Hide
BĄDŹ NA BIEŻĄCO!
Follow on Facebook
Facebook
Show

Biznes

All Stories

KE zaczyna drugą fazę konsultacji ws. płacy minimalnej w UE

KE rozpoczęła w środę drugą fazę konsultacji ze związkami zawodowymi i organizacjami pracodawców ws. płacy minimalnej, którą mieliby zostać objęci wszyscy pracownicy w UE. W ciągu kilku miesięcy zapadnie decyzja, czy w tej sprawie będą rekomendacje czy dyrektywa.

Temat ten był dyskutowany na środowym posiedzeniu kolegium komisarzy UE. Na przełomie stycznia i lutego Komisja przeprowadziła pierwszy etap konsultacji, jednak cieszył się on ograniczonym zainteresowaniem. Uwagi zgłosiło 23 partnerów społecznych z całej UE.

"Na podstawie otrzymanych odpowiedzi KE zdecydowała, że wymagane jest podjęcie działania na poziomie europejskim" - powiedział na środowej konferencji prasowej w Brukseli rzecznik KE Eric Mamer.

Temat płacy minimalnej pojawił się jeszcze w poprzedniej Komisji, którą kierował Jean-Claude Juncker, jednak sprawa nie wyszła poza dyskusje. Nowa przewodnicząca KE Ursula von der Leyen przejęła ten pomysł i wzięła go na sztandary starając się w ubiegłym roku o poparcie swojej kandydatury w Parlamencie Europejskim.

Ostatnie wydarzenia związane z kryzysem wywołanym przez pandemię koronawirusa - słychać w Brukseli - jeszcze bardziej zwiększyły potrzebę działań UE, by ograniczyć rosnące nierówności płac i ubóstwo pracujących.

Komisja zastrzega, że jej celem nie jest ustanowienie jednolitej europejskiej płacy minimalnej, co, biorąc pod uwagę różnice w rozwoju poszczególnych państw i zarobki w nich, byłoby trudne. Nie chodzi też o zharmonizowanie systemów ustalania takiej płacy.

W dokumencie, który jest podstawą drugiego etapu konsultacji, określono możliwe warianty działania UE, by zapewnić, aby płace minimalne były ustalane na odpowiednich poziomach i chroniły wszystkich pracowników. Na razie nie ma jeszcze rozstrzygnięć, ale z zapowiedzi KE wynika, że chce ona postawić na dobrze funkcjonujący system negocjacji zbiorowych dotyczący ustalania płac.

W Polsce o wysokości płacy minimalnej dyskutuje się w ramach komisji trójstronnej z udziałem przedstawicieli rządu, związków zawodowych i pracodawców. W niektórych krajach członkowskich płace ustala się jednak nie dla całej gospodarki, ale sektorowo, podczas gdy w innych w ogóle nie ma takich rozwiązań.

Dlatego urzędnicy z Brukseli wskazują, że krajowe ramy prawne powinny umożliwiać ustanowienie i regularne aktualizowanie ustawowej płacy minimalnej według jasnych i stabilnych kryteriów. Plan KE zakłada też, że partnerzy społeczni będą mieli rzeczywisty udział w procesie ustalania takiej płacy, a różnice w jej poziomach i odstępstwa będą wyeliminowane lub ograniczone.

"Co szósty pracownik w UE zalicza się do nisko uposażonych, a większość z nich stanowią kobiety. To te osoby podtrzymywały nasze społeczeństwa i gospodarki, kiedy wszystko inne musiało się zatrzymać. Paradoksalnie jednak to właśnie w tych pracowników kryzys uderzy najmocniej. Działania na rzecz inicjatywy w sprawie płac minimalnych w UE to istotny element naszej strategii odbudowy. Każdy zasługuje na godziwy poziom życia" - podkreślił w oświadczeniu unijny komisarz do spraw miejsc pracy i praw socjalnych Nicolas Schmit.

Po konsultacjach, które będą prowadzone do 4 września, Komisja ma rozstrzygnąć, za pomocą jakich środków chce zająć się tym tematem. Rozważana jest dyrektywa, którą wdrożyć musiałyby wszystkie państwa członkowskie, albo zalecenie przyjmowane przez Radę UE. Bruksela zapewnia, że niezależnie od tego, na co się zdecyduje, jej propozycja będzie odzwierciedlała krajowe uwarunkowania, układy zbiorowe lub przepisy prawne.

Z Brukseli Krzysztof Strzępka (PAP)

Obraz joffi z Pixabay 

Write comment (0 Comments)

Media: szef Banku Anglii zalecił bankom przygotowania do braku umowy z UE

Gubernator Banku Anglii (BoE) Andrew Bailey powiedział szefom największych brytyjskich banków, by w obliczu impasu w rozmowach między Londynem a Brukselą zintensyfikowali przygotowania do braku porozumienia - podała w środę stacja Sky News.

Według stacji, słowa te padły podczas wtorkowej wideokonferencji, w której uczestniczyli m.in. prezesi Barclays, HSBC, Lloyds Banking Group i Royal Bank of Scotland, czyli tzw. wielkiej czwórki brytyjskiego sektora bankowego. Jak twierdzi źródło Sky News, rozmowy z Unią Europejską były głównym tematem dyskusji.

Jak komentuje Sky News, uwagi Baileya podczas rozmowy z szefami banków sugerują, że w Banku Anglii nastąpiła zmiana założeń co do wyniku trwających rozmów między Wielką Brytanią a Unią Europejską. Przypomina też, że zalecenie to pojawiło się w momencie, gdy największe brytyjskie banki zmagają się z gospodarczymi efektami pandemii koronawirusa.

W tym tygodniu rozpoczęła się – zaplanowana do piątku - ostatnia runda negocjacji przed upływem przypadającego na koniec czerwca terminu, w którym ma się wyjaśnić ich ciąg dalszy, jeśli Wielka Brytania miałaby zwrócić się o przedłużenie okresu przejściowego poza 2020 r., choć brytyjski premier Boris Johnson wielokrotnie wykluczał taką możliwość. Zapowiadał natomiast, że jeśli do końca czerwca nie będzie postępu w negocjacjach, Wielka Brytania może je zerwać, aby skupić się na przygotowaniach do zakończenia okresu przejściowego bez umowy.

Biuro brytyjskiego premiera poinformowało na początku tygodnia, że Johnson przed końcem miesiąca prawdopodobnie przeprowadzi osobiste rozmowy z przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen.

Zakończenie bez porozumienia handlowego trwającego 11 miesięcy okresu przejściowego po brexicie oznaczałoby, że obie strony będą handlować zgodnie z zasadami Światowej Organizacji Handlu (WTO), czyli możliwe będą cła i inne bariery, a to będzie miało wpływ na klientów korporacyjnych banków ze wszystkich głównych sektorów gospodarki.

W swoim przesłuchaniu przez posłów przed nominacją Bailey mówił, że brak porozumienia zwiększy bariery handlowe w stosunku do kompleksowej umowy o wolnym handlu, a brak środków łagodzących "może uczynić handel bardziej kosztownym lub trudniejszym w stosunku do kompleksowej umowy o wolnym handlu, co zmniejszy obroty handlowe i bezpośrednie inwestycje zagraniczne".

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Write comment (0 Comments)

UE/Komisarz ds. budżetu: pieniądze na odbudowę będą przyznawane warunkowo

Pieniądze na odbudowę gospodarczą będą przyznawane po spełnieniu przez państwa UE odpowiednich warunków, np. wprowadzania reform dot. wieku emerytalnego czy dążenia do celu neutralności klimatycznej - oświadczył w czwartek komisarz ds. budżetu Johannes Hahn.

Deklaracja ta padła dzień po przedstawieniu przez Komisję Europejską propozycji budżetu UE na lata 2021-2027 wraz ze środkami na ożywienie gospodarcze po załamaniu wywołanym pandemią. Projekt został dobrze przyjęty przez Warszawę, bo przewiduje, że Polska będzie po Włoszech i Hiszpanii trzecim największym odbiorcą pożyczek i grantów na odbudowę po koronawirusie. Z 750 mld euro nad Wisłę ma trafić około 64 mld euro.

"Kalkulacja (podziału środków - PAP) jest oparta o formułę, która bierze pod uwagę PKB i poziom bezrobocia w określonym czasie. To na ten moment zaprowadziło do propozycji alokacji środków dla Polski i innych krajów" - powiedział w Brukseli niewielkiej grupie dziennikarzy, w tym PAP, komisarz ds. budżetu.

Komisja nie ma zamiaru bezwarunkowo udostępniać ogromnych funduszy państwom członkowskim. Chce, by ich wykorzystanie związane było z wdrażaniem reform wynikających z unijnego cyklu zarządzania gospodarczego, określanego semestrem europejskim. W jego ramach kraje unijne dopasowują swoją politykę budżetową i gospodarczą do celów i zasad ustalonych na szczeblu UE. Obecnie jednak nie ma żadnych sankcji za bagatelizowanie rekomendacji.

To jednak ma się zmienić. Projekt KE przewiduje, że państwa, które będą chciały korzystać ze środków na odbudowę będą musiały przygotować i złożyć do KE odpowiedni plan. Po jego uzgodnieniu monitorowanie będzie jego wdrażanie i kolejne transze funduszy będą przelewane dopiero, gdy KE uzna, że kraj wypełnił swoje zobowiązania.

"Powinniśmy wykorzystać obecny kryzys, żeby odpowiednio wyposażyć nasze państwa członkowskie, by były odporniejsze na kolejne kryzysy" - zaznaczył Hahn. Jak dodał koncepcja ta nie ma być czymś sztucznym. Jako analogię wskazał na banki, które przed dekadą były niedostatecznie odporne na kryzys, ale po wdrożeniu szeregu reform ustalonych na poziomie unijnym udało się to zmienić. "Można zbudować odporność. Teraz chcemy to zrobić na skalę europejską" - powiedział Austriak.

Wzmacnianie zdolności reagowania na kryzysy i absorbowania szoków nie będzie dotyczyło tylko Włoch czy Hiszpanii, które najmocniej dotknął koronawirus, ale wszystkich państw członkowskich. Nie wszędzie recepty mają być jednak takie same. Hahn jako przykład podał Chorwację, która jest najmocniej uzależnionym od turystyki państwem w UE. Sektor ten odpowiada tam za 1/4 PKB. "Jeśli chodzi o rozłożenie ryzyka, to nie jest zdrowa sytuacja. Dla mnie budowanie odporności oznacza inwestowanie w dywersyfikację gospodarczą" - tłumaczył Hahn.

Jak dodał, w innych krajach ryzyka mogą być inne, ale są i takie, które występują prawie wszędzie. "Dla prawie wszystkich krajów są rekomendacje dotyczące systemu emerytalnego. Mamy starzejące się społeczeństwo, ale zwykle system emerytalny nie jest do tego dostosowywany. To może uruchomić wiele problemów budżetowych w przyszłości" - zauważył Hahn.

W przypadku Polski ważne będą zmiany dotyczące sektora energetycznego i węglowego. Jedną z odpowiedzi na kryzys zaproponowaną przez KE jest zwiększenie z 7,5 do 40 mld euro funduszu na sprawiedliwą transformację. Do regionów nad Wisłą ma trafić największa jego część, bo 8 mld euro (6 mld euro więcej niż przewidywano wcześniej).

Polska jako jedyny kraj z UE nie zgodziła się jednak na cel osiągniecia neutralności klimatycznej w 2050 r. Zdaniem Hahna nowe środki to argument za tym, by zmienić to podejście.

"Główny cel funduszu to pomoc regionom mocno uzależnionym od węgla. On jest bardzo mocno nakierowany na Polskę. Zwiększenie o 6 mld euro środków na fundusz sprawiedliwej transformacji to bardzo mocny argument, żeby zgodzić się na cały pakiet" - zaznaczył komisarz.

KE trzyma się swojej propozycji dotyczącej powiązania dostępu do środków unijnych z praworządnością. Przez m.in. sprzeciw Polski przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel w swojej propozycji na szczyt w lutym "rozwodnił" propozycję KE, by trudniej było zamrażać środki krajom mającym problemy. KE wróciła jednak do pierwotnego, ostrzejszego rozwiązania. "Słuchamy m.in. krajów oszczędnych (tak określane są Holandia, Dania, Szwecja i Austria - PAP). Dla nich to bardzo ważna sprawa" - wskazał komisarz ds. budżetu. Jak dodał, twardych rozwiązań ws. praworządności domagał się też PE, który również ma rolę do odegrania w procesie decyzyjnym ws. przyszłego budżetu UE.

Z Brukseli Krzysztof Strzępka (PAP)

Write comment (0 Comments)

KE zatwierdziła kolejny element tarczy finansowej

Komisja Europejska zatwierdziła w piątek polski program pomocy o wartości 1,6 mld euro na zrekompensowanie przedsiębiorstwom strat poniesionych z powodu pandemii Covid-19 i na zapewnienie pomocy na utrzymanie płynności finansowej.

Program, którym będzie zarządzać Polski Fundusz Rozwoju, jest częścią tarczy finansowej dla dużych przedsiębiorstw. Jego budżet całkowity wynosi około 5,5 mld euro i będzie on otwarty dla dużych firm oraz niektórych większych MŚP zarejestrowanych nad Wisłą.

"Program o budżecie 1,6 mld euro umożliwi Polsce zrekompensowanie szkód poniesionych przez duże oraz niektóre małe i średnie przedsiębiorstwa w związku z pandemią. Jednocześnie pomoże zaspokoić ich bezpośrednie zapotrzebowanie na płynność. Dzięki temu przedsiębiorstwa te będą mogły kontynuować działalność w trakcie pandemii koronawirusa i po jej zakończeniu" - podkreśliła w piątkowym oświadczeniu wiceszefowa KE Margrethe Vestager.

Pomoc będzie udzielana w formie subsydiowanych pożyczek oprocentowanych na korzystnych zasadach. Będą one mogły zostać spłacone do 30 września 2021 r. Wysokość spłat nie ma przekraczać 75 proc. rzeczywistej szkody poniesionej przez firmy, które będą beneficjentami pomocy, między 1 marca a 31 sierpnia tego roku, bezpośrednio w związku z pandemią koronawirusa. W związku z tym beneficjentom zostanie zapewniona natychmiastowa płynność poprzez pożyczki.

Program zakłada, że pomoc będzie udzielana w formie pożyczek, które zostaną później częściowo umorzone. Firmy nie będą musiały spłacać kwot, które będą odpowiadały stratom poniesionym w związku z pandemią.

"Działamy w ścisłym kontakcie i we współpracy z Polską, podobnie jak kontynuujemy współpracę ze wszystkimi państwami członkowskimi po to, by krajowe środki wsparcia można było wprowadzić jak najskuteczniej i jak najszybciej, zgodnie z przepisami UE" - zaznaczyła Vestager.

Komisja uważa, że pandemię Covid-19 można uznać za zdarzenie nadzwyczajne, ponieważ jest ona wyjątkowa, nieprzewidywalna i ma znaczący wpływ na gospodarkę. W związku z tym uzasadnione są wyjątkowe interwencje państw członkowskich, by zrekompensować straty związane z tym kryzysem. KE ocenia, że polski program pomocy zrekompensuje straty, które mają z nim bezpośredni związek. Urzędnicy z Brukseli uznali, że polskie wsparcie jest proporcjonalne, bo przewidziana rekompensata nie wykracza poza to, co jest konieczne do naprawienia szkody, zgodnie z prawem UE.

W poniedziałek KE dała zielone światło na pierwszy element trzeciej tarczy finansowej warty 2,2 miliarda euro. Do zatwierdzenia zostaje jeszcze jej jedna, trzecia część o wartości 7,5 mld złotych (ok. 1,7 mld euro).

Z Brukseli Krzysztof Strzępka (PAP)

Write comment (0 Comments)

Produkcja samochodów spadła o 99,7 proc. - do 197 sztuk

Tylko 197 samochodów osobowych wyprodukowano w kwietniu w Wielkiej Brytanii, co oznacza spadek o 99,7 proc. w porównaniu z kwietniem 2019 roku i najniższą liczbę od zakończenia II wojny światowej - podało w piątek stowarzyszenie producentów i sprzedawców samochodów SMMT.

Po wprowadzeniu pod koniec marca restrykcji mających zatrzymać epidemię koronawirusa zdecydowana większość brytyjskich fabryk samochodowych wstrzymała produkcję, a część z nich odpowiadając na apel rządu przestawiła się na wytwarzanie środków ochrony osobistej dla personelu medycznego lub włączyła się w produkcję respiratorów.

Jak wyjaśniło SMMT, te 197 samochodów to pojazdy luksusowe i sportowe, których proces produkcyjny był już zaawansowany w momencie wprowadzenia restrykcji. 45 z nich pozostało w Wielkiej Brytanii, 152 wyeksportowano. W kwietniu brytyjskie fabryki samochodowe wyprodukowały natomiast prawie 711,5 tys. sztuk środków ochrony osobistej.

Praktycznie całkowite wstrzymanie produkcji w kwietniu oznacza, że przez cztery pierwsze miesiące roku z brytyjskich fabryk wyjechało o prawie 122 tys. samochodów mniej niż w analogicznym okresie zeszłego roku.

Według przywołanej przez SMMT niezależnej prognozy Auto Analysis, w efekcie produkcja spadnie w tym roku poniżej miliona sztuk, podczas gdy przed epidemią prognozowano, iż wyniesie ona 1,27 mln. Poprzedni przypadek, by produkcja była tak niska, miał miejsce w 2009 roku w trakcie globalnego kryzysu finansowego, ale wówczas do miliona zabrakło zaledwie 540 sztuk, zaś jeszcze wcześniej zdarzyło się to na początku lat 80.

"W związku z tym, że w kwietniu fabryki samochodowe w Wielkiej Brytanii przestały działać, liczby te nie są zaskakujące, ale podkreślają one ogromne wyzwanie stojące przed branżą, której przychody w ubiegłym miesiącu spadły do zera. Producenci zaczynają wychodzić z przedłużającego się przestoju w bardzo niepewnym świecie, a wzrost produkcji będzie procesem stopniowym, dlatego rząd musi współpracować z nami, aby przyspieszyć ożywienie w tym zasadniczo silnym sektorze, stymulować inwestycje i chronić miejsca pracy" - podkreślił szef SMMT Mike Hawes.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Write comment (0 Comments)

UE szykuje się do negocjacji budżetowych, jakich nie było nigdy wcześniej

W uzgodnionym w środę unijnym funduszu odbudowy o wartości 750 miliardów euro nadal pozostaje kilka nierozstrzygniętych kwestii, a fakt, że jest on powiązany z przyszłym budżetem powoduje, iż negocjacje będą bezprecedensowe, ocenia w czwartek "Financial Times". Jak dodaje gazeta, Włochy mogłyby się ubiegać o prawie 82 mld euro, Hiszpania o 77 mld, Francja o 39 mld a Polska - 38 mld.

"Ursula von der Leyen objęła urząd w zeszłym roku, wiedząc, że stoi w obliczu ostrej walki o kolejny siedmioletni budżet UE, ale nigdy nie mogła sobie wyobrazić, że tak będzie. To, co zawsze miało być przedłużającym się targowaniem się przywódców UE, stało się teraz pytaniem o to, jak bardzo blok jest skłonny pomóc regionom najbardziej dotkniętym przez pandemię - i jak to zrobić" - pisze "FT".

"FT" przypomina, że o przyszły siedmioletni budżet państwa UE spierają się od 2018 r., a jeszcze w lutym, przed pandemią przywódcy spędzili dwa dni w Brukseli spierając się o ułamek punktu procentowego, tymczasem teraz przewodnicząca KE prosi ich o poparcie tego, co określiła jako odważny krok naprzód i co zwiększy budżetową siłę ognia o ponad dwie trzecie. Jednocześnie wiążąc fundusz - nazwany "Next Generation EU" - z trwającymi negocjacjami budżetowymi, von der Leyen stworzyła rozległą przestrzeń, na której rządy mogą się targować w trakcie starań o porozumienie.

"FT" wylicza cztery główne pytania, jakie pozostają do rozstrzygnięcia. Pierwsze to kwestia tego, czy pieniądze te są pożyczkami, czy też grantami. "Pomysł, aby pozwolić Komisji na pożyczanie pieniędzy i wypłacanie ich w formie dotacji, jest jednak bardzo niekomfortowy dla państw oszczędnych (Holandii, Austrii, Szwecji i Danii - PAP), ponieważ pachnie to finansowaniem deficytu" - pisze "FT".

Gazeta wskazuje, że kompromisem mogłoby być osłabienie komponentu dotacji i wzmocnienie części pakietu, którą stanowią pożyczki. Może być połączone z wyraźnym zapewnieniem, że fundusz naprawczy jest programem krótkotrwałym i tymczasowym, a także z zaostrzeniem warunków dotyczących grantów oraz zapewnieniami w kwestii przyszłego unijnego budżetu.

Drugie pytanie dotyczy tego, jak te wszystkie nowe zobowiązania UE zostaną spłacone. Jak pisze "FT", Komisja ma gotową odpowiedź na to pytanie: mianowicie, aby państwa członkowskie stworzyły pakiet nowych podatków i opłat oraz przekazały Komisji dochody jako "zasoby własne". Ale jak zwraca uwagę dziennik, ministerstwa finansów państw członkowskich tradycyjnie są niechętne temu, by zgodzić się na nowe źródła dochodów dla UE, a teraz ich finanse znajdują się pod jeszcze większą presją. Alternatywą mogłoby być zacieśnienie przyszłych budżetów UE i obcięcie niektórych priorytetów kosztem spłacania długów.

Trzecia kwestia to warunki, na jakich te pieniądze miałyby być przekazywane. Jak pisze "FT", lwia część kwoty 750 mld euro zostanie przeznaczona na specjalny instrument na rzecz odbudowy i odporności, który będzie miał uprawnienia do wypłacania dotacji i pożyczek. Miałby on zadanie dopilnować, aby wydatki odpowiadały priorytetom UE i były zgodne z zaleceniami, które Bruksela przekazuje rządom w ramach corocznego przeglądu krajowych planów wydatków. Rządy przedstawiłyby pakiety proponowanych reform i inwestycji, które musiałyby zostać podpisane przez Brukselę, ale także przez inne państwa, zanim możliwe będzie odblokowanie środków. Niektóre z państw północnych już teraz przygotowują się do żądania bardziej rygorystycznych reform jako jednego z warunków wsparcia programu.

Wreszcie jest kwestia tego, w jaki sposób te pieniądze miałyby być dzielone pomiędzy państwa członkowskie, bo klucza podziału Bruksela jeszcze nie ujawniła. Według schematu podziału przywoływanego przez "FT", Włochy mogłyby się ubiegać o prawie 82 mld euro, Hiszpania o 77 mld, Francja o 39 mld, Polska - 38 mld, ale np. Niemcy o 29 mld. Jednak duża część pożyczonych środków nie została jeszcze rozdzielona dla poszczególnych państw członkowskich, ponieważ jest ona przeznaczona na inne programy UE, w tym na mechanizm wsparcia wypłacalności przedsiębiorstw oraz program inwestycji strategicznych.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Write comment (0 Comments)

Easyjet zwolni 30 proc. personelu, około 4,5 tys. pracowników

Brytyjskie linie lotnicze Easyjet poinformowały w czwartek, że planują zwolnienie 30 proc. personelu, czyli około 4,5 tys. z ponad 15 tys. pracowników, oraz zmniejszenie flotę samolotów, by dostosować się do zmian na rynku w konsekwencji pandemii koronawirusa.

Niskokosztowy przewoźnik, który zatrudnia pracowników w ośmiu krajach europejskich, zapowiada podjęcie w najbliższych dniach konsultacji z personelem w sprawie restrukturyzacji.

Firma ma zamiar zmniejszyć liczbę samolotów do ok. 302 maszyn, czyli o około 50 mniej niż przewidywana flota, która miała obsługiwać połączenia Easyjet w 2021 roku według planów sprzed pandemii.

Dyrektor wykonawczy linii Johan Lundgren powiedział, że firma nie planuje podniesienia kapitału, ale rozważy takie rozwiązanie w przyszłości, weźmie też pod uwagę inne rozwiązania dotyczące obniżenia kosztów pracy, aby zachować rentowność.

W ubiegłym tygodniu linie poinformowały, że 15 czerwca uruchomią część połączeń w Wielkiej Brytanii i Francji przy zachowaniu zasad bezpieczeństwa związanych z koronawirusem, w tym obowiązku noszenia masek przez załogę i pasażerów.

W czwartek firma ogłosiła, że rezerwacje poczynione już na tegoroczne lato napawają optymizmem. Easyjet zakłada jednak, że liczba połączeń, jakie wykona od lipca do września, wyniesie tylko 30 proc. lotów z lata 2019 roku, a powrót do normalnego poziomu funkcjonowania nastąpi dopiero w 2023 roku.

Samoloty Easyjet są uziemione od marca ze względu na pandemię Covid-19, firma zamierza jednak wznowić najpierw połączenia krajowe, a potem będzie rozszerzać ofertę.

W połowie kwietnia linie Easyjet poinformowały, że dzięki dwóm kredytom są w stanie przetrwać dziewięć miesięcy z zakazem lotów.(PAP)

Obraz Hugo Petitjean z Pixabay 

Write comment (0 Comments)

Pracownicy Dysona odmówili powrotu z pracy zdalnej

Brytyjska firma Dyson - znana przede wszystkim z produkcji odkurzaczy - poleciła pracownikom powrót do pracy stacjonarnej wbrew rządowym zaleceniom, po czym na skutek ich buntu, po jednym dniu wycofała się z tego - podał w czwartek dziennik "The Guardian".

Według rządowych wytycznych w kwestii zwalczania epidemii koronawirusa, tam, gdzie jest to możliwe, ludzie nadal powinni pracować z domu, natomiast pracodawcy powinni podjąć wszelkie wysiłki, by to umożliwić.

Tymczasem według kilku źródeł, na które powołuje się gazeta, pracownicy Dysona w zeszłym tygodniu zostali poinformowani mailowo, że od poniedziałku powinni wrócić do pracy w systemie rotacyjnym. Na dodatek pierwszy z maili w tej sprawie został wysłany w piątek po godzinach pracy, co nie pozostawiło pracownikom - także tym z dziećmi lub mającymi w rodzinie osoby wymagające opieki - na przygotowanie się do tej sytuacji.

Napisano w nim, że firma "ponownie otworzyła nasz brytyjski kampus" i personel zostanie podzielony na dwa rotacyjne zespoły, pracujące na przemian w domu i w biurze. To oznaczałoby, że niektórzy pracownicy musieliby podróżować do fabryk firmy w Hullavington i Malmesbury w hrabstwie Wiltshire, nawet jeśli mogliby pracować w domu.

Następnego dnia wysłany został jeszcze jeden mail, tym razem informujący, że firma ponownie zastanowiła się nad praktyczną stroną tego rozwiązania i zdecydowała się nie wcielać w życie poprzedniej propozycji. Jak twierdzi "The Guardian", do wycofania się z pomysłu zmusiła kierownictwo Dysona wściekła reakcja pracowników.

Założycielem i właścicielem firmy jest wynalazca i przedsiębiorca James Dyson, który w zeszłym tygodniu awansował w dorocznym rankingu "The Sunday Times" na pierwsze miejsce na liście najbogatszych ludzi w Wielkiej Brytanii. Jego majątek wyceniono na 16,2 mld funtów. Dyson był jednym z tych biznesmenów - będących w mniejszości - którzy przed referendum z 2016 r. poparli wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. W czasie epidemii koronawirusa firma aktywnie odpowiedziała na rządowy apel do przedsiębiorstw technologicznych o włączenie się w produkcję respiratorów.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Write comment (0 Comments)

Sprzedaż detaliczna spadła o ponad 18 proc., rekordowy udział internetu

Sprzedaż detaliczna w Wielkiej Brytanii w kwietniu spadła o ponad 18 proc., co jest absolutnym rekordem, natomiast sprzedaż przez internet wzrosła do najwyższego poziomu w historii - podał w piątek brytyjski urząd statystyczny ONS.

Spadek mierzony wolumenem kupionych towarów wyniósł 18,1 proc. w stosunku do marca, a mierzony wartością towarów - 18,7 proc., przy czym już w marcu - gdy w jego ostatnim tygodniu zaczęły obowiązywać ograniczenia związane z koronawirusem - zanotowano ponad 5-procentowe spadki w sprzedaży. W kwietniu 2020 r. w stosunku do kwietnia 2019 r. spadek mierzony wolumenem towarów wynosiły 22,6 proc., a wartością towarów - 23,1 proc. W efekcie sprzedaż detaliczna spadła do poziomu z grudnia 2005 r. To największe spadki w historii.

Zgodnie z restrykcjami związanymi z pandemią koronawirusa zamknięte zostały wszystkie sklepy stacjonarne z wyjątkiem tych, które sprzedają niezbędne towary (czyli supermarketów, sklepów spożywczych, aptek, ale także sklepów z alkoholem).

Najmocniej spadła sprzedaż odzieży i obuwia - o 50,2 proc. w stosunku do poprzedniego miesiąca, przy czym już w marcu była ona o prawie 35 proc. niższa niż w lutym. To razem spowodowało, że wielkość sprzedaży w tej kategorii znalazła się na poziomie z marca 1988 r.

Spadki sprzedaży zanotowały niemal wszystkie rodzaje sklepów, włącznie z supermarketami i sklepami spożywczymi, jednak w ich przypadku jest to spowodowane dużymi wzrostami w marcu, gdy ludzie w panice zaczęli kupować niezbędne produkty na czas epidemii. Wyjątkiem są tylko sklepy internetowe, które odnotowały 18-proc. wzrostu sprzedaży oraz sklepy z alkoholem (wzrost o 2,3 proc.).

Udział sprzedaży przez internet w całości sprzedaży detalicznej wzrósł w kwietniu do rekordowego poziomu 30,7 proc. W marcu było to 22,4 proc., co było dotychczasowym rekordem, a w kwietniu 2019 r. - 19,1 proc. Szczególnie mocno wzrosła sprzedaż żywności przez internet - aż o 55,8 proc. w stosunku do marca. W efekcie jej udział we wszystkich zakupach przez internet - mierzony wartością towarów - zwiększył się z 5,7 proc. do 9,3 proc.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz JaHo z Pixabay 

Write comment (0 Comments)

Rząd przyznaje, że możliwe kontrole towarów wysyłanych do Irlandii Płn.

Brytyjski rząd po raz pierwszy przyznał w środę, że może być konieczna pewna forma kontroli towarów wysyłanych do Irlandii Północnej z innych części Zjednoczonego Królestwa, choć nie będzie to tego konieczna budowa nowej fizycznej infrastruktury.

Premier Boris Johnson zapewniał wiele razy, że zawarta przez niego umowa z Unią Europejską w sprawie warunków brexitu nie spowoduje żadnych kontroli w obrocie towarów między Irlandią Północną a resztą kraju. Przed grudniowymi wyborami parlamentarnymi powiedział zaś przedsiębiorcom w Irlandii Północnej, że na Morzu Irlandzkim nie będzie żadnych barier i mogą oni wrzucić wszelkie zgłoszenia celne "do kosza".

W środę brytyjski rząd opublikował dokument wyjaśniający, w jaki sposób ma zamiar wcielić w życie protokół północnoirlandzki, czyli tę część porozumienia z UE, która dotyczy tej prowincji. Zgodnie z umową Irlandia Północna wraz upływem okresu przejściowego wraz z końcem tego roku opuści razem z pozostałą częścią Zjednoczonego Królestwa unię celną z UE, ale pozostanie związania niektórymi regulacjami unijnymi w kwestii obrotu towarami rolnymi i przemysłowymi. Protokół ma wejść w życie w styczniu, niezależnie od tego, czy Wielka Brytania i UE zawrą nową umowę handlową.

"Protokół nie tworzy - ani nie zawiera żadnych przepisów dotyczących tworzenia - jakiejkolwiek granicy międzynarodowej na Morzu Irlandzkim między Wielką Brytanią a Irlandią Północną" - napisano w dokumencie.

Rząd dodał jednak, że będą "pewne ograniczone dodatkowe procedury dotyczące towarów przybywających do Irlandii Północnej" z Wielkiej Brytanii (czyli Anglii, Szkocji i Walii). Jak wynika z przedstawionych w dokumencie planów, towary wwożone do prowincji z pozostałej części Zjednoczonego Królestwa będą podlegały opłatom celnym, ale tylko wtedy, gdy ich ostatecznym punktem przeznaczenia jest Irlandia lub inny kraj bądź jest "wyraźne i znaczne ryzyko, że tak się stanie".

Podkreślono, że w celu tych dodatkowych procedur nie będzie konieczne budowanie nowej infrastruktury celnej, a jedynie rozbudowanie niektórych istniejących punktów kontrolnych dla produktów rolno-spożywczych.

Celem protokołu było zapewnienie, że nie dojdzie do powrotu twardej granicy między Irlandią Północną a Republiką Irlandii, której powrót mógłby podważyć porozumienia pokojowego z 1998 r., kończące w dużej mierze konflikt w Irlandii Północnej.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Write comment (0 Comments)

Sprzedano obligacje rządowe o ujemnej rentowności

Wielka Brytania w środę po raz pierwszy sprzedała obligacje rządowe o ujemnej rentowności. To oznacza, że inwestorzy w faktycznie płacą za możliwość udzielania pożyczek brytyjskiemu rządowi.

Jak podał urząd ds. zarządzania długiem DMO, Wielka Brytania sprzedała trzyletnie obligacje o wartości 3,8 mld funtów przy rentowności minus 0,003 proc. Ujemna stopa zwrotu wskazuje, że inwestorzy, którzy utrzymają dług do terminu zapadalności, otrzymają z powrotem mniej niż zapłacili.

To odzwierciedla rosnące oczekiwania inwestorów, że Bank Anglii może być zmuszony do podjęcia dodatkowych kroków w celu przywrócenia inflacji do zakładanego poziomu 2 proc. W środę rano podano, że inflacja w kwietniu spadła do poziomi 0,8 proc., czyli najniższego od sierpnia 2016 roku.

W marcu Bank Anglii obniżył główną stopę procentową do rekordowo niskiego poziomu 0,1 proc., ale nie zdecydował się na zejście z nią poniżej zera, co jeszcze przed epidemią zrobiły m.in. Europejski Bank Centralny i Bank Japonii.

W 2016 roku Wielka Brytania sprzedała miesięczne obligacje z ujemną rentownością, ale środowa sprzedaż jest pierwszym przypadkiem, by taka sytuacja miała miejsce w przypadku obligacji o dłuższym terminie zapadalności.

Podczas środowej aukcji inwestorzy złożyli oferty na obligacje o wartości 8,1 mld funtów, co oznacza, że popyt przewyższył podaż 2,15-krotnie. Jak zwraca uwagę "Financial Times", duży popyt dowodzi atrakcyjności brytyjskich obligacji, od dawna uważanych za bezpieczną przystań ze względu na wiarygodność kredytową Wielkiej Brytanii. Sugeruje on również, że obawy związane z dużym wzrostem pożyczek zaciągniętych przez Wielką Brytanię w związku z pandemią Covid-19 nie odbiły się jeszcze na zainteresowaniu inwestorów brytyjskimi obligacjami.

Jak przewiduje brytyjskie Biuro Odpowiedzialności Budżetowej (OBR) z powodu podjętych przez rząd działań mających łagodzić gospodarcze skutki epidemii, dług publiczny kraju może przekroczyć w tym roku 100 proc. PKB, podczas gdy wcześniej prognozowano, że w roku finansowym 2020/21 wyniesie on 77 proc. PKB.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz Ahmad Ardity z Pixabay 

Write comment (0 Comments)

Rolls-Royce zwolni 9 tys. pracowników

Brytyjski koncern Rolls-Royce produkujący m.in. silniki lotnicze ogłosił w środę, że zamierza zwolnić co najmniej 9 tys. z 52 tys. pracowników i być może zamknie niektóre fabryki ze względu na kryzys w branży wywołany pandemią koronawirusa.

"Chodzi o dostosowanie naszych możliwości do zaspokojenia przyszłego popytu" - powiedział prezes przedsiębiorstwa Warren East w radiu BBC.

Rolls-Royce dostarcza silniki do dużych samolotów pasażerskich, takich jak Boeing 787 czy Airbus A350, a linie lotnicze płacą firmie za każdą wylataną godzinę. Oznacza to, że przedsiębiorstwo bardzo ucierpiało na gwałtownym spadku realizowanych połączeń lotniczych, który prawdopodobnie utrzyma się jeszcze przez kilka lat - podkreśla agencja Reutera.

Produkcja lotnicza odpowiada za ponad połowę rocznych przychodów koncernu, które w zeszłym roku wyniosły ok. 15 mld funtów, a Rolls-Royce już zapowiedział, że przewidywane zwolnienia będą obejmowały głównie pracowników działu zajmującego się produkcją na potrzeby lotnictwa cywilnego.

Redukcje obejmą 17 proc. obecnych pracowników, a ich koszt ma wynieść ok. 800 mln funtów. Operacja ma dać oszczędności rzędu 1,3 mld funtów rocznie, a jej szczegóły będą konsultowane ze związkami zawodowymi.

Siedziba koncernu znajduje się w Derby w Anglii i to tam pracuje około dwóch trzecich zatrudnionych w dziale lotnictwa cywilnego. Zwalniani mają być także pracownicy administracyjni i pomocniczy, Rolls-Royce nie przewiduje natomiast redukcji etatów w części przedsiębiorstwa produkującej na rzecz przemysłu zbrojeniowego.

Brytyjski minister sprawiedliwości Robert Buckland zapytany o to, czy rząd zamierza w jakiś sposób pomóc firmie odpowiedział, że "na pewno będziemy musieli współpracować z tym pracodawcą i rozważać wszystkie możliwości". Dodał, że należy patrzeć nie tylko na samego Rolls-Royce'a, ale na cały związany z nim łańcuchami dostaw sektor i zrobić wszystko, aby pomóc temu ważnemu i zaawansowanemu technicznie działowi brytyjskiej gospodarki.(PAP)

Obraz 2427999 z Pixabay 

Write comment (0 Comments)

Rząd upraszcza i obniża stawki celne po brexicie

Rząd Wielkiej Brytanii przedstawił we wtorek nowy reżim celny, który będzie obowiązywał po zakończeniu okresu przejściowego po wyjściu kraju z Unii Europejskiej. Jest on znacznie prostszy niż unijny i w większości przypadków oznacza obniżenie stawek celnych.

Do końca 2020 r. Wielka Brytania pozostaje związana unijnym zharmonizowanym reżimem celnym. Od 2021 r. może sama określać stawki celne, przy czym przedstawione we wtorek stawki dotyczyć będą tylko handlu z tymi krajami, z którymi Londyn nie zawrze umowy o wolnym handlu. Rozmowy o takich umowach prowadzi obecnie z Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi i chce je zawrzeć przed końcem roku, a celem rządu Borisa Johnsona jest to, by do 2022 r. umowy o wolnym handlu obejmowały 80 proc. brytyjskiego handlu.

"Po raz pierwszy od 50 lat jesteśmy w stanie ustanowić własny reżim celny, który jest dopasowany do brytyjskiej gospodarki. Nasz nowy globalny reżim celny przyniesie korzyści brytyjskim konsumentom i gospodarstwom domowym poprzez ograniczenie biurokracji i zmniejszenie kosztów tysięcy produktów codziennego użytku. Dzięki temu prostemu podejściu wspieramy brytyjski przemysł i pomagamy przedsiębiorstwom przezwyciężyć bezprecedensowe wyzwania gospodarcze, jakie stwarza koronawirus" - oświadczyła minister handlu międzynarodowego Liz Truss.

Jak podkreślono, nowy system będzie znacznie prostszy niż unijny, bo eliminuje tysiące przypadków, gdy nieznacznie różniące się typy produktów obłożone są różnymi stawkami celnymi, a także automatycznie znosi wszystkie cła poniżej 2 proc., które są przede wszystkim obciążeniem biurokratycznym. Ponadto wartość cła będzie podawana w funtach, a nie w euro, co z punktu widzenia brytyjskich importerów eliminuje dodatkowe różnice kursowe.

Nowy reżim celny znosi cła na import produktów o wartości 62 miliardów funtów, z czego około 30 mld to import produktów używanych w produkcji, zaś reszta - produktów konsumenckich. Zniesione zostaną cła na takie produkty jak zmywarki do naczyń i zamrażarki, farby i śrubokręty, produkty sanitarne i tampony, niektóre produkty do gotowania czy choinki. To oznacza, że ich ceny mogą spaść o kilka procent.

Pozostawione zostaną natomiast cła na obecnym poziomie na samochody, produkty rolne, takie jak wołowina, jagnięcina, drób czy masło, a także na większość produktów ceramicznych i szklanych, czyli w sektorach, w których zniesienie ceł mogłoby zaszkodzić brytyjskim producentom.

W efekcie tych zmian do ok. 60 proc. brytyjskiego importu będzie sprowadzanych bez cła lub po preferencyjnych stawkach, podczas gdy obecnie, w ramach zharmonizowanych unijnych stawek, jest to 47 proc.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)

Obraz Pexels z Pixabay 

Write comment (0 Comments)
Image

Świetna aplikacja! Pobierz!

Image
Image

Jesteś świadkiem ciekawych wydarzeń?

Zarejestruj się i podziel się swoją historią

Zostań autorem
Image
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo

Korzystając z naszej strony, wyrażasz zgodę na wykorzystywanie przez nas plików cookies - Polityka prywatności. Zaktualizowaliśmy naszą politykę przetwarzania danych osobowych - RODO. Więcej dowiesz się TUTAJ.