju. Będziemy bronili tego, by podstawowym dochodem do budżetu był wkład ze strony państw członkowskich" - powiedział PAP były komisarz ds. budżetu, współsprawozdawca rezolucji o dochodach własnych Janusz Lewandowski (PO).

Nad przyjętymi przez komisję budżetową zdecydowaną większością głosów projektami rezolucji cały Parlament Europejski będzie głosował jeszcze w marcu. Unijny komisarz ds. budżetu Guenther Oettinger zapowiadał, że będą one dla niego wskazówką podczas konstruowania propozycji wieloletnich ram finansowych na okres po 2020 r. Projekt Komisji Europejskiej w tej sprawie ma zostać przedstawiony 2 maja.

z Brukseli Krzysztof Strzępka (PAP)

KE: polski podatek handlowy narusza unijne zasady pomocy państwa

Komisja Europejska uznała, że polski podatek od sprzedaży detalicznej narusza unijne zasady pomocy państwa. Stwierdziła, że na skutek progresywnych stawkek opartych na wielkości przychodów przedsiębiorstwa o niskich obrotach mają przewagę nad konkurentami.

"Szczegółowe dochodzenie Komisji wykazało, że progresywny charakter stawek podatkowych w nieuzasadniony sposób działałby na korzyść niektórych przedsiębiorstw kosztem innych – w zależności od ich obrotów i wielkości. W takim systemie opartym na progresywnych stawkach podatkowych mniejsze przedsiębiorstwa albo w ogóle nie płaciłyby podatku od sprzedaży detalicznej (jeżeli ich obroty nie przekraczają 17 mln zł.), albo płaciłyby niższą średnią stawkę niż ich więksi konkurenci. Dawałoby to przedsiębiorstwom o niższych obrotach nieuczciwą przewagę ekonomiczną" - podała w piątek KE.

Poinformowała też, że nie kwestionuje prawa Polski do decydowania o swoim systemie podatkowym ani o celach poszczególnych podatków i opłat. "Jednakże system ten musi być zgodny z prawem Unii, w tym z zasadami pomocy państwa, i nie może faworyzować w sposób nieuzasadniony wybranych przedsiębiorstw" - zaznaczyła.

KE wszczęła postępowanie w tej sprawie w sierpniu 2016 r. po otrzymaniu skargi, w której zarzucono, że polski podatek od sprzedaży detalicznej jest niezgodny z unijnymi zasadami pomocy państwa. (PAP)

"Puls Biznesu": Wyspy tracą powab

Już połowa pracujących w Wielkiej Brytanii najlepiej wykwalifikowanych imigrantów myśli o powrocie do kraju; wynika to z raportu Deloitte'a – wskazuje czwartkowy "Puls Biznesu".

Dziś, kiedy Europejczycy na hasło "brexit" przestali już reagować słowem "szok", przyszedł czas na chłodne kalkulacje. O minorowych nastrojach imigrantów w Wielkiej Brytanii po ogłoszeniu planów rozwodu z UE napisano już dużo - Deloitte potwierdził je liczbami - czytamy w "PB".

Z najnowszego badania przeprowadzonego przez globalną spółkę konsultingową wynika, że 36 proc. obcokrajowców pracujących w Wielkiej Brytanii rozważa powrót do kraju. To oznacza zwolnienie 1,3 mln etatów (ogółem na Wyspach zatrudnionych jest 3,4 mln imigrantów). Spośród nich aż 26 proc. nie wyklucza wyjazdu w ciągu najbliższych trzech lat. Ale to nie wszystko: najbardziej brexit wystraszył dobrze wykształconych ekspatów. Aż 47 proc. wykwalifikowanych obcokrajowców rozważa "pakowanie manatków" w ciągu najbliższych pięciu lat. Zdecydowanie więcej wśród nich jest obywateli krajów UE niż spoza niej.

Jak wskazuje "PB", eksperci Deloitte'a uważają, że takie nastroje powinny skłonić brytyjski rząd do działania. Ostrzegają m.in. przed konsekwencjami brexitu dla pracodawców i wzywają do poszukania rozwiązań pozwalających na uzupełnienie luki, która może powstać na rynku pracy - m.in. skłonienia Brytyjczyków do podnoszenia kwalifikacji albo do stworzenia klimatu przyjaznego... robotom. (PAP)

Niemcy/Schaeuble: UE chce ograniczyć negatywne skutki Brexitu dla Londynu

Unia Europejska stara się ograniczyć negatywne skutki Brexitu dla Wielkiej Brytanii, ale kraje liczące na korzyści związane z UE muszą wziąć na siebie także pewne zobowiązania - powiedział w piątek minister finansów Niemiec Wolfgang Schaeuble.

"Musimy znaleźć sprawiedliwą drogę. Jeśli Wielka Brytania chce zachować dobry dostęp do unijnego wspólnego rynku, musi wziąć na siebie odpowiednie zobowiązania. Jeśli tego nie chce, to dojdzie do rozdziału, a to byłoby ze szkodą dla Wielkiej Brytanii" - powiedział Schaeuble w wywiadzie dla radia Deutschlandfunk.

"Usiłujemy zmniejszyć negatywne skutki do minimum, ale jest jasne, że nie mogą się one przenieść na pozostałe kraje (UE)" - dodał.

Premier Wielkiej Brytanii Theresa May rozpocznie formalny proces dwuletnich negocjacji w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej w środę 29 marca. Podstawą tej decyzji jest wynik referendum z czerwca ubiegłego roku, w którym większość głosujących wypowiedziała się za Brexitem.(PAP)

KE proponuje scenariusze reform dla UE bez Wielkiej Brytanii

Pięć scenariuszy reform UE i ułożenia współpracy w gronie 27 państw bez Wielkiej Brytanii zaproponowała w środę Komisja Europejska w "Białej księdze o przyszłości Europy". Przewidują one zarówno rozluźnienie integracji, UE wielu prędkości, jak i federację.

Komisja przykłada do swej "białej księgi" dużą wagę. "Traktujemy ją jako akt urodzenia UE 27 państw" - powiedział jeden z wysokiej rangi urzędników. Inny mówił nawet, że jest to "próba uratowania Europy" i odpowiedzi na niewiadome, jakie przyniesie Brexit, popularność sił eurosceptycznych czy spory wokół kryzysu migracyjnego.

Swoje propozycje KE przedstawia na niespełna miesiąc przed jubileuszowym szczytem UE w Rzymie z okazji 60. rocznicy podpisania Traktatów Rzymskich z 1957 r. Oprócz świętowania "Rzym musi także otworzyć nowy rozdział. Przed nami jest wiele wyzwań, dla naszego bezpieczeństwa, dobrobytu naszych obywateli, dla roli, jaką Europa będzie odgrywać w coraz bardziej wielobiegunowym świecie. Zjednoczona Unia 27 państw musi ukształtować swoje przeznaczenie i wypracować wizję swojej przyszłości" - napisał szef KE Jean-Claude Juncker we wstępie do "Białej księgi".

Proponuje on krajom UE pod rozwagę pięć scenariuszy na lata do 2025 roku, wskazując ich zalety i zagrożenia i zastrzegając, że nie wykluczają się one wzajemnie. Wszystkie wychodzą z założenia, że UE 27 państw się nie rozpadnie.

Pierwszy scenariusz to kontynuacja. Zakłada współpracę na obecnych zasadach, m.in. wdrażanie reform i inicjatyw wzmacniających wspólny rynek, wspólną walutę, rozwijanie współpracy w walce z terroryzmem i ochronie granic oraz zawieranie porozumień handlowych z krajami trzecimi. W tym scenariuszu jedność UE nadal będzie wystawiana na próby w sytuacji sporów czy kryzysów - wskazuje KE.

Drugi scenariusz zakłada ograniczenie współpracy do wspólnego rynku i rezygnację z rozwijania integracji w innych dziedzinach, jak migracja czy bezpieczeństwo i obrona. Oznaczałoby to powrót kompetencji w wielu sprawach do władz krajowych. Warunkiem funkcjonowania wspólnego rynku bez zakłóceń byłoby przestrzeganie zasad rządów prawa i niezawisłości sadów - zaznaczają urzędnicy KE.

Opcja ta zakłada swobodę przepływu dóbr i kapitału, ale może doprowadzić do ograniczenia regulacji na szczeblu unijnym, różnic dotyczących praw konsumentów, standardów socjalnych i środowiskowych, opodatkowania i udzielania pomocy publicznej. Konkurencja na takich zasadach grozi zjawiskiem "wyścigu na dno" - ocenia Komisja.

Z polskiego punktu widzenia wadą takiego scenariusza może być też to, że - zdaniem KE - z czasem może dojść do ograniczenia swobody przepływu pracowników i uznawania kwalifikacji. Z kolei brak współpracy w dziedzinie migracji i bezpieczeństwa może być pretekstem do zaostrzenia kontroli na granicach.

Trzeci scenariusz, który zdaniem unijnych urzędników jest najbardziej realny, zakłada, że te kraje, które chcą ściślej współpracować, mogą to robić, nie zmuszając pozostałych. Ten scenariusz zakłada powstanie tzw. Unii wielu prędkości, w której grupy państw mogłyby tworzyć "koalicje chętnych", aby ściślej współpracować w niektórych dziedzinach, jak polityka obronna, bezpieczeństwo wewnętrzne, podatki czy sprawy socjalne.

Koalicje te nie mogłyby być zamknięte na inne państwa, które z czasem mogłyby zdecydować się na przystąpienie do ściślejszej współpracy.

Według KE jedną z wad takiego rozwiązania byłoby to, że obywatele UE mieliby różne prawa w zależności od tego, w którym kraju mieszkają. Jeden z przykładów podawanych przez Komisję zakłada powstanie "koalicji woli" w sprawie praw pracowniczych, co może być propozycją rozwiązania sporów w UE o prawa pracowników delegowanych. W scenariuszu KE pracownicy z państw, tworzących taką koalicję uzyskaliby "dostęp do dodatkowych i coraz bardziej zbliżonych do siebie praw pracowniczych i ochrony socjalnej, niezależnie od swej narodowości czy miejsca zamieszkania".

Czwarty scenariusz, który według unijnych urzędników wymyślony został razem z ekspertami think tanków, zakłada, że państwa UE będą wspólnie robić mniej, ale za to bardziej skutecznie. Współpraca w dziedzinach, w których nie przynosi to wartości dodanej, nie byłaby rozwijana. Instytucje UE miałyby kompetencje do podejmowania decyzji w priorytetowych obszarach, tak jak obecnie w zakresie polityki konkurencji czy nadzoru bankowego. Zdaniem KE może to dotyczyć np. handlu, energii, bezpieczeństwa, migracji, ochrony granic czy obronności. Jednak - dodaje KE - na początku Unia miałaby zapewne wiele trudności, by uzgodnić, które dziedziny są priorytetowe.

Ostatnia opcja zakłada zacieśnienie integracji we wszystkich obszarach, co zmierzałoby w stronę zbudowania federacji państw europejskich. Decyzje zapadałyby w większości na szczeblu instytucji unijnych. W ciągu dekady UE miałaby wspólną reprezentację w organizacjach międzynarodowych. Jednym z priorytetów współpracy byłaby polityka bezpieczeństwa i obrony. Scenariusz ten zakłada też m.in. wzmocnienie wspólnego rynku, stworzenie unii energetycznej i koordynację polityk socjalnych. Zagrożeniem będzie jednak wzrost poczucia, że UE nie ma demokratycznej legitymacji i zagarnęła zbyt wiele kompetencji państw członkowskich.

Komisja Europejska oficjalnie nie opowiada się za żadnym z pięciu scenariuszy. Ma nadzieję, że "Biała księga" rozpocznie debatę wśród krajów członkowskich, które do grudnia wypracują swoją, bardziej skonkretyzowaną wizję reformy UE.

Według unijnych źródeł podczas prac nad dokumentem Juncker konsultował się m.in. z przywódcami Francji, Niemiec i Włoch, ale brał tez pod uwagę głosy napływające z pozostałych państw, w tym Polski. Jedynym przywódcą z regionu Europy Środkowej i Wschodniej, z którym Juncker rozmawiał na temat przygotowania "Białej księgi", był premier Słowenii Miro Cerar, który także opracował dokument dotyczący reform UE - twierdzą unijne źródła.

Żaden z rozważanych scenariuszy nie zakłada zmiany unijnego traktatu w najbliższym czasie.

Z Brukseli Anna Widzyk (PAP)

Szef MSZ Niemiec: Włochy, Francja i Grecja potrzebują więcej pomocy od UE

Szef niemieckiej dyplomacji Sigmar Gabriel oświadczył w poniedziałek w Rzymie, że Włochy, Francja i Grecja potrzebują więcej pomocy od UE w zmaganiach z bezrobociem oraz z kryzysem migracyjnym. Gabriel rozmawiał o tym z szefem MSZ Włoch Angelino Alfano.

„Nie może być mowy o europejskiej polityce ze szkodą dla innego kraju. Włochy, Francja i Grecja potrzebują więcej pomocy w dziedzinie walki z bezrobociem i w związku z migracją” - powiedział szef MSZ Niemiec na konferencji prasowej z ministrem Alfano.

“Nie jest możliwe to - dodał - aby były tylko włoskie i greckie hot spoty” do identyfikacji migrantów i aby „jakiś kraj wycofywał się i obarczał inne ciężarem” fali migracyjnej.

Szef dyplomacji Włoch Angelino Alfano stwierdził, że jego kraj doświadczył “kryzysu gospodarczego tak długiego, jak dwie wojny światowe”. Podkreślił, że Włochy wychodzą z niego, ale potrzebują więcej czasu, by reformy przyniosły rezultaty.

Alfano złożył kondolencje narodowi niemieckiemu z powodu śmierci zakładnika Juergena Kantnera, ściętego przez islamistów na Filipinach.

“Potwierdzamy nasze zaangażowanie w walce z międzynarodowym terroryzmem u boku naszych niemieckich przyjaciół, których uważamy za braterski naród” - zapewnił włoski minister. (PAP)

"Rzeczpospolita": Ustawa hazardowa daje monopol firmie IGT i straty dla Skarbu Państwa

Wokół ustawy hazardowej jest sporo wątpliwości, o których przed śmiercią mówił poseł Rafał Wójcikowski - pisze "Rzeczpospolita". Największe budzą zapisy, dzięki którym monopol na dostarczenie automatów do gier (tzw. jednorękich bandytów) i ich serwisowania otrzyma amerykańska firma IGT.

Piątkowa "Rz" przypomina, że ustawa hazardowa została przyjęta przez Sejm 15 grudnia i ma wejść w życie od kwietnia. Dotychczas sprawy nie poruszyły główne media, o ustawie można znaleźć cząstkowe informacje na mniejszych portalach. Największe wątpliwości budzą zapisy, dzięki którym monopol na dostarczenie automatów do gier (tzw. jednorękich bandytów) i ich serwisowania otrzyma amerykańska firma IGT (dawniej GTECH).

"Przy dużych stratach dla budżetu państwa" – zauważa w rozmowie z „Rzeczpospolitą" poseł Kukiz'15 Bartosz Józwiak. "Szacowaliśmy, że to będą straty w wysokości minimum 7 mld zł" – dodaje.

Dlaczego straty? Umowa z IGT ma zostać zawarta przez spółkę Skarbu Państwa – Totalizator Sportowy. Problem w tym, że jego zyski są zbyt niskie na pokrycie kosztów zakupu automatów - liczonych w miliardach złotych, co sprawia, że różnicę dołożyć będą musieli obywatele - pisze gazeta.

Z informacji "Rzeczpospolitej" z dwóch niezależnych źródeł wynika, że podczas forum ekonomicznego w Krynicy mocno lobbowano na rzecz IGT, która niedługo później otrzymała monopol na dostawę maszyn.

"Sprawa jest o tyle dziwna, że firma podlega obecnie gigantycznej kontroli służb w Stanach Zjednoczonych" – mówi gazecie inny poseł, który prosi o anonimowość.

O kwocie 30 tys. zł za sztukę, którą ma płacić TS, mówił z mównicy sejmowej poseł Wójcikowski, który dodał, że takich automatów ma zostać kupionych 60 tys. Sprawdziliśmy ceny tego typu maszyn na portalach handlowych i najwyższą kwotą było kilkanaście tysięcy złotych - pisze "Rz".

W związku z ustawą miała powstać też spółka, za pomocą której państwo ma zmonopolizować rynek hazardu. 9 lutego w tej sprawie złożyli do ministra finansów interpelację dwaj posłowie Kukiz'15: Bartosz Józwiak i Tomasz Rzymkowski, którzy kontynuują temat po śmierci Wójcikowskiego. Pytają w niej o pełne dane spółki, o firmę, która zajmie się obsługą serwisową maszyn i urządzeń hazardowych, a także o podmiot, który dostarczy urządzenia i oprogramowanie. "Zwracam się także z prośbą o upublicznienie umowy handlowej zawartej pomiędzy spółką Skarbu Państwa a podmiotami będącymi dostawcami i serwisem obsługującym wcześniej wspomnianą spółkę" – brzmi ostatnia prośba z interpelacji. Na razie posłowie nie uzyskali odpowiedzi.

Ustawa ma wejść w życie od kwietnia, a niektóre zapisy nawet od lipca. "Obecnie ta ustawa utknęła i pojawiają się głosy, że może być znowelizowana, ale nie ma pewności, bo wszyscy nabrali wody w usta" – mówi gazecie poseł Józwiak.

Kolejne wątpliwości - jak pisze "Rzeczpospolita" wzbudza ekspresowy tryb przyjęcia ustawy. Pierwsze czytanie odbyło się 14 września, potem projektem zajmowała się komisja finansów publicznych, następnie stworzona specjalnie do tego podkomisja, w której był poseł Wójcikowski. Jego poprawki były jednak odrzucane, a 14 i 15 grudnia odbyły się dwa kolejne czytania i głosowanie. 16 grudnia bez poprawek ustawę przyjął Senat i tego dnia trafiła na biurko prezydenta, który podpisał ją 28 grudnia. Choć ustawa niedługo ma wejść w życie, to z funkcji prezesa Totalizatora zaledwie po 10 miesiącach pracy zrezygnował Łukasz Łazarewicz. Poinformował o tym w oświadczeniu z 7 lutego, w którym wyliczał pasmo swoich sukcesów na stanowisku.(PAP)

Sondaż: blisko połowa Polaków uważa, że przyjęcie euro byłoby czymś złym

Niemal połowa Polaków (49 proc.) uważa, że przyjęcie przez Polskę euro byłoby czymś złym - wynika z sondażu Kantar Public. Zdecydowana większość badanych (64 proc.) sądzi ponadto, że wejście naszego kraju do strefy euro wpłynęłoby niekorzystnie na ich sytuację materialną.

Według sondażu, tylko co dziesiąty badany (11 proc.) uważa, że przyjęcie przez Polskę wspólnej waluty europejskiej byłoby czymś dobrym. Z kolei jedna piąta ankietowanych (23 proc.) twierdzi, że zamiana złotówki na euro nie będzie ani czymś dobrym, ani złym. Co szósty badany (17 proc.) nie wypowiada jednoznacznej opinii na ten temat.

Kantar Public zwraca jednak uwagę, że w grudniu spadł odsetek osób negatywnie odnoszących się do możliwości wprowadzenia euro w Polsce. Zwiększył się natomiast udział badanych neutralnie nastawionych do przyjęcia euro (o 7 punktów procentowych).

Zgodnie z badaniem, zdecydowana większość Polaków uważa, że wprowadzenie wspólnej waluty wpłynęłoby na kondycję finansową gospodarstw domowych. Przeważają jednak opinie (64 proc.), że byłby to wpływ niekorzystny. Przeciwnego zdania jest co dziesiąty badany.

Siedem procent ankietowanych jest za to zdania, że przyjęcie euro nie miałoby wpływu na sytuację ich gospodarstw domowych. 19 proc. Polaków nie ma sprecyzowanej opinii na ten temat. Sondażownia informuje, że w porównaniu do wyników z czerwca br., w grudniu wzrósł odsetek osób niezdecydowanych w ocenie ew. wpływu wprowadzenia euro na sytuację gospodarstw domowych (o 6 punktów procentowych).

Połowa respondentów (51 proc.) twierdzi też, że przystąpienie do strefy euro miałoby niekorzystny wpływ na polską gospodarkę. Co piąty badany (18 proc.) jest przeciwnego zdania, a 6 proc. sądzi, że przyjęcie waluty euro nie miałoby wpływu na polską gospodarkę. Co czwarty ankietowany (25 proc.) nie ma sprecyzowanej opinii na ten temat.

W porównaniu z badaniem z czerwca, zmniejszył się udział osób oceniających korzystnie ew. wpływ waluty euro na polską gospodarkę (o 3 punkty procentowe). Wzrósł natomiast odsetek odpowiedzi "trudno powiedzieć" - (o 5 punktów procentowych).

Z badania wynika, że nieco ponad połowa respondentów (52 proc.) uważa, że przyjęcie wspólnej waluty byłoby niekorzystne dla poczucia tożsamości narodowej. Co szósty respondent (17 proc.) sądzi, że przyjęcie waluty euro nie będzie miało na to wpływu, a 11 proc. ankietowanych uważa, że wpływ ten byłby korzystny. Co piąty pytany (20 proc.) nie ma sprecyzowanej opinii na ten temat.

Zdaniem 45 proc. ankietowanych, nasz kraj nigdy nie powinien wstępować do strefy euro. Z kolei według 7 proc. powinno to się stać w ciągu najbliższych 5 lat, w ocenie 10 proc. respondentów euro powinniśmy przyjąć za ok. 6 do 10 lat; 16 proc. Polaków chce, by stało się to nie wcześniej niż za 10 lat. Blisko jedna czwarta ankietowanych (22 proc.) nie ma zdania na ten temat.

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 2–7 grudnia na ogólnopolskiej, reprezentatywnej próbie 1051 mieszkańców Polski, w wieku 15 i więcej lat. (PAP)

 
Image

Świetna aplikacja! Pobierz!

Image
Image

Jesteś świadkiem ciekawych wydarzeń?

Zarejestruj się i podziel się swoją historią

Zostań autorem
Image
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo

Korzystając z naszej strony, wyrażasz zgodę na wykorzystywanie przez nas plików cookies - Polityka prywatności. Zaktualizowaliśmy naszą politykę przetwarzania danych osobowych - RODO. Więcej dowiesz się TUTAJ.