Hide
BĄDŹ NA BIEŻĄCO!
Follow on Facebook
Facebook
Show
Sun, Apr 11, 2021

Biznes

Biznes

All Stories

UE szykuje się do negocjacji budżetowych, jakich nie było nigdy wcześniej

W uzgodnionym w środę unijnym funduszu odbudowy o wartości 750 miliardów euro nadal pozostaje kilka nierozstrzygniętych kwestii, a fakt, że jest on powiązany z przyszłym budżetem powoduje, iż negocjacje będą bezprecedensowe, ocenia w czwartek "Financial Times". Jak dodaje gazeta, Włochy mogłyby się ubiegać o prawie 82 mld euro, Hiszpania o 77 mld, Francja o 39 mld a Polska - 38 mld.

"Ursula von der Leyen objęła urząd w zeszłym roku, wiedząc, że stoi w obliczu ostrej walki o kolejny siedmioletni budżet UE, ale nigdy nie mogła sobie wyobrazić, że tak będzie. To, co zawsze miało być przedłużającym się targowaniem się przywódców UE, stało się teraz pytaniem o to, jak bardzo blok jest skłonny pomóc regionom najbardziej dotkniętym przez pandemię - i jak to zrobić" - pisze "FT".

"FT" przypomina, że o przyszły siedmioletni budżet państwa UE spierają się od 2018 r., a jeszcze w lutym, przed pandemią przywódcy spędzili dwa dni w Brukseli spierając się o ułamek punktu procentowego, tymczasem teraz przewodnicząca KE prosi ich o poparcie tego, co określiła jako odważny krok naprzód i co zwiększy budżetową siłę ognia o ponad dwie trzecie. Jednocześnie wiążąc fundusz - nazwany "Next Generation EU" - z trwającymi negocjacjami budżetowymi, von der Leyen stworzyła rozległą przestrzeń, na której rządy mogą się targować w trakcie starań o porozumienie.

"FT" wylicza cztery główne pytania, jakie pozostają do rozstrzygnięcia. Pierwsze to kwestia tego, czy pieniądze te są pożyczkami, czy też grantami. "Pomysł, aby pozwolić Komisji na pożyczanie pieniędzy i wypłacanie ich w formie dotacji, jest jednak bardzo niekomfortowy dla państw oszczędnych (Holandii, Austrii, Szwecji i Danii - PAP), ponieważ pachnie to finansowaniem deficytu" - pisze "FT".

Gazeta wskazuje, że kompromisem mogłoby być osłabienie komponentu dotacji i wzmocnienie części pakietu, którą stanowią pożyczki. Może być połączone z wyraźnym zapewnieniem, że fundusz naprawczy jest programem krótkotrwałym i tymczasowym, a także z zaostrzeniem warunków dotyczących grantów oraz zapewnieniami w kwestii przyszłego unijnego budżetu.

Drugie pytanie dotyczy tego, jak te wszystkie nowe zobowiązania UE zostaną spłacone. Jak pisze "FT", Komisja ma gotową odpowiedź na to pytanie: mianowicie, aby państwa członkowskie stworzyły pakiet nowych podatków i opłat oraz przekazały Komisji dochody jako "zasoby własne". Ale jak zwraca uwagę dziennik, ministerstwa finansów państw członkowskich tradycyjnie są niechętne temu, by zgodzić się na nowe źródła dochodów dla UE, a teraz ich finanse znajdują się pod jeszcze większą presją. Alternatywą mogłoby być zacieśnienie przyszłych budżetów UE i obcięcie niektórych priorytetów kosztem spłacania długów.

Trzecia kwestia to warunki, na jakich te pieniądze miałyby być przekazywane. Jak pisze "FT", lwia część kwoty 750 mld euro zostanie przeznaczona na specjalny instrument na rzecz odbudowy i odporności, który będzie miał uprawnienia do wypłacania dotacji i pożyczek. Miałby on zadanie dopilnować, aby wydatki odpowiadały priorytetom UE i były zgodne z zaleceniami, które Bruksela przekazuje rządom w ramach corocznego przeglądu krajowych planów wydatków. Rządy przedstawiłyby pakiety proponowanych reform i inwestycji, które musiałyby zostać podpisane przez Brukselę, ale także przez inne państwa, zanim możliwe będzie odblokowanie środków. Niektóre z państw północnych już teraz przygotowują się do żądania bardziej rygorystycznych reform jako jednego z warunków wsparcia programu.

Wreszcie jest kwestia tego, w jaki sposób te pieniądze miałyby być dzielone pomiędzy państwa członkowskie, bo klucza podziału Bruksela jeszcze nie ujawniła. Według schematu podziału przywoływanego przez "FT", Włochy mogłyby się ubiegać o prawie 82 mld euro, Hiszpania o 77 mld, Francja o 39 mld, Polska - 38 mld, ale np. Niemcy o 29 mld. Jednak duża część pożyczonych środków nie została jeszcze rozdzielona dla poszczególnych państw członkowskich, ponieważ jest ona przeznaczona na inne programy UE, w tym na mechanizm wsparcia wypłacalności przedsiębiorstw oraz program inwestycji strategicznych.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Easyjet zwolni 30 proc. personelu, około 4,5 tys. pracowników

Brytyjskie linie lotnicze Easyjet poinformowały w czwartek, że planują zwolnienie 30 proc. personelu, czyli około 4,5 tys. z ponad 15 tys. pracowników, oraz zmniejszenie flotę samolotów, by dostosować się do zmian na rynku w konsekwencji pandemii koronawirusa.

Niskokosztowy przewoźnik, który zatrudnia pracowników w ośmiu krajach europejskich, zapowiada podjęcie w najbliższych dniach konsultacji z personelem w sprawie restrukturyzacji.

Firma ma zamiar zmniejszyć liczbę samolotów do ok. 302 maszyn, czyli o około 50 mniej niż przewidywana flota, która miała obsługiwać połączenia Easyjet w 2021 roku według planów sprzed pandemii.

Dyrektor wykonawczy linii Johan Lundgren powiedział, że firma nie planuje podniesienia kapitału, ale rozważy takie rozwiązanie w przyszłości, weźmie też pod uwagę inne rozwiązania dotyczące obniżenia kosztów pracy, aby zachować rentowność.

W ubiegłym tygodniu linie poinformowały, że 15 czerwca uruchomią część połączeń w Wielkiej Brytanii i Francji przy zachowaniu zasad bezpieczeństwa związanych z koronawirusem, w tym obowiązku noszenia masek przez załogę i pasażerów.

W czwartek firma ogłosiła, że rezerwacje poczynione już na tegoroczne lato napawają optymizmem. Easyjet zakłada jednak, że liczba połączeń, jakie wykona od lipca do września, wyniesie tylko 30 proc. lotów z lata 2019 roku, a powrót do normalnego poziomu funkcjonowania nastąpi dopiero w 2023 roku.

Samoloty Easyjet są uziemione od marca ze względu na pandemię Covid-19, firma zamierza jednak wznowić najpierw połączenia krajowe, a potem będzie rozszerzać ofertę.

W połowie kwietnia linie Easyjet poinformowały, że dzięki dwóm kredytom są w stanie przetrwać dziewięć miesięcy z zakazem lotów.(PAP)

Obraz Hugo Petitjean z Pixabay 

Pracownicy Dysona odmówili powrotu z pracy zdalnej

Brytyjska firma Dyson - znana przede wszystkim z produkcji odkurzaczy - poleciła pracownikom powrót do pracy stacjonarnej wbrew rządowym zaleceniom, po czym na skutek ich buntu, po jednym dniu wycofała się z tego - podał w czwartek dziennik "The Guardian".

Według rządowych wytycznych w kwestii zwalczania epidemii koronawirusa, tam, gdzie jest to możliwe, ludzie nadal powinni pracować z domu, natomiast pracodawcy powinni podjąć wszelkie wysiłki, by to umożliwić.

Tymczasem według kilku źródeł, na które powołuje się gazeta, pracownicy Dysona w zeszłym tygodniu zostali poinformowani mailowo, że od poniedziałku powinni wrócić do pracy w systemie rotacyjnym. Na dodatek pierwszy z maili w tej sprawie został wysłany w piątek po godzinach pracy, co nie pozostawiło pracownikom - także tym z dziećmi lub mającymi w rodzinie osoby wymagające opieki - na przygotowanie się do tej sytuacji.

Napisano w nim, że firma "ponownie otworzyła nasz brytyjski kampus" i personel zostanie podzielony na dwa rotacyjne zespoły, pracujące na przemian w domu i w biurze. To oznaczałoby, że niektórzy pracownicy musieliby podróżować do fabryk firmy w Hullavington i Malmesbury w hrabstwie Wiltshire, nawet jeśli mogliby pracować w domu.

Następnego dnia wysłany został jeszcze jeden mail, tym razem informujący, że firma ponownie zastanowiła się nad praktyczną stroną tego rozwiązania i zdecydowała się nie wcielać w życie poprzedniej propozycji. Jak twierdzi "The Guardian", do wycofania się z pomysłu zmusiła kierownictwo Dysona wściekła reakcja pracowników.

Założycielem i właścicielem firmy jest wynalazca i przedsiębiorca James Dyson, który w zeszłym tygodniu awansował w dorocznym rankingu "The Sunday Times" na pierwsze miejsce na liście najbogatszych ludzi w Wielkiej Brytanii. Jego majątek wyceniono na 16,2 mld funtów. Dyson był jednym z tych biznesmenów - będących w mniejszości - którzy przed referendum z 2016 r. poparli wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. W czasie epidemii koronawirusa firma aktywnie odpowiedziała na rządowy apel do przedsiębiorstw technologicznych o włączenie się w produkcję respiratorów.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Sprzedaż detaliczna spadła o ponad 18 proc., rekordowy udział internetu

Sprzedaż detaliczna w Wielkiej Brytanii w kwietniu spadła o ponad 18 proc., co jest absolutnym rekordem, natomiast sprzedaż przez internet wzrosła do najwyższego poziomu w historii - podał w piątek brytyjski urząd statystyczny ONS.

Spadek mierzony wolumenem kupionych towarów wyniósł 18,1 proc. w stosunku do marca, a mierzony wartością towarów - 18,7 proc., przy czym już w marcu - gdy w jego ostatnim tygodniu zaczęły obowiązywać ograniczenia związane z koronawirusem - zanotowano ponad 5-procentowe spadki w sprzedaży. W kwietniu 2020 r. w stosunku do kwietnia 2019 r. spadek mierzony wolumenem towarów wynosiły 22,6 proc., a wartością towarów - 23,1 proc. W efekcie sprzedaż detaliczna spadła do poziomu z grudnia 2005 r. To największe spadki w historii.

Zgodnie z restrykcjami związanymi z pandemią koronawirusa zamknięte zostały wszystkie sklepy stacjonarne z wyjątkiem tych, które sprzedają niezbędne towary (czyli supermarketów, sklepów spożywczych, aptek, ale także sklepów z alkoholem).

Najmocniej spadła sprzedaż odzieży i obuwia - o 50,2 proc. w stosunku do poprzedniego miesiąca, przy czym już w marcu była ona o prawie 35 proc. niższa niż w lutym. To razem spowodowało, że wielkość sprzedaży w tej kategorii znalazła się na poziomie z marca 1988 r.

Spadki sprzedaży zanotowały niemal wszystkie rodzaje sklepów, włącznie z supermarketami i sklepami spożywczymi, jednak w ich przypadku jest to spowodowane dużymi wzrostami w marcu, gdy ludzie w panice zaczęli kupować niezbędne produkty na czas epidemii. Wyjątkiem są tylko sklepy internetowe, które odnotowały 18-proc. wzrostu sprzedaży oraz sklepy z alkoholem (wzrost o 2,3 proc.).

Udział sprzedaży przez internet w całości sprzedaży detalicznej wzrósł w kwietniu do rekordowego poziomu 30,7 proc. W marcu było to 22,4 proc., co było dotychczasowym rekordem, a w kwietniu 2019 r. - 19,1 proc. Szczególnie mocno wzrosła sprzedaż żywności przez internet - aż o 55,8 proc. w stosunku do marca. W efekcie jej udział we wszystkich zakupach przez internet - mierzony wartością towarów - zwiększył się z 5,7 proc. do 9,3 proc.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz JaHo z Pixabay 

Rząd przyznaje, że możliwe kontrole towarów wysyłanych do Irlandii Płn.

Brytyjski rząd po raz pierwszy przyznał w środę, że może być konieczna pewna forma kontroli towarów wysyłanych do Irlandii Północnej z innych części Zjednoczonego Królestwa, choć nie będzie to tego konieczna budowa nowej fizycznej infrastruktury.

Premier Boris Johnson zapewniał wiele razy, że zawarta przez niego umowa z Unią Europejską w sprawie warunków brexitu nie spowoduje żadnych kontroli w obrocie towarów między Irlandią Północną a resztą kraju. Przed grudniowymi wyborami parlamentarnymi powiedział zaś przedsiębiorcom w Irlandii Północnej, że na Morzu Irlandzkim nie będzie żadnych barier i mogą oni wrzucić wszelkie zgłoszenia celne "do kosza".

W środę brytyjski rząd opublikował dokument wyjaśniający, w jaki sposób ma zamiar wcielić w życie protokół północnoirlandzki, czyli tę część porozumienia z UE, która dotyczy tej prowincji. Zgodnie z umową Irlandia Północna wraz upływem okresu przejściowego wraz z końcem tego roku opuści razem z pozostałą częścią Zjednoczonego Królestwa unię celną z UE, ale pozostanie związania niektórymi regulacjami unijnymi w kwestii obrotu towarami rolnymi i przemysłowymi. Protokół ma wejść w życie w styczniu, niezależnie od tego, czy Wielka Brytania i UE zawrą nową umowę handlową.

"Protokół nie tworzy - ani nie zawiera żadnych przepisów dotyczących tworzenia - jakiejkolwiek granicy międzynarodowej na Morzu Irlandzkim między Wielką Brytanią a Irlandią Północną" - napisano w dokumencie.

Rząd dodał jednak, że będą "pewne ograniczone dodatkowe procedury dotyczące towarów przybywających do Irlandii Północnej" z Wielkiej Brytanii (czyli Anglii, Szkocji i Walii). Jak wynika z przedstawionych w dokumencie planów, towary wwożone do prowincji z pozostałej części Zjednoczonego Królestwa będą podlegały opłatom celnym, ale tylko wtedy, gdy ich ostatecznym punktem przeznaczenia jest Irlandia lub inny kraj bądź jest "wyraźne i znaczne ryzyko, że tak się stanie".

Podkreślono, że w celu tych dodatkowych procedur nie będzie konieczne budowanie nowej infrastruktury celnej, a jedynie rozbudowanie niektórych istniejących punktów kontrolnych dla produktów rolno-spożywczych.

Celem protokołu było zapewnienie, że nie dojdzie do powrotu twardej granicy między Irlandią Północną a Republiką Irlandii, której powrót mógłby podważyć porozumienia pokojowego z 1998 r., kończące w dużej mierze konflikt w Irlandii Północnej.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Sprzedano obligacje rządowe o ujemnej rentowności

Wielka Brytania w środę po raz pierwszy sprzedała obligacje rządowe o ujemnej rentowności. To oznacza, że inwestorzy w faktycznie płacą za możliwość udzielania pożyczek brytyjskiemu rządowi.

Jak podał urząd ds. zarządzania długiem DMO, Wielka Brytania sprzedała trzyletnie obligacje o wartości 3,8 mld funtów przy rentowności minus 0,003 proc. Ujemna stopa zwrotu wskazuje, że inwestorzy, którzy utrzymają dług do terminu zapadalności, otrzymają z powrotem mniej niż zapłacili.

To odzwierciedla rosnące oczekiwania inwestorów, że Bank Anglii może być zmuszony do podjęcia dodatkowych kroków w celu przywrócenia inflacji do zakładanego poziomu 2 proc. W środę rano podano, że inflacja w kwietniu spadła do poziomi 0,8 proc., czyli najniższego od sierpnia 2016 roku.

W marcu Bank Anglii obniżył główną stopę procentową do rekordowo niskiego poziomu 0,1 proc., ale nie zdecydował się na zejście z nią poniżej zera, co jeszcze przed epidemią zrobiły m.in. Europejski Bank Centralny i Bank Japonii.

W 2016 roku Wielka Brytania sprzedała miesięczne obligacje z ujemną rentownością, ale środowa sprzedaż jest pierwszym przypadkiem, by taka sytuacja miała miejsce w przypadku obligacji o dłuższym terminie zapadalności.

Podczas środowej aukcji inwestorzy złożyli oferty na obligacje o wartości 8,1 mld funtów, co oznacza, że popyt przewyższył podaż 2,15-krotnie. Jak zwraca uwagę "Financial Times", duży popyt dowodzi atrakcyjności brytyjskich obligacji, od dawna uważanych za bezpieczną przystań ze względu na wiarygodność kredytową Wielkiej Brytanii. Sugeruje on również, że obawy związane z dużym wzrostem pożyczek zaciągniętych przez Wielką Brytanię w związku z pandemią Covid-19 nie odbiły się jeszcze na zainteresowaniu inwestorów brytyjskimi obligacjami.

Jak przewiduje brytyjskie Biuro Odpowiedzialności Budżetowej (OBR) z powodu podjętych przez rząd działań mających łagodzić gospodarcze skutki epidemii, dług publiczny kraju może przekroczyć w tym roku 100 proc. PKB, podczas gdy wcześniej prognozowano, że w roku finansowym 2020/21 wyniesie on 77 proc. PKB.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz Ahmad Ardity z Pixabay 

Rolls-Royce zwolni 9 tys. pracowników

Brytyjski koncern Rolls-Royce produkujący m.in. silniki lotnicze ogłosił w środę, że zamierza zwolnić co najmniej 9 tys. z 52 tys. pracowników i być może zamknie niektóre fabryki ze względu na kryzys w branży wywołany pandemią koronawirusa.

"Chodzi o dostosowanie naszych możliwości do zaspokojenia przyszłego popytu" - powiedział prezes przedsiębiorstwa Warren East w radiu BBC.

Rolls-Royce dostarcza silniki do dużych samolotów pasażerskich, takich jak Boeing 787 czy Airbus A350, a linie lotnicze płacą firmie za każdą wylataną godzinę. Oznacza to, że przedsiębiorstwo bardzo ucierpiało na gwałtownym spadku realizowanych połączeń lotniczych, który prawdopodobnie utrzyma się jeszcze przez kilka lat - podkreśla agencja Reutera.

Produkcja lotnicza odpowiada za ponad połowę rocznych przychodów koncernu, które w zeszłym roku wyniosły ok. 15 mld funtów, a Rolls-Royce już zapowiedział, że przewidywane zwolnienia będą obejmowały głównie pracowników działu zajmującego się produkcją na potrzeby lotnictwa cywilnego.

Redukcje obejmą 17 proc. obecnych pracowników, a ich koszt ma wynieść ok. 800 mln funtów. Operacja ma dać oszczędności rzędu 1,3 mld funtów rocznie, a jej szczegóły będą konsultowane ze związkami zawodowymi.

Siedziba koncernu znajduje się w Derby w Anglii i to tam pracuje około dwóch trzecich zatrudnionych w dziale lotnictwa cywilnego. Zwalniani mają być także pracownicy administracyjni i pomocniczy, Rolls-Royce nie przewiduje natomiast redukcji etatów w części przedsiębiorstwa produkującej na rzecz przemysłu zbrojeniowego.

Brytyjski minister sprawiedliwości Robert Buckland zapytany o to, czy rząd zamierza w jakiś sposób pomóc firmie odpowiedział, że "na pewno będziemy musieli współpracować z tym pracodawcą i rozważać wszystkie możliwości". Dodał, że należy patrzeć nie tylko na samego Rolls-Royce'a, ale na cały związany z nim łańcuchami dostaw sektor i zrobić wszystko, aby pomóc temu ważnemu i zaawansowanemu technicznie działowi brytyjskiej gospodarki.(PAP)

Obraz 2427999 z Pixabay 

Rząd upraszcza i obniża stawki celne po brexicie

Rząd Wielkiej Brytanii przedstawił we wtorek nowy reżim celny, który będzie obowiązywał po zakończeniu okresu przejściowego po wyjściu kraju z Unii Europejskiej. Jest on znacznie prostszy niż unijny i w większości przypadków oznacza obniżenie stawek celnych.

Do końca 2020 r. Wielka Brytania pozostaje związana unijnym zharmonizowanym reżimem celnym. Od 2021 r. może sama określać stawki celne, przy czym przedstawione we wtorek stawki dotyczyć będą tylko handlu z tymi krajami, z którymi Londyn nie zawrze umowy o wolnym handlu. Rozmowy o takich umowach prowadzi obecnie z Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi i chce je zawrzeć przed końcem roku, a celem rządu Borisa Johnsona jest to, by do 2022 r. umowy o wolnym handlu obejmowały 80 proc. brytyjskiego handlu.

"Po raz pierwszy od 50 lat jesteśmy w stanie ustanowić własny reżim celny, który jest dopasowany do brytyjskiej gospodarki. Nasz nowy globalny reżim celny przyniesie korzyści brytyjskim konsumentom i gospodarstwom domowym poprzez ograniczenie biurokracji i zmniejszenie kosztów tysięcy produktów codziennego użytku. Dzięki temu prostemu podejściu wspieramy brytyjski przemysł i pomagamy przedsiębiorstwom przezwyciężyć bezprecedensowe wyzwania gospodarcze, jakie stwarza koronawirus" - oświadczyła minister handlu międzynarodowego Liz Truss.

Jak podkreślono, nowy system będzie znacznie prostszy niż unijny, bo eliminuje tysiące przypadków, gdy nieznacznie różniące się typy produktów obłożone są różnymi stawkami celnymi, a także automatycznie znosi wszystkie cła poniżej 2 proc., które są przede wszystkim obciążeniem biurokratycznym. Ponadto wartość cła będzie podawana w funtach, a nie w euro, co z punktu widzenia brytyjskich importerów eliminuje dodatkowe różnice kursowe.

Nowy reżim celny znosi cła na import produktów o wartości 62 miliardów funtów, z czego około 30 mld to import produktów używanych w produkcji, zaś reszta - produktów konsumenckich. Zniesione zostaną cła na takie produkty jak zmywarki do naczyń i zamrażarki, farby i śrubokręty, produkty sanitarne i tampony, niektóre produkty do gotowania czy choinki. To oznacza, że ich ceny mogą spaść o kilka procent.

Pozostawione zostaną natomiast cła na obecnym poziomie na samochody, produkty rolne, takie jak wołowina, jagnięcina, drób czy masło, a także na większość produktów ceramicznych i szklanych, czyli w sektorach, w których zniesienie ceł mogłoby zaszkodzić brytyjskim producentom.

W efekcie tych zmian do ok. 60 proc. brytyjskiego importu będzie sprowadzanych bez cła lub po preferencyjnych stawkach, podczas gdy obecnie, w ramach zharmonizowanych unijnych stawek, jest to 47 proc.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz Pexels z Pixabay 

Epidemia zmniejszyła majątki najbogatszych, James Dyson liderem rankingu

Wynalazca i przedsiębiorca James Dyson z majątkiem w wysokości 16,2 mld funtów jest najbogatszym człowiekiem w Wielkiej Brytanii, ale z powodu epidemii stan posiadania najbogatszych się zmniejszył - wynika z opublikowanego w niedzielę dorocznego rankingu "Sunday Times".

Majątek Dysona zwiększył się w ciągu minionego roku o 3,6 mld funtów, dzięki czemu awansował z piątego na pierwsze miejsce na liście. 72-letni Dyson zasłynął przede wszystkim jako wynalazca odkurzacza bezworkowego, który wszedł na rynek w 1993 r., ale założona i należąca do niego firma Dyson Ltd. produkuje także cały szereg innych sprzętów, takich jak bezprzewodowe suszarki do rąk, suszarki do włosów, wentylatory, odświeżacze powietrza. Dyson był jednym z tych biznesmenów - będących w mniejszości - którzy przed referendum z 2016 r. poparli wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.

Liderujący zeszłorocznemu rankingowi pochodzący z Indii bracia Sri i Gopi Hinduja stracili nie tylko pozycję liderów, ale także ich majątek zmniejszył się o 6 mld funtów i wynosi obecnie 16 mld. Tyle samo stracił liderujący w 2018 r. Jim Radcliffe, założyciel i główny udziałowiec koncernu chemicznego Ineos, który teraz jest na piątym miejscu (12,15 mld). Pierwszą piątkę uzupełniają jeszcze bracia David i Simon Reuben, którzy zajmują się głównie nieruchomościami (16 mld) oraz urodzony w Odessie biznesmen z obywatelstwem brytyjskim i amerykańskim Len Blavatnik (15,78 mld).

Wskutek epidemii koronawirusa więcej na liście jest osób, których majątek się zmniejszył w porównaniu z zeszłym rokiem niż wzrósł. Łączny stan posiadania 1000 najbogatszych mieszkańców Wielkiej Brytanii zmniejszył się o 3,7 proc., co jest pierwszym takim przypadkiem od czasu globalnego kryzysu finansowego sprzed dekady.

"Od czasu kryzysu finansowego w latach 2008-09 najbogatsi ludzie w Wielkiej Brytanii stawali się coraz bogatsi. Covid-19 zakończył ich złoty okres. Tegoroczna lista najbogatszych przedstawia obraz Wielkiej Brytanii na skraju katastrofy - dwa miesiące po zamknięciu, a już miliardy funtów wyparowały. Można nie lubić superbogatych, ale trudno zaprzeczyć, że nasza gospodarka będzie potrzebować miejsc pracy, które oni tworzą i podatków, które płacą oni i ich firmy, jeśli mamy uciec od przedłużającej się recesji przedłużającej niedolę milionów" - skomentował Robert Watts, który sporządził tegoroczną listę "Sunday Times".

Spośród kobiet najwyżej na liście - na szóstym miejscu razem z bratem - jest Szwedka Kirsten Rausing, która ma jedną trzecią udziałów w należącej do rodziny firmie produkującej opakowania Tetra Pak.

Brytyjska królowa Elżbieta II jest na 372. miejscu - jej majątek "Sunday Times" szacuje na 350 mln funtów.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz PublicDomainPictures z Pixabay 

Barnier: kolejna runda negocjacji w sprawie relacji z W. Brytanią rozczarowująca

Główny negocjator UE Michel Barnier poinformował w piątek, że kolejna, trzecia runda negocjacji z Wielką Brytanią w sprawie jej relacji z Unią po brexicie była rozczarowująca. Ocenił, że oczekiwania Brytyjczyków są "nierealistyczne" i muszą oni "zmienić strategię".

Barnier oświadczył, że oczekiwania Brytyjczyków, że będą mogli korzystać z wszelkich przywilejów wynikających z unii celnej i jednolitego rynku bez podlegania zasadom, które obowiązują państwa UE, są po prostu "nierealistyczne".

"Dlatego zaproponowałem Brytyjczykom zmianę taktyki, strategii, jeśli w ogóle chcą zawrzeć z nami porozumienie. Nie zawrzemy umowy za wszelką cenę. Nigdy nie zawrzemy umowy ze szkodą dla unii celnej i jednolitego rynku" - powiedział negocjator UE.

Wielka Brytania opuściła Unię Europejską 31 stycznia. Obecnie, w okresie przejściowym, czyli do końca 2020 roku, strony starają się wynegocjować umowę w sprawie przyszłych relacji. W tym czasie Zjednoczone Królestwo jest wprawdzie poza instytucjami unijnymi, ale faktycznie stosuje się do praw i obowiązków oraz korzysta z przywilejów UE, w tym z uczestnictwa w jednolitym rynku.

Barnier powiedział, że UE jest gotowa na scenariusz braku mowy o przyszłych relacjach z Wielką Brytanią, czyli twardy brexit i przyspieszyła przygotowania do takiego scenariusza. W jego opinii konsekwencje brexitu są ciągle "niedoszacowane" przez Brytyjczyków.

Główne sporne kwestie to rozwiązania, które miałyby zapewnić równe warunki działania dla przedsiębiorstw po obu stronach kanału La Manche, ramy zarządzania przyszłym porozumieniem, w tym rolę Trybunału Sprawiedliwości UE oraz kwestię rybołówstwa.

Barnier powiedział na piątkowej konferencji, że nie będzie umowy bez porozumienia w sprawie "równych warunków" i rybołówstwa. "Nie będziemy handlować naszymi wartościami dla korzyści brytyjskiej gospodarki" - wskazał.

Dodał, że UE nie pozwoli krajowi trzeciemu ustalać warunków dostępu do jednolitego rynku. Powiedział też, że w kwestii negocjacji "nie jest optymistą", ale kolejna runda musi przynieść postępy, jeśli strony mają wyjść z impasu w tych rozmowach.

W czerwcu ma nastąpić przegląd dotychczasowych postępów w negocjacjach z udziałem przywódców. Dotychczasowe pertraktacje nie przyniosły przełomu.

Jeśli nie dojdzie do zawarcia umowy przed końcem roku, to obie strony czeka ekonomiczny brexit, oznaczający m.in. konieczność przywrócenia ceł i kwot taryfowych we wzajemnym handlu oraz granicy między Irlandią, a Irlandią Północną.

Zawarcie porozumienie musi nastąpić odpowiednio wcześniej, aby dać czas parlamentom obu stron na procedurę ich ratyfikacji. Z tego względu obie strony jeszcze w zeszłym roku umówiły się na przegląd postępów w czerwcu.

Negocjacje w tym tygodniu dotyczyły m.in. handlu dobrami, usługami, inwestycji, rybołówstwa, zasad dla przedsiębiorstw, które miałyby zapewnić uczciwą konkurencję, energii oraz współpracy sądowniczej i nadzoru nad wdrażaniem porozumienia.

Z Brukseli Łukasz Osiński (PAP)

"FT": rząd spiera się o cła na produkty rolne z USA

W brytyjskim rządzie narasta spór, czy w ramach rozpoczętych w zeszłym tygodniu negocjacji ze Stanami Zjednoczonymi w sprawie umowy handlowej znacząco obniżyć cła na produkty rolne z tego kraju - pisze w czwartek "Financial Times".

Według gazety minister handlu międzynarodowego Liz Truss, która nadzoruje negocjacje z USA, przygotowuje duży pakiet ustępstw mający skłonić Amerykanów do szybkiego zawarcia umowy. Jednym z głównych punktów tego pakietu miałoby być znaczące obniżenie ceł na amerykańskie produkty rolne.

Temu jednak sprzeciwia się minister środowiska, żywności i spraw wiejskich George Eustice, który przekonuje, że zaszkodzi to brytyjskim farmerom. Jego obiekcje podziela też Michael Gove, wpływowy minister bez teki. Jak pisze "FT", w ministerstwie środowiska (DEFRA) panują obawy, że obniżenie ceł na produkty rolne może być pierwszym krokiem do ustępstw negocjacyjnych w kwestii standardów żywnościowych, które w Wielkiej Brytanii są znacznie wyższe niż w USA.

"Eustice i DEFRA chcą równych szans w zakresie dobrostanu zwierząt. DEFRA twierdzi, że nie można obniżyć taryf celnych dla amerykańskiego rolnictwa, gdy produkuje ono po znacznie niższych kosztach ze względu na ich standardy dobrostanu" - mówi cytowane przez "FT" źródło rządowe.

Przedstawiciele ministerstwa handlu międzynarodowego zastrzegają, że żadne decyzje w sprawie obniżek ceł nie zostały jeszcze podjęte. "Negocjacje USA i Wielkiej Brytanii rozpoczęły się dopiero w zeszłym tygodniu - jest zdecydowanie za wcześnie, by mówić o jakichkolwiek zmianach w taryfach. Wyraziliśmy się jasno, że dojdziemy do porozumienia, które będzie korzystne dla całej Wielkiej Brytanii, w tym dla naszych rolników. A wszelkie umowy handlowe muszą być na zasadzie wzajemności" - mówi urzędnik tego resortu.

Na początku zeszłego tygodnia brytyjscy i amerykańscy negocjatorzy rozpoczęli rozmowy - w formie wideokonferencji - w sprawie umowy handlowej. Obie strony deklarują, że chcą, by została ona zawarta przed końcem roku, tak, aby mogła wejść w życie 1 stycznia 2021 r., wraz z upływem okresu przejściowego, któremu Wielka Brytania podlega po wyjściu z Unii Europejskiej. Londyn chciałby, aby tę umowę zawrzeć jeszcze szybciej - przed listopadowymi wyborami prezydenckimi w USA, gdyż obawia się, że jeśli nastąpi zmiana w Białym Domu, nowa administracja może mieć zupełnie inne podejście do kwestii umowy.

Rządząca Partia Konserwatywna w programie przed grudniowymi wyborami parlamentarnymi zawarła obietnicę, że dążąc do zawarcia nowych umów handlowych po brexicie nie będzie obniżała standardów ochrony środowiska, bezpieczeństwa żywności czy dobrostanu zwierząt. Musi się także liczyć z głosami farmerów, którzy są dla niej ważną grupą wyborców i niemal jednomyślnie poparli brexit. Zarazem jeśli brexit ma się okazać sukcesem, to niezbędnym warunkiem tego jest zawarcie umów handlowych z najważniejszymi partnerami handlowymi.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz Kai Pilger z Pixabay 

Pomoc finansowa rządu dla operatora komunikacji miejskiej w Londynie

Transport for London (TfL), miejska spółka zarządzająca komunikacją w brytyjskiej stolicy, dostanie od rządu pomoc finansową w wysokości 1,6 miliarda funtów, która pozwoli na kursowanie metra i autobusów do września - poinformowano w czwartek wieczorem.

Wcześniej burmistrz Londynu Sadiq Khan ostrzegał, że jeśli w czwartek do końca dnia TfL nie dostanie pomocy, spółka będzie zmuszona ograniczyć kursowanie metra i autobusów, a samo TfL może ogłosić bankructwo. We wtorek TfL informował, że wskutek koronawirusa stracił 90 proc. przychodów i spodziewa się w tym roku straty w wysokości 4 miliardów funtów.

Zgodnie z zawartym porozumieniem, Khan obiecał przywrócić normalne kursowanie metra tak szybko, jak to jest możliwe. Według stacji BBC zapowiedział on także, że w przyszłości podniesie ceny biletów o 1 proc. powyżej inflacji. Zgodził się ponadto na długookresowy przegląd finansów TfL, a także na rozmieszczenie w pojazdach komunikacji miejskiej rządowych komunikatów w sprawie epidemii koronawirusa. Porozumienie przewiduje, że 500 mln funtów z tej pomocy będzie miało formę pożyczki.

Złożona przez Khana propozycja podwyżki cen biletów jest sprzeczna ze złożoną przez niego obietnicą wyborczą, zgodnie z którą koszty transportu nie będą rosły ponad wskaźnik inflacji. Zaplanowane na początek maja wybory burmistrza Londynu, w których reprezentujący Partię Pracy Khan miał się ubiegać o reelekcję, z powodu koronawirusa zostały przełożone na przyszły rok.

Po wprowadzeniu pod koniec marca przez rząd restrykcji w celu zatrzymania epidemii koronawirusa, w tym m.in. zakazu wychodzenia z domów i przemieszczania się bez potrzeby, komunikacja miejska w Londynie zaczęła kursować według ograniczonego rozkładu.

Jak informował TfL, liczba pasażerów w autobusach spadła o 85 proc., zaś w metrze o 95 proc. w porównaniu z analogicznym okresem zeszłego roku. Ponadto ok. 7000 osób, czyli jedna czwarta wszystkich pracowników, została wysłana na urlopy, dzięki czemu spółka mogła skorzystać z rządowego programu subsydiowania 80 proc. ich pensji.

Mimo tych oszczędności koszty TfL są nadal duże - funkcjonowanie komunikacji miejskiej w tak ograniczonym zakresie jak obecnie pochłania ok. 600 milionów funtów miesięcznie.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

 

foto : twitter / Tfl

Wydatki rządu w odpowiedzi na epidemię wyniosą 123,2 mld funtów

Działania brytyjskiego rządu podjęte w odpowiedzi na epidemię koronawirusa będą kosztować 123,2 mld funtów, z czego 40 proc. zostanie wydane na subsydiowanie pensji urlopowanych pracowników - poinformowało w czwartek Biuro Odpowiedzialności Budżetowej (OBR).

OBR uaktualniło swoją prognozę kosztów w związku z ogłoszeniem we wtorek przez ministra finansów Rishiego Sunaka, że program subsydiowania pensji zostaje wydłużony o kolejne cztery miesiące - do końca października. Poprzednio koszt podjętych przez rząd działań wyliczano na 103,7 mld funtów.

Zwiększone wydatki z budżetu oraz mniejsze wpływy z podatków spowodują, że w bieżącym roku finansowym 2020-2021 deficyt budżetowy wyniesie 298,4 mld funtów - przewiduje OBR. Miesiąc wcześniej, w poprzedniej prognozie, wielkość deficytu szacowano na 273 miliardy, zaś w marcu - zanim podjęto radykalne środki w celu zatrzymania epidemii - OBR przewidywał, że wyniesie on 55 miliardów.

Deficyt na poziomie 298,4 mld funtów oznacza, że będzie on stanowił 15,2 proc. PKB, co byłoby najwyższym poziomem od czasu II wojny światowej. W roku finansowym 2018-2019 brytyjski deficyt wyniósł 1,8 proc. Wzrośnie także dług publiczny, który w bieżącym roku finansowym sięgnie 95,8 proc. PKB, podczas gdy w roku 2018-2019 było to 80,8 proc.

OBR wylicza, że koszt rządowego programu subsydiowania pensji urlopowanych pracowników wyniesie 50 mld funtów, a nie 39 mld, jak przewidywano przed jego przedłużeniem. W ramach programu pracodawcy, którzy mimo negatywnych skutków epidemii dla ich działalności nie zwolnią pracowników, ale wyślą ich na urlopy, mogą zwrócić się o zrefundowanie z rządowego funduszu 80 proc. wynagrodzenia - do kwoty 2500 funtów brutto miesięcznie.

To najkosztowniejsza pozycja w rządowych działaniach podjętych w odpowiedzi na epidemię - pozostałą część uzupełniają m.in. zwiększone wydatki na służbę zdrowia, subsydiowanie transportu, zwiększone transfery dla władz lokalnych oraz władz Szkocji, Walii i Irlandii Północnej, a także program pomocy dla samozatrudnionych, granty dla małych firm, gwarancje kredytowe i ulgi podatkowe dla przedsiębiorstw.

Szacunki OBR opierają się na założeniu, że w II kwartale tego roku brytyjskie PKB skurczy się o 35 proc. To większy spadek niż zakładają ministerstwo finansów oraz Bank Anglii.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz PublicDomainPictures z Pixabay 

 
Image

Świetna aplikacja! Pobierz!

Image
Image

Jesteś świadkiem ciekawych wydarzeń?

Zarejestruj się i podziel się swoją historią

Zostań autorem
Image
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo

Korzystając z naszej strony, wyrażasz zgodę na wykorzystywanie przez nas plików cookies - Polityka prywatności. Zaktualizowaliśmy naszą politykę przetwarzania danych osobowych - RODO. Więcej dowiesz się TUTAJ.