Hide
BĄDŹ NA BIEŻĄCO!
Follow on Facebook
Facebook
Show
Mon, Aug 2, 2021

Biznes

Biznes

All Stories

Spadek PKB w pierwszym kwartale był największy od 1979 r.

Brytyjski PKB skurczył się w pierwszym kwartale tego roku mocniej niż początkowo szacowano - o 2,2 proc., co jest najgorszym wynikiem od trzeciego kwartału 1979 r., poinformował we wtorek urząd statystyczny ONS.

Ogłoszone w połowie maja wstępne wyliczenia wskazywały na spadek PKB o 2 proc., co byłoby najgorszym od 2008 r., gdy rozpoczynał się kryzys finansowy.

"Nasz bardziej szczegółowy obraz gospodarki w pierwszym kwartale pokazał, że PKB skurczył się nieco mocniej niż początkowo szacowano. Wszystkie główne sektory gospodarki skurczyły się znacząco w marcu w wyniku uderzenia pandemii" - powiedział Jonathan Athow, zastępca głównego statystyka ONS.

Jak sprecyzowano, korekta wynika przede wszystkim z większego niż początkowo wyliczano spadku aktywności w sektorze usług, który wytwarza około trzy czwarte brytyjskiego PKB - zamiast 1,9 proc. skurczył się on o rekordowe 2,3 proc. Nieco mniejsze spadki, niż według wstępnych szacunków, były natomiast w przemyśle i budownictwie - ostatecznie wyniosły one odpowiednio 1,5 proc. oraz 1,7 proc.

Skorygowane dane pokazały także, że w marcu spadek PKB wyniósł nie 5,8 proc., co i tak było wówczas rekordem, lecz o 6,9 proc. Tak duży spadek nastąpił, mimo że ograniczenia z powodu pandemii - które zatrzymały znaczącą część gospodarki - weszły w życie dopiero 23 marca.

Ich efekt był w pełni widoczny dopiero w kwietniu, gdy PKB według wstępnych szacunków spadł aż o 20,4 proc. w stosunku do marca, co jest absolutnie najgorszym miesięcznym wynikiem w historii. Kwietniowe dane mogą za miesiąc również zostać nieco skorygowane, ale nadal pozostaną rekordowymi.

Wobec tego, że stopniowe poluzowywanie ograniczeń zaczęło się dopiero w drugiej połowie drugiego kwartału, jest pewne, że w okresie od kwietnia do czerwca włącznie, spadek PKB będzie jeszcze większy niż 2,2 proc. z pierwszego kwartału. Dwa kolejne kwartały ze spadkiem PKB oznaczać będą zarazem początek recesji.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz David Mark z Pixabay 

Spadek PKB w pierwszym kwartale był największy od 1979 r.

Johnson zapowiada rewolucję infrastrukturalną, aby wyjść z kryzysu

Premier Boris Johnson zapowiedział we wtorek przyspieszenie realizacji projektów infrastrukturalnych, dzięki którym Wielka Brytania wyjdzie z kryzysu spowodowanego epidemią koronawirusa. Jak przekonywał, to jest moment, w którym trzeba być ambitnym.

"Nie możemy nadal być po prostu więźniami kryzysu. Musimy działać szybko, ponieważ już widzimy przyprawiający o zawrót głowy spadek PKB i wiemy, że ludzie martwią się teraz o swoją pracę i swoje przedsiębiorstwa" - mówił Johnson w przemówieniu wygłoszonym w Dudley, przemysłowym mieście w regionie West Midlands.

"To jest moment, aby być ambitnym i wierzyć w Wielką Brytanię" - powiedział, ogłaszając "rewolucję infrastrukturalną".

Tłumaczył, że Wielka Brytania musi wykorzystać obecny moment, aby rozwiązać problemy, które zostały uwypuklone przez epidemię, przede wszystkim nierówność szans, i dlatego plany inwestycyjne - z których spora część została już zapowiedziana w programie wyborczym Partii Konserwatywnej przed grudniowymi wyborami do Izby Gmin - muszą zostać przyspieszone. Hasłem przewodnim rządu ma być "budować, budować, budować".

Inwestycje, które w szczegółach ma w przyszłym tygodniu przedstawić minister finansów Rishi Sunak, opiewają na kwotę 5 mld funtów. Składać się będą na to projekty obejmujące szpitale, szkoły, drogi, linie kolejowe, ale także zalesianie kraju. "Zbudujemy szpitale, zbudujemy szkoły, uczelnie. Ale będziemy budować też w sposób bardziej zielony i zbudujemy piękniejszą Brytanię" - mówił Johnson.

Zapowiedział, że przepisy planistyczne zostaną usprawnione, aby ułatwić i zachęcić do budowania. W ramach propozycji od września pusto stojące sklepy będą mogły być przekształcane w domy bez konieczności składania wniosku o pozwolenie na budowę, a właściciele domów będą mogli je rozbudowywać w ramach przyspieszonego procesu zatwierdzania, po konsultacji z sąsiadami.

Premier po raz kolejny zapewnił, że odpowiedzią na kryzys nie mogą być oszczędności, lecz większa aktywność państwa w gospodarce. Porównał swój plan do tego, który w latach 30. ubiegłego wieku realizował ówczesny prezydent USA Franklin D. Roosevelt. "New Deal", który obejmował projekty robót publicznych, pomógł Stanom Zjednoczonym wyjść z wielkiego kryzysu. "Brzmi jak olbrzymia ilość interwencji rządowej, brzmi jak New Deal. I tak to ma brzmieć, bo tego wymagają czasy" - przekonywał Johnson.

Podkreślił, że rewolucja infrastrukturalna ma na celu wyrównywanie szans między poszczególnymi częściami kraju, ponieważ zbyt wiele z nich zostało "pozostawionych w tyle, zaniedbanych, niekochanych". Wskazał, że przez to wiele talentów w kraju marnuje się. Zwrócił też uwagę, że chociaż Wielka Brytania ma jedne z najlepszych uniwersytetów na świecie i jest jednym z liderów innowacji, problemem jest wcielanie tych pomysłów w życie w kraju.

"Choć nie jesteśmy już militarnym supermocarstwem, możemy być naukowym supermocarstwem, ale musimy położyć kres przepaści między wynalazkiem a jego zastosowaniem. Co obecnie oznacza, że genialne brytyjskie odkrycie znika w Kalifornii i staje się amerykańską firmą wartą miliard dolarów - lub chińską. Potrzebujemy teraz nowego, dynamicznego ducha komercyjnego, aby jak najlepiej wykorzystać brytyjskie odkrycia, aby brytyjskie pomysły rozwijały nowe brytyjskie gałęzie przemysłu i tworzyły brytyjskie miejsca pracy" - mówił.

Ale jak wskazuje opozycja, te 5 mld funtów zapowiedzianych wydatków stanowi ok. 5 proc. inwestycji sektora publicznego brutto w ubiegłym roku. To przekłada się na niepełna sto funtów na osobę, a większość z rzeczy, o których mówił Johnson, i tak już wcześniej została ogłoszona.

"Stoimy w obliczu kryzysu gospodarczego, największego, jaki widzieliśmy od pokoleń, a ożywienie gospodarcze musi sprostać temu wyzwaniu. Tymczasem ogłoszona kwota wynosi mniej niż 100 funtów na osobę. I jest to ponownym ogłoszeniem wielu obietnic wyborczych, więc to nie wystarczy" - oświadczył w reakcji na plan Johnsona lider Partii Pracy Keir Starmer.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

 

foto: twitter / BorisJohnson

Johnson zapowiada rewolucję infrastrukturalną, aby wyjść z kryzysu

Johnson w rozmowie z Morawieckim: jesteśmy gotowi na "australijskie warunki" współpracy z UE

Wielka Brytania jest gotowa do zakończenia okresu przejściowego po brexicie "na warunkach australijskich", jeśli w negocjacjach z UE nie uda się osiągnąć porozumienia - powiedział w sobotę premier Boris Johnson w rozmowie z premierem Mateuszem Morawieckim.

"Jeśli chodzi o przyszłe stosunki Zjednoczonego Królestwa z UE, premier z zadowoleniem przyjął zgodę obu stron na zintensyfikowany proces negocjacji w lipcu. Powiedział, że Zjednoczone Królestwo będzie prowadzić konstruktywne negocjacje, ale jednocześnie będzie gotowe do zakończenia okresu przejściowego na warunkach australijskich, jeśli nie uda się osiągnąć porozumienia" - napisano w komunikacie opublikowanym przez Downing Street.

Wielka Brytania i Unia Europejska od marca prowadzą negocjacje o przyszłych stosunkach po zakończeniu upływającego 31 grudnia bieżącego roku okresu przejściowego po brexicie. Ponieważ do tej pory nie osiągnięto większych postępów, od poniedziałku ma rozpocząć się runda zintensyfikowanych negocjacji. Brak porozumienia oznacza, że od 1 stycznia 2021 roku handel dwustronny odbywać się będzie na zasadach Światowej Organizacji Handlu (WTO), czyli możliwe byłoby stosowanie ceł i innych barier handlowych.

Australia nie ma kompleksowej umowy handlowej z UE. Duża część handlu między nią a UE odbywa się zgodnie z zasadami WTO, chociaż w odniesieniu do niektórych towarów istnieją specjalne umowy.

Jak poinformowało biuro szefa brytyjskiego rządu, podczas rozmowy premierzy Johnson i Morawiecki wyrazili ubolewanie, że nie mogą spotkać się osobiście na dorocznych Polsko-Brytyjskich Konsultacjach Międzyrządowych, ale zatwierdzili plan współpracy polsko-brytyjskiej w nadchodzących miesiącach, m.in. w kwestii obrony i handlu.

"Premier (Johnson) i premier Morawiecki wymienili również uwagi na temat siły i historii stosunków między Wielką Brytanią a Polską w perspektywie 80. rocznicy Bitwy o Wielką Brytanię" - napisano w komunikacie.

Jak dodano, dyskutowali też na temat wspólnej walki z koronawirusem i zgodzili się co do potrzeby zapewnienia trwałej globalnej odbudowy, w której priorytetem jest otwartość i wolny handel.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Johnson w rozmowie z Morawieckim: jesteśmy gotowi na "australijskie warunki" współpracy z UE

EasyJet wznowi 1 lipca loty do Paryża, Mediolanu i Barcelony

Brytyjskie linie lotnicze EasyJet podały w czwartek, że 1 lipca wznowią loty do Paryża, Mediolanu i Barcelony. Dodały, że dzięki emisji akcji zebrały na rynku 520 mln USD, które pozwolą im poradzić sobie z "różnymi scenariuszami opóźnionego ożywienia" po pandemii Covid-19.

EasyJet wznowił w ubiegłym tygodniu część połączeń, głównie krajowych, i zamierza uruchomić trzy czwarte swoich tradycyjnych tras do sierpnia, przy zachowaniu środków bezpieczeństwa sanitarnego.

Linie zakładają też, że zebrany na rynku kapitał pozwoli im zachować płynność i przetrwać nawet wiele miesięcy uziemienia maszyn, gdyby wymagała tego sytuacja związana z pandemią.

Pod koniec maja EasyJet poinformował, że planuje zwolnienie 30 proc. personelu, czyli około 4,5 tys. z ponad 15 tys. pracowników, oraz zmniejszenie floty samolotów, by dostosować się do zmian na rynku będących konsekwencją pandemii koronawirusa. Niskokosztowy przewoźnik, który zatrudnia pracowników w ośmiu krajach europejskich, zapowiedział też podjęcie konsultacji z personelem w sprawie restrukturyzacji.

Firma ma zamiar zmniejszyć liczbę samolotów do około 302 maszyn, czyli o około 50 mniej niż przewidywana flota, która miała obsługiwać połączenia EasyJet w 2021 roku według planów sprzed pandemii.

EasyJet zakłada, że liczba połączeń, jakie wykona od lipca do września, będzie stanowiła tylko 30 proc. lotów z lata 2019 roku, a powrót do normalnego poziomu funkcjonowania nastąpi dopiero w 2023 roku. (PAP)

Obraz ramboldheiner z Pixabay 

EasyJet wznowi 1 lipca loty do Paryża, Mediolanu i Barcelony

Barnier: brexit bez umowy zaszkodzi bardziej gospodarce brytyjskiej niż unijnej

Negocjator ds. brexitu z ramienia Unii Europejskiej Michel Barnier wyraził w środę przekonanie, że brexit bez umowy bardziej zaszkodzi brytyjskiej gospodarce niż unijnej.

„W interesie Wielkiej Brytanii leży uniknięcie braku porozumienia” - powiedział Barnier na wideokonferencji, a jego słowa cytuje agencja Reutera. „Jesteśmy gotowi znaleźć margines elastyczności w zakresie rybołówstwa” - dodał. Wskazał, że kwestia Trybunału Sprawiedliwości UE jest również problematyczna w rozmowach i że Unia nalega na zaangażowanie Wielkiej Brytanii w Europejską Konwencję Praw Człowieka.

„Wierzę, że umowa jest nadal możliwa” - powiedział, dodając, że nie jest ani optymistą, ani pesymistą, ale osobą "zdeterminowaną".

W połowie czerwca premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson przekazał podczas wideokonferencji przewodniczącym instytucji UE, że Londyn nie będzie wnioskował o przedłużenie okresu przejściowego po brexicie.

Wielka Brytania opuściła Unię Europejską 31 stycznia. Obecnie, w okresie przejściowym, obowiązującym do końca 2020 roku, strony starają się wynegocjować umowę w sprawie przyszłych relacji. W tym czasie Zjednoczone Królestwo jest wprawdzie poza instytucjami unijnymi, ale stosuje się do praw i obowiązków związanych z przynależnością do Wspólnoty oraz korzysta z wynikających z tego przywilejów, w tym z uczestnictwa w jednolitym rynku.

Po czterech kolejnych rundach negocjacji w sprawie przyszłych relacji, które zakończyły się minimalnymi postępami, strony zgodziły się, że potrzebny jest "nowy impet" w rozmowach. Negocjacje mają być zintensyfikowane w lipcu w celu "stworzenia najbardziej sprzyjających warunków do zawarcia i ratyfikacji umowy przed końcem 2020 r."

Atmosfera nie jest dobra - Londyn zarzuca Brukseli złą wolę, a Bruksela oskarża Downing Street o nietrzymanie się wcześniejszych ustaleń z deklaracji politycznej. Ustalona jeszcze w 2019 r. konferencja wysokiego szczebla miała podsumować dotychczasowy postęp, ale w zgodnej opinii obserwatorów nie ma za bardzo czego podsumowywać.

Punktem spornym jest to, co Bruksela nazywa równymi warunkami gry. UE obawia się, że Wielka Brytania zacznie stosować "dumping regulacyjny" i, chcąc zyskać przewagę konkurencyjną, będzie obniżać standardy w zakresie praw pracowniczych, ochrony środowiska czy praw konsumenckich. Zatem UE chce, żeby w zamian za dostęp do unijnego rynku dostosowywała się do unijnych regulacji, także tych przyszłych. Londyn uważa, że byłoby to zaprzeczeniem idei brexitu, który polega na tym, by się uwolnić od unijnych regulacji, ale zarazem wskazuje cały szereg przykładów, gdzie brytyjskie regulacje są bardziej wyśrubowane niż unijne i gdzie wcale nie zamierza tego zmieniać.

Patowa sytuacja utrzymuje się w kwestii rybołówstwa. Wielka Brytania chciałaby pełnego dostępu do unijnego rynku dla swoich ryb i produktów rybnych, ale UE domaga się w zamian za to takiego samego dostępu do brytyjskich łowisk, jaki ma obecnie, co z kolei jest nie do zaakceptowania dla brytyjskiego rządu, a jeszcze bardziej dla brytyjskich rybaków, którzy w nadziei na niezależną politykę rybołówczą masowo poparli brexit.

Wreszcie nierozwiązana pozostaje kwestia tego, co jest określane jako zarządzanie przyszłymi umowami, czyli kto będzie rozstrzygał ewentualne spory i jaka ma być w tym rola Trybunału Sprawiedliwości UE. Wielka Brytania nie zgadza się, by rozstrzyganiem sporów zajmował się TSUE, gdyż, jak argumentuje, nie będzie on bezstronny.

Z Brukseli Łukasz Osiński (PAP)

Barnier: brexit bez umowy zaszkodzi bardziej gospodarce brytyjskiej niż unijnej

900 tys. funtów za przemalowanie rządowego samolotu

900 tys. funtów będzie kosztowało przemalowanie samolotu używanego przez brytyjskiego premiera Borisa Johnsona, ministrów i wyższych rangą członków rodziny królewskiej z szarego na kolory brytyjskiej flagi. Biuro premiera zapewnia jednak, że to dobrze wydane pieniądze.

Na kadłubie i ogonie samolotu ma zostać namalowany wzór w kolorach czerwonym, białym i niebieskim. "Oznacza to, że samolot ten będzie mógł lepiej reprezentować Wielką Brytanię na świecie, nosząc narodowe symbole, podobne jak samoloty wielu innych przywódców" - przekonywał rzecznik Johnsona. Podkreślił, że należący do RAF samolot nie straci na tym swojej przydatności militarnej.

Potwierdził, że przemalowanie samolotu kosztować będzie 900 tys. funtów, ale kwota ta obejmuje także zaprojektowanie wzoru. "Na każdym etapie pracy staraliśmy się zapewnić brytyjskim podatnikom korzystny stosunek jakości do ceny, a wszystkie prace są prowadzone w Wielkiej Brytanii, z czego bezpośrednio korzystają brytyjscy wykonawcy" - dodał rzecznik.

Opozycja natychmiast zaczęła kwestionować zasadność wydawania pieniędzy na tę zmianę, zwłaszcza w sytuacji kryzysu gospodarczego wywołanego epidemią koronawirusa. "Lek deksametazon, który może potencjalnie uratować życie ludzi z koronawirusem, kosztuje 5 funtów za jedną dawkę. Boris Johnson mógł kupić 180 000 dawek, ale zamiast tego maluje flagę na samolocie" - napisał na Twitterze p.o. lidera Liberalnych Demokratów Ed Davey. "Kiedy rodziny w całym kraju martwią się o swoją pracę, zdrowie i edukację swoich dzieci, mogą słusznie podawać w wątpliwość priorytety rządu" - powiedziała Louise Heigh z Partii Pracy.

Rządowy samolot jest specjalnie przebudowaną wersją latającej cysterny, Airbusa A330 MRTT. Został on dostosowany do przewozu członków rządu - kosztem 10 mln funtów - za czasów Davida Camerona. Ówczesny premier przekonywał, że jest to tańsze niż czarterowanie przez rząd samolotów i pozwoli na zaoszczędzenie 775 tys. funtów rocznie. Pierwszą podróż zagraniczną tym samolotem Cameron wraz z kilkoma ministrami odbył do Warszawy - na szczyt NATO w 2016 r.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

900 tys. funtów za przemalowanie rządowego samolotu

Po raz pierwszy od 1963 r. dług publiczny przekroczył 100 proc. PKB

Rząd Wielkiej Brytanii pożyczył w maju rekordową kwotę 55,2 miliarda funtów, w efekcie czego dług publiczny po raz pierwszy od 1963 roku przekroczył 100 proc. PKB - podał w piątek brytyjski urząd statystyczny ONS.

Kwota 55,2 mld funtów to dziewięć razy więcej niż rząd pożyczył w maju 2019 roku i największa suma, od kiedy w 1993 roku zaczęto prowadzić comiesięczne statystyki.

Wprawdzie wcześniej ONS informował, że kwietniowe pożyczki były jeszcze wyższe, ale tę kwotę zrewidowano w dół do 48,5 mld, gdyż okazało się, że wpływy z tytułu podatków i składek ubezpieczeniowych były wyższe niż pierwotnie zakładano, zaś koszty subsydiowania pensji pracowników urlopowanych z powodu koronawirusa - niższe.

Nie zmienia to faktu, że w pierwszych dwóch miesiącach roku finansowego (kwiecień i maj) Wielka Brytania zaciągnęła długi na kwotę 103,7 mld funtów, czyli o 87 miliardów więcej niż w dwóch pierwszych miesiącach poprzedniego roku finansowego. Wartość zaciągniętych pożyczek w ciągu pierwszych dwóch miesięcy roku również jest najwyższa od 1993 roku.

W efekcie dług publiczny kraju wzrósł do 1,95 biliona funtów, co stanowi 100,9 proc. brytyjskiego PKB. To oznacza wzrost o 20,5 punktu procentowego w porównaniu z majem 2019 roku oraz że po raz pierwszy od marca 1963 roku dług publiczny przekracza wartość PKB.

Do najwyższych poziomów jest jednak jeszcze daleko, bo od końca I wojny światowej do początku lat 60. dług publiczny Wielkiej Brytanii stale przekraczał 100 proc. PKB, a w roku finansowym 1946/47 osiągnął absolutny rekord - 258 proc. Ale ONS przewiduje, że do końca obecnego roku finansowego łączna kwota zaciągniętych przez rząd pożyczek wzrośnie do 298 miliardów funtów, co oznaczałoby pięciokrotny wzrost w porównaniu z poprzednim rokiem finansowym i najwyższą sumę od końca II wojny światowej.

Zwiększenie zadłużenia jest spowodowane z jednej strony tym, że z powodu epidemii Covid-19 spora część gospodarki stanęła i w efekcie są mniejsze wpływy podatkowe, a z drugiej - kosztowym programem subsydiowania przez rząd pensji tych pracowników, którzy z powodu epidemii zostali wysłani na urlopy. Celem tego programu jest uniknięcie masowych zwolnień, co w ocenie rządu przyniosłoby jeszcze gorsze skutki dla gospodarki.

"Dzisiejsze dane potwierdzają, że koronawirus ma poważny wpływ na nasze finanse publiczne. Najlepszym sposobem na przywrócenie stabilności finansów publicznych jest ponowne otwarcie naszej gospodarki w bezpieczny sposób, aby ludzie mogli wrócić do pracy" - powiedział minister finansów Rishi Sunak.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz PublicDomainPictures z Pixabay 

Bank Anglii zwiększa skup obligacji i pozostawia stopy bez zmian

Bank Anglii (BoE) podjął w czwartek decyzję o wpompowaniu w brytyjską gospodarkę dodatkowych 100 miliardów funtów poprzez zwiększenie programu skupu obligacji z 645 do 745 mld funtów, co ma pomóc przełamać skutki kryzysu wywołanego epidemia koronawirusa.

Liczący dziewięć osób Komitet Polityki Monetarnej (MPC) zarazem jednomyślnie postanowił - zgodnie z przewidywaniami rynku - pozostawić główną stopę procentową na obecnym, rekordowo niskim poziomie 0,1 proc.

Zwiększenie skupu obligacji również było spodziewaną decyzją, zwłaszcza po zapowiedzi gubernatora Andrewa Baileya z zeszłego tygodnia, że BoE jest gotowy podjąć działania, aby wspomóc gospodarkę. Była to reakcja na opublikowane dane, które pokazały, że w kwietniu - pierwszym pełnym miesiącu zatrzymania gospodarki z powodu epidemii - brytyjski PKB zmniejszył się o rekordowe o 20,4 proc. w stosunku do marca. Ponadto we wtorek podano, że od początku epidemii ubyło 600 tys. miejsc pracy.

Decyzji o zwiększeniu skupu obligacji nie podjęto jednogłośnie - przeciwko temu był główny ekonomista BoE Andy Haldane.

Bank wskazał jednak, że najnowsze dane świadczą, iż gospodarka zaczyna się odbijać od dna. W protokole z posiedzenia MPC zwrócono uwagę, że w maju i czerwcu nastąpił wzrost wydatków konsumpcyjnych, a także ożywienie na rynku mieszkaniowym. Podkreślono jednak, iż perspektywy dla gospodarki pozostają niepewne. "Choć ostatnie dane dotyczące popytu i produkcji nie były tak negatywne, jak się spodziewano, inne wskaźniki sugerowały większe ryzyko związane z możliwością dłuższych szkód dla gospodarki w wyniku pandemii" - napisano.

Na początku maja Bank Anglii prognozował, że brytyjska gospodarka zmierza w kierunku najgłębszej recesji w historii, zaś przewidywane przez bank scenariusze zakładały, że w drugim kwartale tego roku spadek PKB może wynieść nawet 25 proc.

Teraz jednak BoE uważa, że spadek PKB - choć nadal rekordowy - będzie mniejszy niż do tej pory zakładano.

Następne posiedzenie Komitetu Polityki Monetarnej odbędzie się 6 sierpnia.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Sieć supermarketów Tesco wycofuje się z Polski

Brytyjska grupa supermarketów Tesco poinformowała w czwartek rano, że za 819 milionów złotych sprzedaje swój polski oddział i zamierza skoncentrować się na innych rynkach w regionie Europy Środkowej - w Czechach oraz na Węgrzech i Słowacji.

"Odnotowujemy znaczący postęp w naszej działalności w Europie Środkowej, ale nadal widzimy wyzwania rynkowe w Polsce. Dzisiejsza zapowiedź pozwala nam skupić się w regionie na działalności w Czechach, na Węgrzech i na Słowacji, gdzie mamy silniejszą pozycję rynkową z dobrymi perspektywami wzrostu" - napisał w wydanym oświadczeniu prezes Tesco Dave Lewis.

Nabywcą 301 sklepów brytyjskiej sieci w Polsce jest duńska grupa Salling Group A/S, która, jak podano w oświadczeniu Tesco, obsługuje 11 mln klientów tygodniowo w Danii, Niemczech i Polsce.

Największa brytyjska sieć supermarketów już w marcu sprzedała swoje sklepy w Tajlandii i Malezji, co oznacza, że oprócz wspomnianych trzech krajów Europy Środkowo-Wschodniej jedynym zagranicznym rynkiem, na którym pozostanie, będzie Irlandia.

Jak poinformowało Tesco, łączna wartość aktywów objętych transakcją wynosi 900 mln złotych (równowartość 181 mln funtów), przy czym łączne wpływy netto mają wynieść około 819 mln złotych (równowartość 165 mln funtów). Ponadto, jak głosi oświadczenie, firma poczyniła znaczne postępy w sprzedaży pozostałych polskich nieruchomości poza tą transakcją. W ciągu ostatnich 18 miesięcy sprzedała lub zgodziła się sprzedać 22 sklepy, uzyskując przychód netto w wysokości ok. 200 mln funtów. Firma będzie nadal dążyć do sprzedaży pozostałych aktywów, do których należy 19 sklepów handlowych nieobjętych tą transakcją.

W roku finansowym 2019/2020 Tesco Polska wygenerowało sprzedaż, z wyłączeniem VAT oraz stacji benzynowych, w wysokości 1,368 mld funtów i zanotowało stratę operacyjną, nie uwzględniając specjalnych pozycji, w wysokości 24 mln funtów. W roku finansowym 2019/2020 sprzedane 301 sklepów w Polsce wygenerowało sprzedaż, wyłączając VAT i stacje benzynowe, w wysokości 947 mln funtów i zanotowało stratę przed opodatkowaniem w wysokości 107 mln funtów, uwzględniając pozycje specjalne (głównie koszty restrukturyzacji i utratę wartości).

Wszystkie 301 sklepów objętych transakcją zostanie poddanych rebrandingowi w ciągu 18-miesięcznego okresu przejściowego.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Wielka Brytania chce przystąpić do umowy o wolnym handlu na Pacyfiku

Wielka Brytania zapowiedziała w środę, że będzie dążyć do przystąpienia do umowy o wolnym handlu CPTPP, która jest odnowioną wersją Partnerstwa Transpacyficznego (TPP).

"Dziś ogłaszamy nasz zamiar przystąpienia do CPTPP, jednej z największych stref wolnego handlu na świecie" - powiedziała minister handlu międzynarodowego Liz Truss.

Jak wyjaśnił brytyjski rząd, przystąpienie do CPTPP pomoże krajowi w przezwyciężeniu wyzwań, jakie postawiła epidemia koronawirusa, a także w zdywersyfikowaniu jej powiązań handlowych.

Kompleksowe i Postępowe Partnerstwo Transpacyficznego (CPTPP) to umowa o wolnym handlu zawarta w 2018 r. przez 11 państw - Australię, Brunei, Chile, Japonię, Kanadę, Malezję, Meksyk, Nową Zelandię, Peru, Singapur i Wietnam - po wycofaniu się przez Stany Zjednoczone z umowy TPP, wskutek czego ta ostatnia nie weszła w życie.

Po pełnym wdrożeniu umowy CPTPP 11 krajów utworzy blok handlowy obejmujący 495 mln konsumentów i wytwarzający nieco ponad 13 proc. światowego PKB. Gdyby Wielka Brytania przystąpiła do umowy, udział bloku w światowym PKB wzrósłby do około 16,4 proc.

Po wyjściu z Unii Europejskiej, co nastąpiło 31 stycznia, Wielka Brytania rozpoczęła negocjowanie własnych umów handlowych, które - jeśli zostaną do tego czasu zawarte - będą mogły wejść w życie od początku 2021 r., gdy upłynie okres przejściowy po brexicie. Oprócz rozmów z UE o przyszłych relacjach Londyn prowadzi rozmowy o wolnym handlu ze Stanami Zjednoczonymi, w zeszłym tygodniu zaczął z Japonią, w środę formalnie je zainaugurowano z Australią i Nową Zelandią.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz Alexander Kliem z Pixabay 

Od początku epidemii liczba miejsc pracy spadła o 612 tys.

W czasie zatrzymania gospodarki z powodu epidemii koronawirusa pracę w Wielkiej Brytanii straciło 612 tys. osób, choć w maju proces likwidacji miejsc pracy znacznie zwolnił w porównaniu z kwietniem - podał we wtorek brytyjski urząd statystyczny ONS.

Według wstępnych szacunków ONS, w maju pracę straciło 163 tys. osób, podczas gdy w kwietniu było to 449 tys. osób. Liczba zatrudnionych w firmach spadła tym samym z 29 mln w marcu do 28,4 mln w maju.

ONS zarazem podał, że stopa bezrobocia w okresie trzech miesięcy do kwietnia włącznie pozostała na poziomie 3,9 proc., co zaskoczyło analityków z rynków finansowych, którzy przewidywali jej wzrost do 4,7 proc.

Stopa bezrobocia pozostała na niezmienionym poziomie dlatego, że w Wielkiej Brytanii jest wyliczana w trzymiesięcznych okresach, co osłabia wpływ danych z kwietnia. Ponadto 9,1 mln pracowników korzystających z rządowego systemu subsydiowania pensji, którzy zostali wysłani na urlopy, jest w statystykach liczonych jako pracujący. Jak wskazują ekonomiści, prawdziwy obraz sytuacji będzie widoczny dopiero, gdy ten system wygaśnie z końcem października.

Tym niemniej kilka innych wskaźników świadczy o negatywnym wpływie epidemii na rynek pracy. "Spowolnienie w gospodarce wyraźnie obecnie uderza w rynek pracy, zwłaszcza pod względem liczby przepracowanych godzin" - powiedział Jonathan Athow, zastępca głównego statystyka ONS.

W ciągu trzech miesięcy całkowita liczba przepracowanych godzin w Wielkiej Brytanii wyniosła 959,9 mln, co stanowi spadek o 94,2 mln godzin - czyli o 8,9 proc. - w porównaniu z analogicznym okresem 2019 roku i jest to największy taki spadek od kiedy prowadzone są statystyki.

Liczba osób występujących o zasiłki związane z pracą (głównie chodzi o bezrobotnych, ale też o uprawnione osoby uzyskujące niskie dochody lub pracujące w niepełnym wymiarze czasu) sięgnęła w maju 2,8 mln, co oznacza wzrost o 23,3 proc. w porównaniu z kwietniem i o 125,9 proc. w porównaniu z marcem.

W rekordowym stopniu zmniejszyła się także liczba wolnych etatów. W okresie od marca do maja było ich 476 tys., czyli o 342 tys. mniej niż w ciągu poprzednich trzech miesięcy. To największy kwartalny spadek od 2001 roku, gdy zaczęto prowadzić porównywalne statystyki.

Pogarszająca się sytuacja na rynku pracy ma odzwierciedlenie w płacach. W okresie trzech miesięcy do kwietnia włącznie nominalna płaca wzrosła o 1 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2019 roku, ale realna płaca - uwzględniając inflację i czynniki sezonowe - spadła o 0,4 proc. To pierwszy przypadek spadku realnej płacy od stycznia 2018 roku.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz Michal Jarmoluk z Pixabay

Z powodu epidemii koronawirusa w kwietniu PKB spadł o rekordowe 20,4 proc.

Brytyjski PKB skurczył się w kwietniu - w pierwszym pełnym miesiącu obowiązywania restrykcji z powodu koronawirusa - o rekordowe 20,4 proc. w stosunku do marca, podał w piątek urząd statystyczny ONS.

Spadek PKB jest trzy razy większy niż ten, który miał miejsce przez cały okres spowolnienia gospodarczego w latach 2008-2009. Ale analitycy podkreślają, że kwiecień będzie najgorszym miesiącem, ponieważ w maju rząd zaczął łagodzić ograniczenia.

ONS opublikował również dane za trzy miesiące od lutego do kwietnia, które pokazują spadek PKB o 10,4 PKB w porównaniu do poprzedniego trzymiesięcznego okresu.

"Kwietniowy spadek PKB jest największym, jaki kiedykolwiek widziała Wielka Brytania, ponad trzykrotnie większym niż w ubiegłym miesiącu i prawie 20-krotnie większym niż najostrzejszy spadek przed Covid-19. W kwietniu gospodarka była o około 25 proc. mniejsza niż w lutym" - powiedział Jonathan Athow, zastępca głównego statystyka w ONS.

Jak dodał, spadki zanotowały praktycznie wszystkie sektory gospodarki. ONS podał, że aktywność sektora usług, najważniejszego dla brytyjskiej gospodarki zmniejszyła się o 19 proc., produkcja przemysłowa - o 20,3 proc., zaś aktywność sektora budownictwa - o 40,1 proc. W każdym z tych przypadków są to największe spadki od kiedy prowadzone są statystyki.

Ale Athow podkreślił, że Wielka Brytania zapewne już osiągnęła najniższy punkt i w następnych miesiącach będzie lepiej. "Jest bardzo prawdopodobne, że kwiecień będzie najniższym punktem. Nasze własne badania i inne wskaźniki sugerują wzrost aktywności gospodarczej, ale myślę, że jest jeszcze za wcześnie, by wiedzieć, jak szybko aktywność gospodarcza odbije się w nadchodzących miesiącach" - mówił Athow w stacji BBC.

Minister finansów Rishi Sunak, komentując te dane, powiedział: "Podobnie jak wiele innych gospodarek na całym świecie, koronawirus ma poważny wpływ na naszą gospodarkę".

"Pomoc, którą zapewniliśmy dzięki naszemu programowi subsydiowania pensji urlopowanych pracowników, dotacjom, pożyczkom i obniżkom podatków, ochroniły tysiące przedsiębiorstw i miliony miejsc pracy, co daje nam najlepszą szansę na szybkie ożywienie gospodarcze po ponownym otwarciu" - podkreślił.

Dodał, że po ponownym otwarciu sklepów życie "wróci trochę do normy". W Anglii ma to nastąpić w poniedziałek, natomiast sklepy w Irlandii Północnej już otrzymały zgodę na wznowienie działalności. Szkocja i Walia mają swoje własne harmonogramy znoszenia ograniczeń.

Podczas światowego kryzysu finansowego, od szczytu w lutym 2008 r. do najniższego punktu w marcu 2009 r., czyli łącznie 13 miesięcy, brytyjski PKB skurczył się o 6,9 proc.

Kwietniowy spadek jest więc trzykrotnie większy, przy czym są to dane tylko za jeden miesiąc, a brytyjska gospodarka kurczyła się już przed kwietniem. W pierwszych trzech miesiącach 2020 r. skurczyła się o 2 proc., co było efektem zaledwie pierwszych kilku obowiązywania restrykcji z powodu koronawirusa.

Ekonomiści spodziewają się, że w całym drugim kwartale - od kwietnia do czerwca - spadek PKB będzie jeszcze większy niż w pierwszym, co będzie oznaczało wejście kraju w recesję.

Według opublikowanych w środę prognoz OECD, brytyjska gospodarka skurczy się w tym roku o 11,5 proc., co będzie największym spadkiem ze wszystkich wysoko rozwiniętych gospodarek.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz Jon Kline z Pixabay 

Bank Anglii gotowy do podjęcia działań w celu wsparcia gospodarki

Gubernator Banku Anglii Andrew Bailey zapowiedział w piątek po południu, że będzie "gotowy do podjęcia działań", aby pomóc gospodarce Wielkiej Brytanii przetrwać kryzys wywołany koronawirusem.

Odniósł się w ten sposób do danych urzędu statystycznego ONS, które pokazały, że w kwietniu - pierwszym pełnym miesiącu ograniczeń wprowadzonych z powodu epidemii - brytyjski PKB skurczył się w stosunku do poprzedniego miesiąca o 20,4 proc. To zdecydowanie największy miesięczny spadek od kiedy prowadzone są statystyki.

"Nadal jesteśmy w samym środku tego kryzysu. Oczywiście jest to dramatyczna i duża liczba, ale w rzeczywistości nie jest to liczba zaskakująca" - powiedział Bailey, wyjaśniając, iż te dane są "w dużej mierze zgodne" z tym, czego bank się spodziewał.

Bailey powiedział, że są "oznaki, iż gospodarka zaczyna teraz wracać do życia", ale pytaniem pozostaje, jak wiele długoterminowych szkód pandemia spowoduje.

"To jest rzecz, na której musimy się bardzo skoncentrować, bo właśnie przez to tracone są miejsca pracy" - powiedział. "Teraz mamy nadzieję, że (szkody) będą tak małe jak to możliwe, ale musimy być przygotowani i gotowi do podjęcia działań, nie tylko Bank Anglii, ale szerzej, aby zniwelować te długoterminowe i szkodliwe skutki" - mówił.

Od początku epidemii koronawirusa Bank Anglii już dwukrotnie obniżył stopy procentowe - z 0,75 do najniższego w historii poziomu 0,1 proc., co powoduje, że możliwości wspomożenia gospodarki zostały w dużej mierze ograniczone. Najbliższe posiedzenie Komitetu Polityki Monetarnej (MPC) odbędzie się 18 czerwca, ale według powszechnej opinii analityków nie należy się spodziewać dalszego ich obniżania.

Analitycy spodziewają się natomiast, że Bank Anglii użyje drugiego instrumentu jaki ma do dyspozycji, czyli zwiększy wartość dokonywanego przez bank skupu aktywów na rynku, co zresztą już raz po wybuchu epidemii też zostało zrobione. Według oczekiwań rynku ta wartość wzrośnie z 645 mld funtów do 725 mld.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Wielka Brytania i UE zintensyfikują w lipcu negocjacje w sprawie umowy handlowej

Wielka Brytania uzgodniła z Unią Europejską zintensyfikowanie w lipcu harmonogramu negocjacji w sprawie przyszłych relacji handlowych po zakończeniu okresu przejściowego po brexicie - poinformował w czwartek brytyjski rząd.

"Ten nowy proces będzie obejmował połączenie formalnych rund negocjacyjnych i spotkań mniejszych grup, zarówno w Londynie, jak i w Brukseli, przy założeniu, że umożliwią to wytyczne dotyczące zdrowia publicznego" - napisano w wydanym oświadczeniu.

Rozmowy będą odbywały się co tydzień między tygodniami rozpoczynającymi się 29 czerwca a 27 lipca.

Równocześnie poinformowano, że brytyjski premier Boris Johnson odbędzie w poniedziałek rozmowy - w formie wideokonferencji - z przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen, przewodniczącym Rady Europejskiej Charlesem Michelem i szefem Parlamentu Europejskiego Davidem Sassolim, aby dać nowy impuls w negocjacjach.

W zeszłym tygodniu, po czwartej i ostatniej jak dotychczas rundzie negocjacyjnej, zarówno główny brytyjski negocjator David Frost, jak i unijny - Michel Barnier mówili o bardzo niewielkim postępie w negocjacjach.

Wielka Brytania formalnie opuściła Unię Europejską 31 stycznia tego roku, ale w jej stosunkach z Brukselą na razie niewiele się zmieniło ze względu na trwający do końca 2020 r. okres przejściowy. Przed jego upływem powinno zostać zawarte nowe porozumienie handlowe, gdyż w przeciwnym razie od stycznia 2021 r. relacje opierałyby się na ogólnych zasadach Światowej Organizacji Handlu, czyli możliwe byłyby cła i inne bariery. Brytyjski rząd cały czas wyklucza możliwość zwrócenia się z prośbą o przedłużenie okresu przejściowego.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

8,9 mln pracowników objętych rządowym systemem dotowania pensji

Ok. 8,9 mln pracowników, czyli więcej niż jedna czwarta brytyjskiej siły roboczej, jest obecnie objętych rządowym systemem subsydiowania pensji, a jego dotychczasowe koszty sięgnęły 19,6 mld funtów - poinformowało we wtorek brytyjskie ministerstwo finansów.

Program, który ma na celu złagodzenia gospodarczych skutków epidemii koronawirusa, pozwala pracodawcom otrzymać zwrot 80 proc. wynagrodzenia pracowników - do kwoty 2500 funtów miesięcznie - jeśli mimo spadku przychodów firmy nie zostaną oni zwolnieni, lecz wysłani na urlopy.

W podobnym programie dla osób pracujących na własny rachunek złożono dotychczas 2,6 mln wniosków o wartości 7,5 mld funtów. Różni się on tym, że jest to dotacja wypłacana w jednej racie obejmującej trzy miesiące. Jej wysokość to 80 proc. średniego przychodu z trzech ostatnich miesięcy przed epidemią. Osoby prowadzące działalność na własny rachunek mogą nadal, do 13 lipca, mogą się ubiegać się o pierwszą dotację z tego funduszu. Przyjmowanie wniosków o drugą dotację rozpocznie się w sierpniu.

Najnowsze dane ministerstwa finansów dla obu systemów obejmują wszystkie wnioski złożone do północy 7 czerwca.

Program subsydiowania pensji urlopowanych pracowników początkowo miał obejmować trzy miesiące - marzec, kwiecień i maj, ale został dwukrotnie przedłużony i będzie funkcjonował do końca października.

Jednak będą stopniowo wprowadzane zmiany w systemie. Od lipca firmy korzystające z programu będą mogły zatrudniać pracowników w niepełnym wymiarze godzin. Nawet jeśli tego nie zrobią, rząd będzie nadal wypłacał 80 proc. wynagrodzenia pracowników w lipcu.

Od sierpnia pracodawcy będą musieli płacić składki socjalne i emerytalne pracowników, we wrześniu z budżetu państwa będzie zwracane 70 proc. pensji, a we wrześniu - 60 proc., zaś pracodawcy będą musieli uzupełnić pozostałą cześć, tak, by pracownicy nadal otrzymywali 80 proc. wynagrodzenia sprzed epidemii.

Według wyliczeń niezależnego od rządu Biura Odpowiedzialności Budżetowej (OBR), koszt rządowych działań podjętych w odpowiedzi na epidemię koronawirusa ma wynieść 123,2 mld funtów. OBR spodziewa się, że w bieżącym roku finansowym deficyt budżetowy kraju wzrośnie do 15,2 proc. brytyjskiego PKB, co będzie najwyższym poziomem od 22,1 proc. odnotowanych pod koniec II wojny światowej.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

KE zaczyna drugą fazę konsultacji ws. płacy minimalnej w UE

KE rozpoczęła w środę drugą fazę konsultacji ze związkami zawodowymi i organizacjami pracodawców ws. płacy minimalnej, którą mieliby zostać objęci wszyscy pracownicy w UE. W ciągu kilku miesięcy zapadnie decyzja, czy w tej sprawie będą rekomendacje czy dyrektywa.

Temat ten był dyskutowany na środowym posiedzeniu kolegium komisarzy UE. Na przełomie stycznia i lutego Komisja przeprowadziła pierwszy etap konsultacji, jednak cieszył się on ograniczonym zainteresowaniem. Uwagi zgłosiło 23 partnerów społecznych z całej UE.

"Na podstawie otrzymanych odpowiedzi KE zdecydowała, że wymagane jest podjęcie działania na poziomie europejskim" - powiedział na środowej konferencji prasowej w Brukseli rzecznik KE Eric Mamer.

Temat płacy minimalnej pojawił się jeszcze w poprzedniej Komisji, którą kierował Jean-Claude Juncker, jednak sprawa nie wyszła poza dyskusje. Nowa przewodnicząca KE Ursula von der Leyen przejęła ten pomysł i wzięła go na sztandary starając się w ubiegłym roku o poparcie swojej kandydatury w Parlamencie Europejskim.

Ostatnie wydarzenia związane z kryzysem wywołanym przez pandemię koronawirusa - słychać w Brukseli - jeszcze bardziej zwiększyły potrzebę działań UE, by ograniczyć rosnące nierówności płac i ubóstwo pracujących.

Komisja zastrzega, że jej celem nie jest ustanowienie jednolitej europejskiej płacy minimalnej, co, biorąc pod uwagę różnice w rozwoju poszczególnych państw i zarobki w nich, byłoby trudne. Nie chodzi też o zharmonizowanie systemów ustalania takiej płacy.

W dokumencie, który jest podstawą drugiego etapu konsultacji, określono możliwe warianty działania UE, by zapewnić, aby płace minimalne były ustalane na odpowiednich poziomach i chroniły wszystkich pracowników. Na razie nie ma jeszcze rozstrzygnięć, ale z zapowiedzi KE wynika, że chce ona postawić na dobrze funkcjonujący system negocjacji zbiorowych dotyczący ustalania płac.

W Polsce o wysokości płacy minimalnej dyskutuje się w ramach komisji trójstronnej z udziałem przedstawicieli rządu, związków zawodowych i pracodawców. W niektórych krajach członkowskich płace ustala się jednak nie dla całej gospodarki, ale sektorowo, podczas gdy w innych w ogóle nie ma takich rozwiązań.

Dlatego urzędnicy z Brukseli wskazują, że krajowe ramy prawne powinny umożliwiać ustanowienie i regularne aktualizowanie ustawowej płacy minimalnej według jasnych i stabilnych kryteriów. Plan KE zakłada też, że partnerzy społeczni będą mieli rzeczywisty udział w procesie ustalania takiej płacy, a różnice w jej poziomach i odstępstwa będą wyeliminowane lub ograniczone.

"Co szósty pracownik w UE zalicza się do nisko uposażonych, a większość z nich stanowią kobiety. To te osoby podtrzymywały nasze społeczeństwa i gospodarki, kiedy wszystko inne musiało się zatrzymać. Paradoksalnie jednak to właśnie w tych pracowników kryzys uderzy najmocniej. Działania na rzecz inicjatywy w sprawie płac minimalnych w UE to istotny element naszej strategii odbudowy. Każdy zasługuje na godziwy poziom życia" - podkreślił w oświadczeniu unijny komisarz do spraw miejsc pracy i praw socjalnych Nicolas Schmit.

Po konsultacjach, które będą prowadzone do 4 września, Komisja ma rozstrzygnąć, za pomocą jakich środków chce zająć się tym tematem. Rozważana jest dyrektywa, którą wdrożyć musiałyby wszystkie państwa członkowskie, albo zalecenie przyjmowane przez Radę UE. Bruksela zapewnia, że niezależnie od tego, na co się zdecyduje, jej propozycja będzie odzwierciedlała krajowe uwarunkowania, układy zbiorowe lub przepisy prawne.

Z Brukseli Krzysztof Strzępka (PAP)

Obraz joffi z Pixabay 

Media: szef Banku Anglii zalecił bankom przygotowania do braku umowy z UE

Gubernator Banku Anglii (BoE) Andrew Bailey powiedział szefom największych brytyjskich banków, by w obliczu impasu w rozmowach między Londynem a Brukselą zintensyfikowali przygotowania do braku porozumienia - podała w środę stacja Sky News.

Według stacji, słowa te padły podczas wtorkowej wideokonferencji, w której uczestniczyli m.in. prezesi Barclays, HSBC, Lloyds Banking Group i Royal Bank of Scotland, czyli tzw. wielkiej czwórki brytyjskiego sektora bankowego. Jak twierdzi źródło Sky News, rozmowy z Unią Europejską były głównym tematem dyskusji.

Jak komentuje Sky News, uwagi Baileya podczas rozmowy z szefami banków sugerują, że w Banku Anglii nastąpiła zmiana założeń co do wyniku trwających rozmów między Wielką Brytanią a Unią Europejską. Przypomina też, że zalecenie to pojawiło się w momencie, gdy największe brytyjskie banki zmagają się z gospodarczymi efektami pandemii koronawirusa.

W tym tygodniu rozpoczęła się – zaplanowana do piątku - ostatnia runda negocjacji przed upływem przypadającego na koniec czerwca terminu, w którym ma się wyjaśnić ich ciąg dalszy, jeśli Wielka Brytania miałaby zwrócić się o przedłużenie okresu przejściowego poza 2020 r., choć brytyjski premier Boris Johnson wielokrotnie wykluczał taką możliwość. Zapowiadał natomiast, że jeśli do końca czerwca nie będzie postępu w negocjacjach, Wielka Brytania może je zerwać, aby skupić się na przygotowaniach do zakończenia okresu przejściowego bez umowy.

Biuro brytyjskiego premiera poinformowało na początku tygodnia, że Johnson przed końcem miesiąca prawdopodobnie przeprowadzi osobiste rozmowy z przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen.

Zakończenie bez porozumienia handlowego trwającego 11 miesięcy okresu przejściowego po brexicie oznaczałoby, że obie strony będą handlować zgodnie z zasadami Światowej Organizacji Handlu (WTO), czyli możliwe będą cła i inne bariery, a to będzie miało wpływ na klientów korporacyjnych banków ze wszystkich głównych sektorów gospodarki.

W swoim przesłuchaniu przez posłów przed nominacją Bailey mówił, że brak porozumienia zwiększy bariery handlowe w stosunku do kompleksowej umowy o wolnym handlu, a brak środków łagodzących "może uczynić handel bardziej kosztownym lub trudniejszym w stosunku do kompleksowej umowy o wolnym handlu, co zmniejszy obroty handlowe i bezpośrednie inwestycje zagraniczne".

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

UE/Komisarz ds. budżetu: pieniądze na odbudowę będą przyznawane warunkowo

Pieniądze na odbudowę gospodarczą będą przyznawane po spełnieniu przez państwa UE odpowiednich warunków, np. wprowadzania reform dot. wieku emerytalnego czy dążenia do celu neutralności klimatycznej - oświadczył w czwartek komisarz ds. budżetu Johannes Hahn.

Deklaracja ta padła dzień po przedstawieniu przez Komisję Europejską propozycji budżetu UE na lata 2021-2027 wraz ze środkami na ożywienie gospodarcze po załamaniu wywołanym pandemią. Projekt został dobrze przyjęty przez Warszawę, bo przewiduje, że Polska będzie po Włoszech i Hiszpanii trzecim największym odbiorcą pożyczek i grantów na odbudowę po koronawirusie. Z 750 mld euro nad Wisłę ma trafić około 64 mld euro.

"Kalkulacja (podziału środków - PAP) jest oparta o formułę, która bierze pod uwagę PKB i poziom bezrobocia w określonym czasie. To na ten moment zaprowadziło do propozycji alokacji środków dla Polski i innych krajów" - powiedział w Brukseli niewielkiej grupie dziennikarzy, w tym PAP, komisarz ds. budżetu.

Komisja nie ma zamiaru bezwarunkowo udostępniać ogromnych funduszy państwom członkowskim. Chce, by ich wykorzystanie związane było z wdrażaniem reform wynikających z unijnego cyklu zarządzania gospodarczego, określanego semestrem europejskim. W jego ramach kraje unijne dopasowują swoją politykę budżetową i gospodarczą do celów i zasad ustalonych na szczeblu UE. Obecnie jednak nie ma żadnych sankcji za bagatelizowanie rekomendacji.

To jednak ma się zmienić. Projekt KE przewiduje, że państwa, które będą chciały korzystać ze środków na odbudowę będą musiały przygotować i złożyć do KE odpowiedni plan. Po jego uzgodnieniu monitorowanie będzie jego wdrażanie i kolejne transze funduszy będą przelewane dopiero, gdy KE uzna, że kraj wypełnił swoje zobowiązania.

"Powinniśmy wykorzystać obecny kryzys, żeby odpowiednio wyposażyć nasze państwa członkowskie, by były odporniejsze na kolejne kryzysy" - zaznaczył Hahn. Jak dodał koncepcja ta nie ma być czymś sztucznym. Jako analogię wskazał na banki, które przed dekadą były niedostatecznie odporne na kryzys, ale po wdrożeniu szeregu reform ustalonych na poziomie unijnym udało się to zmienić. "Można zbudować odporność. Teraz chcemy to zrobić na skalę europejską" - powiedział Austriak.

Wzmacnianie zdolności reagowania na kryzysy i absorbowania szoków nie będzie dotyczyło tylko Włoch czy Hiszpanii, które najmocniej dotknął koronawirus, ale wszystkich państw członkowskich. Nie wszędzie recepty mają być jednak takie same. Hahn jako przykład podał Chorwację, która jest najmocniej uzależnionym od turystyki państwem w UE. Sektor ten odpowiada tam za 1/4 PKB. "Jeśli chodzi o rozłożenie ryzyka, to nie jest zdrowa sytuacja. Dla mnie budowanie odporności oznacza inwestowanie w dywersyfikację gospodarczą" - tłumaczył Hahn.

Jak dodał, w innych krajach ryzyka mogą być inne, ale są i takie, które występują prawie wszędzie. "Dla prawie wszystkich krajów są rekomendacje dotyczące systemu emerytalnego. Mamy starzejące się społeczeństwo, ale zwykle system emerytalny nie jest do tego dostosowywany. To może uruchomić wiele problemów budżetowych w przyszłości" - zauważył Hahn.

W przypadku Polski ważne będą zmiany dotyczące sektora energetycznego i węglowego. Jedną z odpowiedzi na kryzys zaproponowaną przez KE jest zwiększenie z 7,5 do 40 mld euro funduszu na sprawiedliwą transformację. Do regionów nad Wisłą ma trafić największa jego część, bo 8 mld euro (6 mld euro więcej niż przewidywano wcześniej).

Polska jako jedyny kraj z UE nie zgodziła się jednak na cel osiągniecia neutralności klimatycznej w 2050 r. Zdaniem Hahna nowe środki to argument za tym, by zmienić to podejście.

"Główny cel funduszu to pomoc regionom mocno uzależnionym od węgla. On jest bardzo mocno nakierowany na Polskę. Zwiększenie o 6 mld euro środków na fundusz sprawiedliwej transformacji to bardzo mocny argument, żeby zgodzić się na cały pakiet" - zaznaczył komisarz.

KE trzyma się swojej propozycji dotyczącej powiązania dostępu do środków unijnych z praworządnością. Przez m.in. sprzeciw Polski przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel w swojej propozycji na szczyt w lutym "rozwodnił" propozycję KE, by trudniej było zamrażać środki krajom mającym problemy. KE wróciła jednak do pierwotnego, ostrzejszego rozwiązania. "Słuchamy m.in. krajów oszczędnych (tak określane są Holandia, Dania, Szwecja i Austria - PAP). Dla nich to bardzo ważna sprawa" - wskazał komisarz ds. budżetu. Jak dodał, twardych rozwiązań ws. praworządności domagał się też PE, który również ma rolę do odegrania w procesie decyzyjnym ws. przyszłego budżetu UE.

Z Brukseli Krzysztof Strzępka (PAP)

KE zatwierdziła kolejny element tarczy finansowej

Komisja Europejska zatwierdziła w piątek polski program pomocy o wartości 1,6 mld euro na zrekompensowanie przedsiębiorstwom strat poniesionych z powodu pandemii Covid-19 i na zapewnienie pomocy na utrzymanie płynności finansowej.

Program, którym będzie zarządzać Polski Fundusz Rozwoju, jest częścią tarczy finansowej dla dużych przedsiębiorstw. Jego budżet całkowity wynosi około 5,5 mld euro i będzie on otwarty dla dużych firm oraz niektórych większych MŚP zarejestrowanych nad Wisłą.

"Program o budżecie 1,6 mld euro umożliwi Polsce zrekompensowanie szkód poniesionych przez duże oraz niektóre małe i średnie przedsiębiorstwa w związku z pandemią. Jednocześnie pomoże zaspokoić ich bezpośrednie zapotrzebowanie na płynność. Dzięki temu przedsiębiorstwa te będą mogły kontynuować działalność w trakcie pandemii koronawirusa i po jej zakończeniu" - podkreśliła w piątkowym oświadczeniu wiceszefowa KE Margrethe Vestager.

Pomoc będzie udzielana w formie subsydiowanych pożyczek oprocentowanych na korzystnych zasadach. Będą one mogły zostać spłacone do 30 września 2021 r. Wysokość spłat nie ma przekraczać 75 proc. rzeczywistej szkody poniesionej przez firmy, które będą beneficjentami pomocy, między 1 marca a 31 sierpnia tego roku, bezpośrednio w związku z pandemią koronawirusa. W związku z tym beneficjentom zostanie zapewniona natychmiastowa płynność poprzez pożyczki.

Program zakłada, że pomoc będzie udzielana w formie pożyczek, które zostaną później częściowo umorzone. Firmy nie będą musiały spłacać kwot, które będą odpowiadały stratom poniesionym w związku z pandemią.

"Działamy w ścisłym kontakcie i we współpracy z Polską, podobnie jak kontynuujemy współpracę ze wszystkimi państwami członkowskimi po to, by krajowe środki wsparcia można było wprowadzić jak najskuteczniej i jak najszybciej, zgodnie z przepisami UE" - zaznaczyła Vestager.

Komisja uważa, że pandemię Covid-19 można uznać za zdarzenie nadzwyczajne, ponieważ jest ona wyjątkowa, nieprzewidywalna i ma znaczący wpływ na gospodarkę. W związku z tym uzasadnione są wyjątkowe interwencje państw członkowskich, by zrekompensować straty związane z tym kryzysem. KE ocenia, że polski program pomocy zrekompensuje straty, które mają z nim bezpośredni związek. Urzędnicy z Brukseli uznali, że polskie wsparcie jest proporcjonalne, bo przewidziana rekompensata nie wykracza poza to, co jest konieczne do naprawienia szkody, zgodnie z prawem UE.

W poniedziałek KE dała zielone światło na pierwszy element trzeciej tarczy finansowej warty 2,2 miliarda euro. Do zatwierdzenia zostaje jeszcze jej jedna, trzecia część o wartości 7,5 mld złotych (ok. 1,7 mld euro).

Z Brukseli Krzysztof Strzępka (PAP)

Produkcja samochodów spadła o 99,7 proc. - do 197 sztuk

Tylko 197 samochodów osobowych wyprodukowano w kwietniu w Wielkiej Brytanii, co oznacza spadek o 99,7 proc. w porównaniu z kwietniem 2019 roku i najniższą liczbę od zakończenia II wojny światowej - podało w piątek stowarzyszenie producentów i sprzedawców samochodów SMMT.

Po wprowadzeniu pod koniec marca restrykcji mających zatrzymać epidemię koronawirusa zdecydowana większość brytyjskich fabryk samochodowych wstrzymała produkcję, a część z nich odpowiadając na apel rządu przestawiła się na wytwarzanie środków ochrony osobistej dla personelu medycznego lub włączyła się w produkcję respiratorów.

Jak wyjaśniło SMMT, te 197 samochodów to pojazdy luksusowe i sportowe, których proces produkcyjny był już zaawansowany w momencie wprowadzenia restrykcji. 45 z nich pozostało w Wielkiej Brytanii, 152 wyeksportowano. W kwietniu brytyjskie fabryki samochodowe wyprodukowały natomiast prawie 711,5 tys. sztuk środków ochrony osobistej.

Praktycznie całkowite wstrzymanie produkcji w kwietniu oznacza, że przez cztery pierwsze miesiące roku z brytyjskich fabryk wyjechało o prawie 122 tys. samochodów mniej niż w analogicznym okresie zeszłego roku.

Według przywołanej przez SMMT niezależnej prognozy Auto Analysis, w efekcie produkcja spadnie w tym roku poniżej miliona sztuk, podczas gdy przed epidemią prognozowano, iż wyniesie ona 1,27 mln. Poprzedni przypadek, by produkcja była tak niska, miał miejsce w 2009 roku w trakcie globalnego kryzysu finansowego, ale wówczas do miliona zabrakło zaledwie 540 sztuk, zaś jeszcze wcześniej zdarzyło się to na początku lat 80.

"W związku z tym, że w kwietniu fabryki samochodowe w Wielkiej Brytanii przestały działać, liczby te nie są zaskakujące, ale podkreślają one ogromne wyzwanie stojące przed branżą, której przychody w ubiegłym miesiącu spadły do zera. Producenci zaczynają wychodzić z przedłużającego się przestoju w bardzo niepewnym świecie, a wzrost produkcji będzie procesem stopniowym, dlatego rząd musi współpracować z nami, aby przyspieszyć ożywienie w tym zasadniczo silnym sektorze, stymulować inwestycje i chronić miejsca pracy" - podkreślił szef SMMT Mike Hawes.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

UE szykuje się do negocjacji budżetowych, jakich nie było nigdy wcześniej

W uzgodnionym w środę unijnym funduszu odbudowy o wartości 750 miliardów euro nadal pozostaje kilka nierozstrzygniętych kwestii, a fakt, że jest on powiązany z przyszłym budżetem powoduje, iż negocjacje będą bezprecedensowe, ocenia w czwartek "Financial Times". Jak dodaje gazeta, Włochy mogłyby się ubiegać o prawie 82 mld euro, Hiszpania o 77 mld, Francja o 39 mld a Polska - 38 mld.

"Ursula von der Leyen objęła urząd w zeszłym roku, wiedząc, że stoi w obliczu ostrej walki o kolejny siedmioletni budżet UE, ale nigdy nie mogła sobie wyobrazić, że tak będzie. To, co zawsze miało być przedłużającym się targowaniem się przywódców UE, stało się teraz pytaniem o to, jak bardzo blok jest skłonny pomóc regionom najbardziej dotkniętym przez pandemię - i jak to zrobić" - pisze "FT".

"FT" przypomina, że o przyszły siedmioletni budżet państwa UE spierają się od 2018 r., a jeszcze w lutym, przed pandemią przywódcy spędzili dwa dni w Brukseli spierając się o ułamek punktu procentowego, tymczasem teraz przewodnicząca KE prosi ich o poparcie tego, co określiła jako odważny krok naprzód i co zwiększy budżetową siłę ognia o ponad dwie trzecie. Jednocześnie wiążąc fundusz - nazwany "Next Generation EU" - z trwającymi negocjacjami budżetowymi, von der Leyen stworzyła rozległą przestrzeń, na której rządy mogą się targować w trakcie starań o porozumienie.

"FT" wylicza cztery główne pytania, jakie pozostają do rozstrzygnięcia. Pierwsze to kwestia tego, czy pieniądze te są pożyczkami, czy też grantami. "Pomysł, aby pozwolić Komisji na pożyczanie pieniędzy i wypłacanie ich w formie dotacji, jest jednak bardzo niekomfortowy dla państw oszczędnych (Holandii, Austrii, Szwecji i Danii - PAP), ponieważ pachnie to finansowaniem deficytu" - pisze "FT".

Gazeta wskazuje, że kompromisem mogłoby być osłabienie komponentu dotacji i wzmocnienie części pakietu, którą stanowią pożyczki. Może być połączone z wyraźnym zapewnieniem, że fundusz naprawczy jest programem krótkotrwałym i tymczasowym, a także z zaostrzeniem warunków dotyczących grantów oraz zapewnieniami w kwestii przyszłego unijnego budżetu.

Drugie pytanie dotyczy tego, jak te wszystkie nowe zobowiązania UE zostaną spłacone. Jak pisze "FT", Komisja ma gotową odpowiedź na to pytanie: mianowicie, aby państwa członkowskie stworzyły pakiet nowych podatków i opłat oraz przekazały Komisji dochody jako "zasoby własne". Ale jak zwraca uwagę dziennik, ministerstwa finansów państw członkowskich tradycyjnie są niechętne temu, by zgodzić się na nowe źródła dochodów dla UE, a teraz ich finanse znajdują się pod jeszcze większą presją. Alternatywą mogłoby być zacieśnienie przyszłych budżetów UE i obcięcie niektórych priorytetów kosztem spłacania długów.

Trzecia kwestia to warunki, na jakich te pieniądze miałyby być przekazywane. Jak pisze "FT", lwia część kwoty 750 mld euro zostanie przeznaczona na specjalny instrument na rzecz odbudowy i odporności, który będzie miał uprawnienia do wypłacania dotacji i pożyczek. Miałby on zadanie dopilnować, aby wydatki odpowiadały priorytetom UE i były zgodne z zaleceniami, które Bruksela przekazuje rządom w ramach corocznego przeglądu krajowych planów wydatków. Rządy przedstawiłyby pakiety proponowanych reform i inwestycji, które musiałyby zostać podpisane przez Brukselę, ale także przez inne państwa, zanim możliwe będzie odblokowanie środków. Niektóre z państw północnych już teraz przygotowują się do żądania bardziej rygorystycznych reform jako jednego z warunków wsparcia programu.

Wreszcie jest kwestia tego, w jaki sposób te pieniądze miałyby być dzielone pomiędzy państwa członkowskie, bo klucza podziału Bruksela jeszcze nie ujawniła. Według schematu podziału przywoływanego przez "FT", Włochy mogłyby się ubiegać o prawie 82 mld euro, Hiszpania o 77 mld, Francja o 39 mld, Polska - 38 mld, ale np. Niemcy o 29 mld. Jednak duża część pożyczonych środków nie została jeszcze rozdzielona dla poszczególnych państw członkowskich, ponieważ jest ona przeznaczona na inne programy UE, w tym na mechanizm wsparcia wypłacalności przedsiębiorstw oraz program inwestycji strategicznych.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Easyjet zwolni 30 proc. personelu, około 4,5 tys. pracowników

Brytyjskie linie lotnicze Easyjet poinformowały w czwartek, że planują zwolnienie 30 proc. personelu, czyli około 4,5 tys. z ponad 15 tys. pracowników, oraz zmniejszenie flotę samolotów, by dostosować się do zmian na rynku w konsekwencji pandemii koronawirusa.

Niskokosztowy przewoźnik, który zatrudnia pracowników w ośmiu krajach europejskich, zapowiada podjęcie w najbliższych dniach konsultacji z personelem w sprawie restrukturyzacji.

Firma ma zamiar zmniejszyć liczbę samolotów do ok. 302 maszyn, czyli o około 50 mniej niż przewidywana flota, która miała obsługiwać połączenia Easyjet w 2021 roku według planów sprzed pandemii.

Dyrektor wykonawczy linii Johan Lundgren powiedział, że firma nie planuje podniesienia kapitału, ale rozważy takie rozwiązanie w przyszłości, weźmie też pod uwagę inne rozwiązania dotyczące obniżenia kosztów pracy, aby zachować rentowność.

W ubiegłym tygodniu linie poinformowały, że 15 czerwca uruchomią część połączeń w Wielkiej Brytanii i Francji przy zachowaniu zasad bezpieczeństwa związanych z koronawirusem, w tym obowiązku noszenia masek przez załogę i pasażerów.

W czwartek firma ogłosiła, że rezerwacje poczynione już na tegoroczne lato napawają optymizmem. Easyjet zakłada jednak, że liczba połączeń, jakie wykona od lipca do września, wyniesie tylko 30 proc. lotów z lata 2019 roku, a powrót do normalnego poziomu funkcjonowania nastąpi dopiero w 2023 roku.

Samoloty Easyjet są uziemione od marca ze względu na pandemię Covid-19, firma zamierza jednak wznowić najpierw połączenia krajowe, a potem będzie rozszerzać ofertę.

W połowie kwietnia linie Easyjet poinformowały, że dzięki dwóm kredytom są w stanie przetrwać dziewięć miesięcy z zakazem lotów.(PAP)

Obraz Hugo Petitjean z Pixabay 

Pracownicy Dysona odmówili powrotu z pracy zdalnej

Brytyjska firma Dyson - znana przede wszystkim z produkcji odkurzaczy - poleciła pracownikom powrót do pracy stacjonarnej wbrew rządowym zaleceniom, po czym na skutek ich buntu, po jednym dniu wycofała się z tego - podał w czwartek dziennik "The Guardian".

Według rządowych wytycznych w kwestii zwalczania epidemii koronawirusa, tam, gdzie jest to możliwe, ludzie nadal powinni pracować z domu, natomiast pracodawcy powinni podjąć wszelkie wysiłki, by to umożliwić.

Tymczasem według kilku źródeł, na które powołuje się gazeta, pracownicy Dysona w zeszłym tygodniu zostali poinformowani mailowo, że od poniedziałku powinni wrócić do pracy w systemie rotacyjnym. Na dodatek pierwszy z maili w tej sprawie został wysłany w piątek po godzinach pracy, co nie pozostawiło pracownikom - także tym z dziećmi lub mającymi w rodzinie osoby wymagające opieki - na przygotowanie się do tej sytuacji.

Napisano w nim, że firma "ponownie otworzyła nasz brytyjski kampus" i personel zostanie podzielony na dwa rotacyjne zespoły, pracujące na przemian w domu i w biurze. To oznaczałoby, że niektórzy pracownicy musieliby podróżować do fabryk firmy w Hullavington i Malmesbury w hrabstwie Wiltshire, nawet jeśli mogliby pracować w domu.

Następnego dnia wysłany został jeszcze jeden mail, tym razem informujący, że firma ponownie zastanowiła się nad praktyczną stroną tego rozwiązania i zdecydowała się nie wcielać w życie poprzedniej propozycji. Jak twierdzi "The Guardian", do wycofania się z pomysłu zmusiła kierownictwo Dysona wściekła reakcja pracowników.

Założycielem i właścicielem firmy jest wynalazca i przedsiębiorca James Dyson, który w zeszłym tygodniu awansował w dorocznym rankingu "The Sunday Times" na pierwsze miejsce na liście najbogatszych ludzi w Wielkiej Brytanii. Jego majątek wyceniono na 16,2 mld funtów. Dyson był jednym z tych biznesmenów - będących w mniejszości - którzy przed referendum z 2016 r. poparli wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. W czasie epidemii koronawirusa firma aktywnie odpowiedziała na rządowy apel do przedsiębiorstw technologicznych o włączenie się w produkcję respiratorów.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Sprzedaż detaliczna spadła o ponad 18 proc., rekordowy udział internetu

Sprzedaż detaliczna w Wielkiej Brytanii w kwietniu spadła o ponad 18 proc., co jest absolutnym rekordem, natomiast sprzedaż przez internet wzrosła do najwyższego poziomu w historii - podał w piątek brytyjski urząd statystyczny ONS.

Spadek mierzony wolumenem kupionych towarów wyniósł 18,1 proc. w stosunku do marca, a mierzony wartością towarów - 18,7 proc., przy czym już w marcu - gdy w jego ostatnim tygodniu zaczęły obowiązywać ograniczenia związane z koronawirusem - zanotowano ponad 5-procentowe spadki w sprzedaży. W kwietniu 2020 r. w stosunku do kwietnia 2019 r. spadek mierzony wolumenem towarów wynosiły 22,6 proc., a wartością towarów - 23,1 proc. W efekcie sprzedaż detaliczna spadła do poziomu z grudnia 2005 r. To największe spadki w historii.

Zgodnie z restrykcjami związanymi z pandemią koronawirusa zamknięte zostały wszystkie sklepy stacjonarne z wyjątkiem tych, które sprzedają niezbędne towary (czyli supermarketów, sklepów spożywczych, aptek, ale także sklepów z alkoholem).

Najmocniej spadła sprzedaż odzieży i obuwia - o 50,2 proc. w stosunku do poprzedniego miesiąca, przy czym już w marcu była ona o prawie 35 proc. niższa niż w lutym. To razem spowodowało, że wielkość sprzedaży w tej kategorii znalazła się na poziomie z marca 1988 r.

Spadki sprzedaży zanotowały niemal wszystkie rodzaje sklepów, włącznie z supermarketami i sklepami spożywczymi, jednak w ich przypadku jest to spowodowane dużymi wzrostami w marcu, gdy ludzie w panice zaczęli kupować niezbędne produkty na czas epidemii. Wyjątkiem są tylko sklepy internetowe, które odnotowały 18-proc. wzrostu sprzedaży oraz sklepy z alkoholem (wzrost o 2,3 proc.).

Udział sprzedaży przez internet w całości sprzedaży detalicznej wzrósł w kwietniu do rekordowego poziomu 30,7 proc. W marcu było to 22,4 proc., co było dotychczasowym rekordem, a w kwietniu 2019 r. - 19,1 proc. Szczególnie mocno wzrosła sprzedaż żywności przez internet - aż o 55,8 proc. w stosunku do marca. W efekcie jej udział we wszystkich zakupach przez internet - mierzony wartością towarów - zwiększył się z 5,7 proc. do 9,3 proc.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz JaHo z Pixabay 

Rząd przyznaje, że możliwe kontrole towarów wysyłanych do Irlandii Płn.

Brytyjski rząd po raz pierwszy przyznał w środę, że może być konieczna pewna forma kontroli towarów wysyłanych do Irlandii Północnej z innych części Zjednoczonego Królestwa, choć nie będzie to tego konieczna budowa nowej fizycznej infrastruktury.

Premier Boris Johnson zapewniał wiele razy, że zawarta przez niego umowa z Unią Europejską w sprawie warunków brexitu nie spowoduje żadnych kontroli w obrocie towarów między Irlandią Północną a resztą kraju. Przed grudniowymi wyborami parlamentarnymi powiedział zaś przedsiębiorcom w Irlandii Północnej, że na Morzu Irlandzkim nie będzie żadnych barier i mogą oni wrzucić wszelkie zgłoszenia celne "do kosza".

W środę brytyjski rząd opublikował dokument wyjaśniający, w jaki sposób ma zamiar wcielić w życie protokół północnoirlandzki, czyli tę część porozumienia z UE, która dotyczy tej prowincji. Zgodnie z umową Irlandia Północna wraz upływem okresu przejściowego wraz z końcem tego roku opuści razem z pozostałą częścią Zjednoczonego Królestwa unię celną z UE, ale pozostanie związania niektórymi regulacjami unijnymi w kwestii obrotu towarami rolnymi i przemysłowymi. Protokół ma wejść w życie w styczniu, niezależnie od tego, czy Wielka Brytania i UE zawrą nową umowę handlową.

"Protokół nie tworzy - ani nie zawiera żadnych przepisów dotyczących tworzenia - jakiejkolwiek granicy międzynarodowej na Morzu Irlandzkim między Wielką Brytanią a Irlandią Północną" - napisano w dokumencie.

Rząd dodał jednak, że będą "pewne ograniczone dodatkowe procedury dotyczące towarów przybywających do Irlandii Północnej" z Wielkiej Brytanii (czyli Anglii, Szkocji i Walii). Jak wynika z przedstawionych w dokumencie planów, towary wwożone do prowincji z pozostałej części Zjednoczonego Królestwa będą podlegały opłatom celnym, ale tylko wtedy, gdy ich ostatecznym punktem przeznaczenia jest Irlandia lub inny kraj bądź jest "wyraźne i znaczne ryzyko, że tak się stanie".

Podkreślono, że w celu tych dodatkowych procedur nie będzie konieczne budowanie nowej infrastruktury celnej, a jedynie rozbudowanie niektórych istniejących punktów kontrolnych dla produktów rolno-spożywczych.

Celem protokołu było zapewnienie, że nie dojdzie do powrotu twardej granicy między Irlandią Północną a Republiką Irlandii, której powrót mógłby podważyć porozumienia pokojowego z 1998 r., kończące w dużej mierze konflikt w Irlandii Północnej.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Sprzedano obligacje rządowe o ujemnej rentowności

Wielka Brytania w środę po raz pierwszy sprzedała obligacje rządowe o ujemnej rentowności. To oznacza, że inwestorzy w faktycznie płacą za możliwość udzielania pożyczek brytyjskiemu rządowi.

Jak podał urząd ds. zarządzania długiem DMO, Wielka Brytania sprzedała trzyletnie obligacje o wartości 3,8 mld funtów przy rentowności minus 0,003 proc. Ujemna stopa zwrotu wskazuje, że inwestorzy, którzy utrzymają dług do terminu zapadalności, otrzymają z powrotem mniej niż zapłacili.

To odzwierciedla rosnące oczekiwania inwestorów, że Bank Anglii może być zmuszony do podjęcia dodatkowych kroków w celu przywrócenia inflacji do zakładanego poziomu 2 proc. W środę rano podano, że inflacja w kwietniu spadła do poziomi 0,8 proc., czyli najniższego od sierpnia 2016 roku.

W marcu Bank Anglii obniżył główną stopę procentową do rekordowo niskiego poziomu 0,1 proc., ale nie zdecydował się na zejście z nią poniżej zera, co jeszcze przed epidemią zrobiły m.in. Europejski Bank Centralny i Bank Japonii.

W 2016 roku Wielka Brytania sprzedała miesięczne obligacje z ujemną rentownością, ale środowa sprzedaż jest pierwszym przypadkiem, by taka sytuacja miała miejsce w przypadku obligacji o dłuższym terminie zapadalności.

Podczas środowej aukcji inwestorzy złożyli oferty na obligacje o wartości 8,1 mld funtów, co oznacza, że popyt przewyższył podaż 2,15-krotnie. Jak zwraca uwagę "Financial Times", duży popyt dowodzi atrakcyjności brytyjskich obligacji, od dawna uważanych za bezpieczną przystań ze względu na wiarygodność kredytową Wielkiej Brytanii. Sugeruje on również, że obawy związane z dużym wzrostem pożyczek zaciągniętych przez Wielką Brytanię w związku z pandemią Covid-19 nie odbiły się jeszcze na zainteresowaniu inwestorów brytyjskimi obligacjami.

Jak przewiduje brytyjskie Biuro Odpowiedzialności Budżetowej (OBR) z powodu podjętych przez rząd działań mających łagodzić gospodarcze skutki epidemii, dług publiczny kraju może przekroczyć w tym roku 100 proc. PKB, podczas gdy wcześniej prognozowano, że w roku finansowym 2020/21 wyniesie on 77 proc. PKB.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz Ahmad Ardity z Pixabay 

Rolls-Royce zwolni 9 tys. pracowników

Brytyjski koncern Rolls-Royce produkujący m.in. silniki lotnicze ogłosił w środę, że zamierza zwolnić co najmniej 9 tys. z 52 tys. pracowników i być może zamknie niektóre fabryki ze względu na kryzys w branży wywołany pandemią koronawirusa.

"Chodzi o dostosowanie naszych możliwości do zaspokojenia przyszłego popytu" - powiedział prezes przedsiębiorstwa Warren East w radiu BBC.

Rolls-Royce dostarcza silniki do dużych samolotów pasażerskich, takich jak Boeing 787 czy Airbus A350, a linie lotnicze płacą firmie za każdą wylataną godzinę. Oznacza to, że przedsiębiorstwo bardzo ucierpiało na gwałtownym spadku realizowanych połączeń lotniczych, który prawdopodobnie utrzyma się jeszcze przez kilka lat - podkreśla agencja Reutera.

Produkcja lotnicza odpowiada za ponad połowę rocznych przychodów koncernu, które w zeszłym roku wyniosły ok. 15 mld funtów, a Rolls-Royce już zapowiedział, że przewidywane zwolnienia będą obejmowały głównie pracowników działu zajmującego się produkcją na potrzeby lotnictwa cywilnego.

Redukcje obejmą 17 proc. obecnych pracowników, a ich koszt ma wynieść ok. 800 mln funtów. Operacja ma dać oszczędności rzędu 1,3 mld funtów rocznie, a jej szczegóły będą konsultowane ze związkami zawodowymi.

Siedziba koncernu znajduje się w Derby w Anglii i to tam pracuje około dwóch trzecich zatrudnionych w dziale lotnictwa cywilnego. Zwalniani mają być także pracownicy administracyjni i pomocniczy, Rolls-Royce nie przewiduje natomiast redukcji etatów w części przedsiębiorstwa produkującej na rzecz przemysłu zbrojeniowego.

Brytyjski minister sprawiedliwości Robert Buckland zapytany o to, czy rząd zamierza w jakiś sposób pomóc firmie odpowiedział, że "na pewno będziemy musieli współpracować z tym pracodawcą i rozważać wszystkie możliwości". Dodał, że należy patrzeć nie tylko na samego Rolls-Royce'a, ale na cały związany z nim łańcuchami dostaw sektor i zrobić wszystko, aby pomóc temu ważnemu i zaawansowanemu technicznie działowi brytyjskiej gospodarki.(PAP)

Obraz 2427999 z Pixabay 

Rząd upraszcza i obniża stawki celne po brexicie

Rząd Wielkiej Brytanii przedstawił we wtorek nowy reżim celny, który będzie obowiązywał po zakończeniu okresu przejściowego po wyjściu kraju z Unii Europejskiej. Jest on znacznie prostszy niż unijny i w większości przypadków oznacza obniżenie stawek celnych.

Do końca 2020 r. Wielka Brytania pozostaje związana unijnym zharmonizowanym reżimem celnym. Od 2021 r. może sama określać stawki celne, przy czym przedstawione we wtorek stawki dotyczyć będą tylko handlu z tymi krajami, z którymi Londyn nie zawrze umowy o wolnym handlu. Rozmowy o takich umowach prowadzi obecnie z Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi i chce je zawrzeć przed końcem roku, a celem rządu Borisa Johnsona jest to, by do 2022 r. umowy o wolnym handlu obejmowały 80 proc. brytyjskiego handlu.

"Po raz pierwszy od 50 lat jesteśmy w stanie ustanowić własny reżim celny, który jest dopasowany do brytyjskiej gospodarki. Nasz nowy globalny reżim celny przyniesie korzyści brytyjskim konsumentom i gospodarstwom domowym poprzez ograniczenie biurokracji i zmniejszenie kosztów tysięcy produktów codziennego użytku. Dzięki temu prostemu podejściu wspieramy brytyjski przemysł i pomagamy przedsiębiorstwom przezwyciężyć bezprecedensowe wyzwania gospodarcze, jakie stwarza koronawirus" - oświadczyła minister handlu międzynarodowego Liz Truss.

Jak podkreślono, nowy system będzie znacznie prostszy niż unijny, bo eliminuje tysiące przypadków, gdy nieznacznie różniące się typy produktów obłożone są różnymi stawkami celnymi, a także automatycznie znosi wszystkie cła poniżej 2 proc., które są przede wszystkim obciążeniem biurokratycznym. Ponadto wartość cła będzie podawana w funtach, a nie w euro, co z punktu widzenia brytyjskich importerów eliminuje dodatkowe różnice kursowe.

Nowy reżim celny znosi cła na import produktów o wartości 62 miliardów funtów, z czego około 30 mld to import produktów używanych w produkcji, zaś reszta - produktów konsumenckich. Zniesione zostaną cła na takie produkty jak zmywarki do naczyń i zamrażarki, farby i śrubokręty, produkty sanitarne i tampony, niektóre produkty do gotowania czy choinki. To oznacza, że ich ceny mogą spaść o kilka procent.

Pozostawione zostaną natomiast cła na obecnym poziomie na samochody, produkty rolne, takie jak wołowina, jagnięcina, drób czy masło, a także na większość produktów ceramicznych i szklanych, czyli w sektorach, w których zniesienie ceł mogłoby zaszkodzić brytyjskim producentom.

W efekcie tych zmian do ok. 60 proc. brytyjskiego importu będzie sprowadzanych bez cła lub po preferencyjnych stawkach, podczas gdy obecnie, w ramach zharmonizowanych unijnych stawek, jest to 47 proc.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz Pexels z Pixabay 

Epidemia zmniejszyła majątki najbogatszych, James Dyson liderem rankingu

Wynalazca i przedsiębiorca James Dyson z majątkiem w wysokości 16,2 mld funtów jest najbogatszym człowiekiem w Wielkiej Brytanii, ale z powodu epidemii stan posiadania najbogatszych się zmniejszył - wynika z opublikowanego w niedzielę dorocznego rankingu "Sunday Times".

Majątek Dysona zwiększył się w ciągu minionego roku o 3,6 mld funtów, dzięki czemu awansował z piątego na pierwsze miejsce na liście. 72-letni Dyson zasłynął przede wszystkim jako wynalazca odkurzacza bezworkowego, który wszedł na rynek w 1993 r., ale założona i należąca do niego firma Dyson Ltd. produkuje także cały szereg innych sprzętów, takich jak bezprzewodowe suszarki do rąk, suszarki do włosów, wentylatory, odświeżacze powietrza. Dyson był jednym z tych biznesmenów - będących w mniejszości - którzy przed referendum z 2016 r. poparli wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.

Liderujący zeszłorocznemu rankingowi pochodzący z Indii bracia Sri i Gopi Hinduja stracili nie tylko pozycję liderów, ale także ich majątek zmniejszył się o 6 mld funtów i wynosi obecnie 16 mld. Tyle samo stracił liderujący w 2018 r. Jim Radcliffe, założyciel i główny udziałowiec koncernu chemicznego Ineos, który teraz jest na piątym miejscu (12,15 mld). Pierwszą piątkę uzupełniają jeszcze bracia David i Simon Reuben, którzy zajmują się głównie nieruchomościami (16 mld) oraz urodzony w Odessie biznesmen z obywatelstwem brytyjskim i amerykańskim Len Blavatnik (15,78 mld).

Wskutek epidemii koronawirusa więcej na liście jest osób, których majątek się zmniejszył w porównaniu z zeszłym rokiem niż wzrósł. Łączny stan posiadania 1000 najbogatszych mieszkańców Wielkiej Brytanii zmniejszył się o 3,7 proc., co jest pierwszym takim przypadkiem od czasu globalnego kryzysu finansowego sprzed dekady.

"Od czasu kryzysu finansowego w latach 2008-09 najbogatsi ludzie w Wielkiej Brytanii stawali się coraz bogatsi. Covid-19 zakończył ich złoty okres. Tegoroczna lista najbogatszych przedstawia obraz Wielkiej Brytanii na skraju katastrofy - dwa miesiące po zamknięciu, a już miliardy funtów wyparowały. Można nie lubić superbogatych, ale trudno zaprzeczyć, że nasza gospodarka będzie potrzebować miejsc pracy, które oni tworzą i podatków, które płacą oni i ich firmy, jeśli mamy uciec od przedłużającej się recesji przedłużającej niedolę milionów" - skomentował Robert Watts, który sporządził tegoroczną listę "Sunday Times".

Spośród kobiet najwyżej na liście - na szóstym miejscu razem z bratem - jest Szwedka Kirsten Rausing, która ma jedną trzecią udziałów w należącej do rodziny firmie produkującej opakowania Tetra Pak.

Brytyjska królowa Elżbieta II jest na 372. miejscu - jej majątek "Sunday Times" szacuje na 350 mln funtów.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz PublicDomainPictures z Pixabay 

Barnier: kolejna runda negocjacji w sprawie relacji z W. Brytanią rozczarowująca

Główny negocjator UE Michel Barnier poinformował w piątek, że kolejna, trzecia runda negocjacji z Wielką Brytanią w sprawie jej relacji z Unią po brexicie była rozczarowująca. Ocenił, że oczekiwania Brytyjczyków są "nierealistyczne" i muszą oni "zmienić strategię".

Barnier oświadczył, że oczekiwania Brytyjczyków, że będą mogli korzystać z wszelkich przywilejów wynikających z unii celnej i jednolitego rynku bez podlegania zasadom, które obowiązują państwa UE, są po prostu "nierealistyczne".

"Dlatego zaproponowałem Brytyjczykom zmianę taktyki, strategii, jeśli w ogóle chcą zawrzeć z nami porozumienie. Nie zawrzemy umowy za wszelką cenę. Nigdy nie zawrzemy umowy ze szkodą dla unii celnej i jednolitego rynku" - powiedział negocjator UE.

Wielka Brytania opuściła Unię Europejską 31 stycznia. Obecnie, w okresie przejściowym, czyli do końca 2020 roku, strony starają się wynegocjować umowę w sprawie przyszłych relacji. W tym czasie Zjednoczone Królestwo jest wprawdzie poza instytucjami unijnymi, ale faktycznie stosuje się do praw i obowiązków oraz korzysta z przywilejów UE, w tym z uczestnictwa w jednolitym rynku.

Barnier powiedział, że UE jest gotowa na scenariusz braku mowy o przyszłych relacjach z Wielką Brytanią, czyli twardy brexit i przyspieszyła przygotowania do takiego scenariusza. W jego opinii konsekwencje brexitu są ciągle "niedoszacowane" przez Brytyjczyków.

Główne sporne kwestie to rozwiązania, które miałyby zapewnić równe warunki działania dla przedsiębiorstw po obu stronach kanału La Manche, ramy zarządzania przyszłym porozumieniem, w tym rolę Trybunału Sprawiedliwości UE oraz kwestię rybołówstwa.

Barnier powiedział na piątkowej konferencji, że nie będzie umowy bez porozumienia w sprawie "równych warunków" i rybołówstwa. "Nie będziemy handlować naszymi wartościami dla korzyści brytyjskiej gospodarki" - wskazał.

Dodał, że UE nie pozwoli krajowi trzeciemu ustalać warunków dostępu do jednolitego rynku. Powiedział też, że w kwestii negocjacji "nie jest optymistą", ale kolejna runda musi przynieść postępy, jeśli strony mają wyjść z impasu w tych rozmowach.

W czerwcu ma nastąpić przegląd dotychczasowych postępów w negocjacjach z udziałem przywódców. Dotychczasowe pertraktacje nie przyniosły przełomu.

Jeśli nie dojdzie do zawarcia umowy przed końcem roku, to obie strony czeka ekonomiczny brexit, oznaczający m.in. konieczność przywrócenia ceł i kwot taryfowych we wzajemnym handlu oraz granicy między Irlandią, a Irlandią Północną.

Zawarcie porozumienie musi nastąpić odpowiednio wcześniej, aby dać czas parlamentom obu stron na procedurę ich ratyfikacji. Z tego względu obie strony jeszcze w zeszłym roku umówiły się na przegląd postępów w czerwcu.

Negocjacje w tym tygodniu dotyczyły m.in. handlu dobrami, usługami, inwestycji, rybołówstwa, zasad dla przedsiębiorstw, które miałyby zapewnić uczciwą konkurencję, energii oraz współpracy sądowniczej i nadzoru nad wdrażaniem porozumienia.

Z Brukseli Łukasz Osiński (PAP)

"FT": rząd spiera się o cła na produkty rolne z USA

W brytyjskim rządzie narasta spór, czy w ramach rozpoczętych w zeszłym tygodniu negocjacji ze Stanami Zjednoczonymi w sprawie umowy handlowej znacząco obniżyć cła na produkty rolne z tego kraju - pisze w czwartek "Financial Times".

Według gazety minister handlu międzynarodowego Liz Truss, która nadzoruje negocjacje z USA, przygotowuje duży pakiet ustępstw mający skłonić Amerykanów do szybkiego zawarcia umowy. Jednym z głównych punktów tego pakietu miałoby być znaczące obniżenie ceł na amerykańskie produkty rolne.

Temu jednak sprzeciwia się minister środowiska, żywności i spraw wiejskich George Eustice, który przekonuje, że zaszkodzi to brytyjskim farmerom. Jego obiekcje podziela też Michael Gove, wpływowy minister bez teki. Jak pisze "FT", w ministerstwie środowiska (DEFRA) panują obawy, że obniżenie ceł na produkty rolne może być pierwszym krokiem do ustępstw negocjacyjnych w kwestii standardów żywnościowych, które w Wielkiej Brytanii są znacznie wyższe niż w USA.

"Eustice i DEFRA chcą równych szans w zakresie dobrostanu zwierząt. DEFRA twierdzi, że nie można obniżyć taryf celnych dla amerykańskiego rolnictwa, gdy produkuje ono po znacznie niższych kosztach ze względu na ich standardy dobrostanu" - mówi cytowane przez "FT" źródło rządowe.

Przedstawiciele ministerstwa handlu międzynarodowego zastrzegają, że żadne decyzje w sprawie obniżek ceł nie zostały jeszcze podjęte. "Negocjacje USA i Wielkiej Brytanii rozpoczęły się dopiero w zeszłym tygodniu - jest zdecydowanie za wcześnie, by mówić o jakichkolwiek zmianach w taryfach. Wyraziliśmy się jasno, że dojdziemy do porozumienia, które będzie korzystne dla całej Wielkiej Brytanii, w tym dla naszych rolników. A wszelkie umowy handlowe muszą być na zasadzie wzajemności" - mówi urzędnik tego resortu.

Na początku zeszłego tygodnia brytyjscy i amerykańscy negocjatorzy rozpoczęli rozmowy - w formie wideokonferencji - w sprawie umowy handlowej. Obie strony deklarują, że chcą, by została ona zawarta przed końcem roku, tak, aby mogła wejść w życie 1 stycznia 2021 r., wraz z upływem okresu przejściowego, któremu Wielka Brytania podlega po wyjściu z Unii Europejskiej. Londyn chciałby, aby tę umowę zawrzeć jeszcze szybciej - przed listopadowymi wyborami prezydenckimi w USA, gdyż obawia się, że jeśli nastąpi zmiana w Białym Domu, nowa administracja może mieć zupełnie inne podejście do kwestii umowy.

Rządząca Partia Konserwatywna w programie przed grudniowymi wyborami parlamentarnymi zawarła obietnicę, że dążąc do zawarcia nowych umów handlowych po brexicie nie będzie obniżała standardów ochrony środowiska, bezpieczeństwa żywności czy dobrostanu zwierząt. Musi się także liczyć z głosami farmerów, którzy są dla niej ważną grupą wyborców i niemal jednomyślnie poparli brexit. Zarazem jeśli brexit ma się okazać sukcesem, to niezbędnym warunkiem tego jest zawarcie umów handlowych z najważniejszymi partnerami handlowymi.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz Kai Pilger z Pixabay 

Pomoc finansowa rządu dla operatora komunikacji miejskiej w Londynie

Transport for London (TfL), miejska spółka zarządzająca komunikacją w brytyjskiej stolicy, dostanie od rządu pomoc finansową w wysokości 1,6 miliarda funtów, która pozwoli na kursowanie metra i autobusów do września - poinformowano w czwartek wieczorem.

Wcześniej burmistrz Londynu Sadiq Khan ostrzegał, że jeśli w czwartek do końca dnia TfL nie dostanie pomocy, spółka będzie zmuszona ograniczyć kursowanie metra i autobusów, a samo TfL może ogłosić bankructwo. We wtorek TfL informował, że wskutek koronawirusa stracił 90 proc. przychodów i spodziewa się w tym roku straty w wysokości 4 miliardów funtów.

Zgodnie z zawartym porozumieniem, Khan obiecał przywrócić normalne kursowanie metra tak szybko, jak to jest możliwe. Według stacji BBC zapowiedział on także, że w przyszłości podniesie ceny biletów o 1 proc. powyżej inflacji. Zgodził się ponadto na długookresowy przegląd finansów TfL, a także na rozmieszczenie w pojazdach komunikacji miejskiej rządowych komunikatów w sprawie epidemii koronawirusa. Porozumienie przewiduje, że 500 mln funtów z tej pomocy będzie miało formę pożyczki.

Złożona przez Khana propozycja podwyżki cen biletów jest sprzeczna ze złożoną przez niego obietnicą wyborczą, zgodnie z którą koszty transportu nie będą rosły ponad wskaźnik inflacji. Zaplanowane na początek maja wybory burmistrza Londynu, w których reprezentujący Partię Pracy Khan miał się ubiegać o reelekcję, z powodu koronawirusa zostały przełożone na przyszły rok.

Po wprowadzeniu pod koniec marca przez rząd restrykcji w celu zatrzymania epidemii koronawirusa, w tym m.in. zakazu wychodzenia z domów i przemieszczania się bez potrzeby, komunikacja miejska w Londynie zaczęła kursować według ograniczonego rozkładu.

Jak informował TfL, liczba pasażerów w autobusach spadła o 85 proc., zaś w metrze o 95 proc. w porównaniu z analogicznym okresem zeszłego roku. Ponadto ok. 7000 osób, czyli jedna czwarta wszystkich pracowników, została wysłana na urlopy, dzięki czemu spółka mogła skorzystać z rządowego programu subsydiowania 80 proc. ich pensji.

Mimo tych oszczędności koszty TfL są nadal duże - funkcjonowanie komunikacji miejskiej w tak ograniczonym zakresie jak obecnie pochłania ok. 600 milionów funtów miesięcznie.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

 

foto : twitter / Tfl

Wydatki rządu w odpowiedzi na epidemię wyniosą 123,2 mld funtów

Działania brytyjskiego rządu podjęte w odpowiedzi na epidemię koronawirusa będą kosztować 123,2 mld funtów, z czego 40 proc. zostanie wydane na subsydiowanie pensji urlopowanych pracowników - poinformowało w czwartek Biuro Odpowiedzialności Budżetowej (OBR).

OBR uaktualniło swoją prognozę kosztów w związku z ogłoszeniem we wtorek przez ministra finansów Rishiego Sunaka, że program subsydiowania pensji zostaje wydłużony o kolejne cztery miesiące - do końca października. Poprzednio koszt podjętych przez rząd działań wyliczano na 103,7 mld funtów.

Zwiększone wydatki z budżetu oraz mniejsze wpływy z podatków spowodują, że w bieżącym roku finansowym 2020-2021 deficyt budżetowy wyniesie 298,4 mld funtów - przewiduje OBR. Miesiąc wcześniej, w poprzedniej prognozie, wielkość deficytu szacowano na 273 miliardy, zaś w marcu - zanim podjęto radykalne środki w celu zatrzymania epidemii - OBR przewidywał, że wyniesie on 55 miliardów.

Deficyt na poziomie 298,4 mld funtów oznacza, że będzie on stanowił 15,2 proc. PKB, co byłoby najwyższym poziomem od czasu II wojny światowej. W roku finansowym 2018-2019 brytyjski deficyt wyniósł 1,8 proc. Wzrośnie także dług publiczny, który w bieżącym roku finansowym sięgnie 95,8 proc. PKB, podczas gdy w roku 2018-2019 było to 80,8 proc.

OBR wylicza, że koszt rządowego programu subsydiowania pensji urlopowanych pracowników wyniesie 50 mld funtów, a nie 39 mld, jak przewidywano przed jego przedłużeniem. W ramach programu pracodawcy, którzy mimo negatywnych skutków epidemii dla ich działalności nie zwolnią pracowników, ale wyślą ich na urlopy, mogą zwrócić się o zrefundowanie z rządowego funduszu 80 proc. wynagrodzenia - do kwoty 2500 funtów brutto miesięcznie.

To najkosztowniejsza pozycja w rządowych działaniach podjętych w odpowiedzi na epidemię - pozostałą część uzupełniają m.in. zwiększone wydatki na służbę zdrowia, subsydiowanie transportu, zwiększone transfery dla władz lokalnych oraz władz Szkocji, Walii i Irlandii Północnej, a także program pomocy dla samozatrudnionych, granty dla małych firm, gwarancje kredytowe i ulgi podatkowe dla przedsiębiorstw.

Szacunki OBR opierają się na założeniu, że w II kwartale tego roku brytyjskie PKB skurczy się o 35 proc. To większy spadek niż zakładają ministerstwo finansów oraz Bank Anglii.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz PublicDomainPictures z Pixabay 

Gospodarka skurczyła się w I kwartale o 2 proc., najmocniej od 2008 roku

Brytyjska gospodarka skurczyła się w pierwszym kwartale 2020 roku o 2,0 proc., czyli najmocniej od kryzysu finansowego w 2008 roku. To efekt spadku PKB w marcu o rekordowe 5,8 proc. - podał w środę brytyjski urząd statystyczny ONS.

Kwartalny spadek PKB okazał się wprawdzie mniejszy od oczekiwań analityków, którzy się spodziewali, że będzie on na poziomie 2,6 proc., ale i tak jest to pierwszy krok w kierunku recesji. Ta wymaga dwóch kolejnych kwartałów ze spadkiem PKB, a biorąc pod uwagę, że ograniczenia wprowadzone w celu zatrzymania epidemii koronawirusa wstrzymały większość gospodarki, jest pewne, że w obecnym kwartale spadek będzie jeszcze większy.

W marcu nastąpił rekordowy spadek PKB, mimo że te ograniczenia na pełną skalę zostały ogłoszone dopiero 23 marca. Pierwszy etap ich poluzowywania zaczyna się teraz, co oznacza, że brytyjska gospodarka podlegała im przez niemal połowę drugiego kwartału, a przez pozostałą część nadal będą obowiązywać duże ograniczenia.

"Wpływ koronawirusa był widoczny w całej gospodarce, a prawie wszystkie sektory spadły w ciągu trzech miesięcy do marca" - napisał ONS. Złożyły się na to spadek o 1,9 proc. w sektorze usług - który odpowiada za około 80 proc. PKB Wielkiej Brytanii - o 2,1 proc. w przemyśle i 2,6 proc. w budownictwie.

"To największy kwartalny spadek od czasu światowego kryzysu finansowego, odzwierciedla on nałożenie ograniczeń w celu ochrony zdrowia publicznego i dobrowolne zdystansowanie społeczne w odpowiedzi na pandemię Covid-19" - dodaje ONS.

Spadek brytyjskiego PKB w pierwszym kwartale jest znacznie mniejszy niż we Francji i we Włoszech, gdzie wyniósł on odpowiednio 5,8 oraz 4,7 proc., ale jest to związane z faktem, że te kraje wprowadziły restrykcje dwa tygodnie wcześniej.

W zeszłym tygodniu Bank Anglii ostrzegł, że brytyjski PKB może spaść w tym roku o rekordowe 14 proc. W swojej prognozie bank centralny przewidywał spadek PKB w pierwszym kwartale roku o 3 proc., zaś w drugim - nawet o 25 proc. Zarazem jednak zapowiada równie szybkie odbicie w przyszłym roku.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz Gerd Altmann z Pixabay 

 
Image

Świetna aplikacja! Pobierz!

Image
Image

Jesteś świadkiem ciekawych wydarzeń?

Zarejestruj się i podziel się swoją historią

Zostań autorem
Image
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo

Korzystając z naszej strony, wyrażasz zgodę na wykorzystywanie przez nas plików cookies - Polityka prywatności. Zaktualizowaliśmy naszą politykę przetwarzania danych osobowych - RODO. Więcej dowiesz się TUTAJ.