Odpaliliśmy kosmiczny pomysł

Odpaliliśmy kosmiczny pomysł

Czy można wyjechać za granicę, a mimo to kupować polską, zdrową żywność? Pewnie, że tak! Dzięki SPIŻARNI!

Czy można pracować w Polsce w renomowanej firmie, która stawia na rozwój i uczciwość wobec każdego pracownika? Jak najbardziej! W SPIŻARNI!

SPIŻARNIA to firma założona przez Dariusza Jeleniewskiego i Karola Wrońskiego w 2005 roku. Od samego początku dostarcza Polakom na emigracji polskie produkty, między innymi pierogi, pasztety, barszcze, nabiał, wędliny. Obecnie w ofercie znajduje się ponad 10 000 pozycji asortymentowych. Produkty trafiają głównie do Wielkiej Brytanii, Niderlandów, Irlandii, Belgii, Austrii.

Dariusz i Karol to dwaj koledzy, którzy znają się z czasów szkolnych. 16 lat temu dzięki determinacji i biznesowej „żyłce” założyli firmę, w której obecnie pracuje 300 osób. SPIŻARNIA wciąż się rozwija i inwestuje, jej przychód w 2020 roku wyniósł 600 mln zł.

SPIŻARNIA OTWORZYŁA SIĘ W 2005 ROKU

Był 1 maja 2004 roku. Unia Europejska otwierała swoje drzwi dla 10 nowych państw, w tym Polski. Przez granice następował swobodny przepływ towarów i usług. Szansę na rozwój swojego biznesu dostrzegli w tym dwaj koledzy, lublinianie: Dariusz Jeleniewski i Karol Wroński. Kiedy Europa witała nowych członków, Dariusz z Karolem stali na polsko-niemieckiej granicy w starym Volkswagenie Touranie, z zamontowaną do haka przyczepką. Przyczepka pełna była barszczu w proszku, pierogów makaronów i innych gotowych dań „made in Poland”. A wszystko to dla swoich rodaków, którzy stęsknili się za polską kuchnią. Po 16 latach z Polski wyjeżdża już nie jeden suv z przyczepką, ale 80 tirów załadowanych po brzegi polskimi potrawami i produktami.

fot. Ignacy Tokarczuk 3

ZNAJĄ SIĘ JAK „ŁYSE KONIE”

Dariusz Jeleniewski i Karol Wroński to koledzy z czasów szkolnych. Z pewnością ta długoletnia bliska znajomość wpłynęła na firmę i jej późniejszy rozwój. Obaj obserwowali powszechne zjawisko wyjazdów Polaków za pracą, w tym ich znajomych, do Anglii, Irlandii, Holandii. Dostrzegli szansę we wstępowaniu Polski w struktury Unii Europejskiej. Skoro tak wielu rodaków wyjeżdża za granicę, to trzeba dostarczać im polskie produkty, które są wysokiej jakości i które będą przypominać im skąd pochodzą. W 2005 roku nie było na Wyspach tak wiele polskich sklepów, jak obecnie. Spiżarnia zaczęła współpracę z kurdyjskimi, tureckimi i hinduskimi sklepami. W takich lokalach umieszczano specjalną „polską półkę” – drewnianą z daszkiem ze strzechy. Projektem i wykonaniem Darek z Karolem zajmowali się również sami. W garażu taty Darka zorganizowali warsztat, gdzie składali drewniane konstrukcje, przymocowywali słomiane daszki i ćwiczyli się w cierpliwości … Sami kompletowali towar zgodnie z zamówieniami klientów, sami go pakowali, ładowali, wieźli i sprzedawali na miejscu w Londynie czy Manchesterze.

Na początku półki zapełniały głównie gotowe dania obiadowe i produkty z długą datą ważności. Samochody dostawcze nie były wyposażone w chłodnie, więc wożenie nabiału i wędlin nie było możliwe. Polacy na Wyspach marzyli jednak o schabowym z ziemniakami i o rosole. Na to również przyszedł potem czas. Mięso jest od jakiegoś czasu jednym z hitów Spiżarniowej sprzedaży.

INWESTYCJA SIĘ OPŁACIŁA

W firmę zainwestowali sami. Pożyczki zaciągnęli u najbliższych, rozważnie kalkulowali wydatki. Podobnie startowało wiele polskich i zagranicznych biznesów, które osiągnęły sukces.

Przez pierwsze dwa lata działalności Spiżarni na Wyspy jeździły coraz większe ilości vanów z polskimi obiadami. Z czasem wyposażono je w chłodnie, ponieważ popyt na nabiał i wędliny stale rósł. W końcu w firmie pojawiły się tiry, a dwaj prezesi wysiedli z szoferek i zaczęli zarządzać rozwijającą się firmą.

2020.10.06 Lublin wizualizacja

Spiżarnia, czyli Sukces

Z każdym rokiem Spiżarnia odnosi coraz większe sukcesy. W 2010 roku firma rozpoczęła eksport rodzimych produktów do sklepów w Irlandii, później doszedł eksport do pozostałych krajów. W 2015 roku, kiedy spółka obchodziła 10-lecie, po raz pierwszy przekroczyła 100 mln złotych przychodu.

Obecnie lubelska Spiżarnia ma tysiąc aktywnych klientów, z czego 800 zamawia w spółce regularnie. Przewożone przez nich produkty trafiają prosto do sklepów, a także do mniejszych hurtowni, które potem zaopatrują w polskie przysmaki mniejsze punkty.

Jak podkreślają pomysłodawcy biznesu, najlepiej sprzedają się polskie wędliny, ze względu na ich wysoką jakość. Rodzime wyroby wędliniarskie są również tańsze od ich zagranicznych odpowiedników.

SPIŻARNIA ZATRUDNIA W KRAJU I ZA GRANICĄ

Spiżarnię tworzą przede wszystkim ludzie. Zatrudnienie znalazło tu 300 osób, z czego dwie trzecie pracuje w magazynie. Kolejnych 80 to handlowcy, magazynierzy i kierowcy stacjonujący w Wielkiej Brytanii, Irlandii i Niderlandach, gdzie mieści się pięć magazynów przeładunkowych Spiżarni (tzw. cross-docków). Stamtąd polskie produkty trafiają na znacznie więcej rynków. Także do Niemiec, Austrii, Belgii, Grecji, Hiszpanii, na Maltę czy Cypr.

Logistyka
Główne centrum logistyczne firmy znajduje się w Lublinie. Magazyn ma powierzchnię 11 000 m2. Dodatkowo firma posiada pięć magazynów typu cross-dock w Anglii w Londynie, Manchesterze, Lincoln i w Irlandii Północnej w Portadown oraz w Holandii w Zevenbergen.

fot. Ignacy Tokarczuk 2

Dostawy
Spiżarnia dostarcza produkty w standardach zgodnych z obowiązującymi normami, dzięki nowoczesnej flocie samochodów dostawczych, wyposażonych m.in. w obudowy izotermiczne oraz posiadających agregaty chłodnicze.

SPIŻARNIA W LICZBACH

- 11 000 m2 powierzchni magazynowej w Lublinie

- 800 stałych klientów w obsłudze

- ponad 600 mln zł przychodu

- ponad 50 nagród i wyróżnień

ROZWÓJ I SKLEPY FRANCZYZOWE

W 2020 roku Spiżarnia rozpoczęła handel pakowanym surowym mięsem. Popyt na takie produkty wzrasta. Od 2016 roku w Wielkiej Brytanii, Irlandii i Holandii Spiżarnia prowadzi również sieć około 200 sklepów franczyzowych pod nazwą &market. Misją sieci jest wspieranie właścicieli niewielkich i średnich sklepów spożywczych oferujących polskie produkty. Prowadzący sklepy nie mają narzuconych zbyt wielu odgórnych zasad. Otrzymują natomiast wsparcie marketingowe, organizacyjne i preferencyjne warunki zakupowe. Właściciele sklepów mają zatem pełną swobodę działania i organizowania swojego biznesu. Nie muszą zaopatrywać się w produkty wyłącznie ze Spiżarni. Obowiązuje ich tylko zasada zaopatrywania się w produkty z gazetki skierowanej do konsumentów sieci &market.

SPIŻARNIA ROZWIJA SIĘ NAJSZYBCIEJ

W zestawieniu Diamentów Forbesa 2021 lubelska Spiżarnia znajduje się na pierwszym miejscu w rankingu najszybciej rozwijających się firm na Lubelszczyźnie.

HISTORIA PEWNEJ ZNAJOMOŚCI

ML: Skąd się Panowie znają?

Karol Wroński: Poznaliśmy się dawno temu, chyba nikt już nie pamięta, kiedy na LSM-ie, gdzieś w okolicach ul. Wołodyjowskiego, gdzie mieszkałem i chodziłem do podstawówki. Cała banda chłopaków tam się przewijała. To były czasy, gdy pod blokami kopało się w piłę, wisiało na trzepakach i robiło wyprawy na pobliskie budowy na Czubach.

Dariusz Jeleniewski: Faktycznie znaliśmy się od chłopaka, ale mnie w pamięć zapadły lata późniejsze, gdy w ART. BIS za barem rozpoczęliśmy wspólnie zawodową karierę. Byliśmy tam obaj barmanami.

To były piękne lata, gdy wieczór zapadał nad ranem, a nogi człowieka niosły od lokalu do lokalu i wszędzie spotykało się ziomów z dzielni.

W takich okolicznościach przyrody, publicznie powiem to po raz pierwszy, poznałem moją przyszłą żonę. Jak się było nie zakochać… (rozmarzenie i śmiech)

KW: Faktycznie życie było wtedy takie proste, że człowiek nie wahał się nawet ożenić …

(śmiech …) Czy to w Ogólniaku (chodziłem do Dziewiątki na Struga), czy na studiach największym problemem było, kiedy się można wyrwać na miasto w watowanej kamizelce i jak się wbić na najlepszy melanż…

Życie tętniło na Miasteczku akademickim całą noc, choć niewielu miało wtedy auta, a nocne MPK nie jeździły. Jakoś tak było bliżej wszędzie na piechotę. Nikt się nie dziwił, że trzeba wracać z tzw. łączą ze Skłodowskiej na LSM.

ML: Fajnie się słucha tych opowieści. Zwłaszcza tym, którzy pamiętają czasy świetności MC czy ART. BIS-u. Czas jednak płynął nieubłaganie i dorosłość zapukała do drzwi. Trzeba było pomyśleć o utrzymaniu, przyszłości, pieniądzach…

IMG 8221

Gdzie rozpoczęła się Wasza zawodowa kariera?

KW: Ja po studiach pojechałem do Warszawy jak duża część kolegów z UMCS-owskiej ekonomii. Pracowałem dwa lata w funduszach inwestycyjnych. Nawet mi się podobało, bo dużo tam było kombinatoryki i szacowania ryzyka. Liczenie zawsze szło dobrze. Koledzy z open specu mówili do mnie „Ej, komputer”, bo wykonywałem w głowie operacje zanim oni je wbili do excela.

DJ: Ja zaczynałem w branży odzieżowej, można powiedzieć. Na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych zajmowałem się wynajmem przestrzeni handlowej pod butiki. To był okres czasu, kiedy lubelski rynek sklepów z nowoczesną odzieżą dopiero powstawał i się kształtował. Pamiętajmy, że nie było wtedy galerii handlowych i istniało dopiero kilka tzw. sklepów firmowych. Najpierw wynajmowałem w ASTORII – pamiętny budynek u zbiegu Racławickich i Lipowej, gdzie otworzono pierwszego w Lublinie Burger Kinga. Jak ktoś chciał kupić fajny ciuch to szedł właśnie tam. Potem na kawkę na dół, nawet na burgera jak mu zostało kasy… (śmiech :-)

ML: Jak to stało, że postanowiliście zrobić wspólny biznes na handlu żywnością?

KW: Z czasem coraz więcej naszych znajomych i kolegów wyjeżdżało na Wyspy. Oczywiście byliśmy w kontakcie i to od nich dowiedzieliśmy się wkrótce, że trudno się im przestawić na tamtejsze jedzenie. Żywność w Polsce była i jest bardzo jakościowa i dużo smaczniejsza niż ta ogólnie dostępna w zachodnioeuropejskich marketach.

Przełomem było oczywiście wejście Polski do Unii Europejskiej. Wiedzieliśmy, że teraz albo nigdy.

Jeszcze prezydent Kwaśniewski nie skończył się ściskać premierem Millerem, a my już pakowaliśmy barszczyki na przyczepkę.

DJ: Przyczepka ze Statoila, zapakowane auto i my na zmianę za kierownicą. Jeden, drugi, trzeci lot. Szybko przesiedliśmy się do busa. Poleciało.

KW: Jeździliśmy coraz większymi autami, klientów przybywało. Polecali nas szwagier, szwagrowi (śmiech ). Polska żywność była bardzo pożądana, bo przyciągała do sklepów rosnącą emigrację naszych rodaków.

Na początku jeździliśmy sami, sami składaliśmy towar, czyli kompletowaliśmy pod zamówienie klienta, robiliśmy załadunek, rozładunek, wszystko. Nie raz po nieprzespanej nocy ruszaliśmy w drogę. Zmęczony był człowiek, że padał na twarz. Kawa, energetyki, na szybko coś do jedzenia. Mało nas było w domu.

Po kilku latach, jak już stanęliśmy na nogi, zatrudniliśmy ludzi i przestaliśmy tyle jeździć, to się żony musiały na nowo do nas przyzwyczajać (śmiech …).

ML: Jaka jest tajemnica Waszego sukcesu? Co zadecydowało o tym, że Wam się udało?

DJ: Hmm, chyba kombinacja szczęścia i ciężkiej pracy. Wstrzeliliśmy się we właściwy moment i z dużą determinację parliśmy do przodu.

Taki był początek. Potem bardzo dużo mocy dali nam ludzie, z którymi pracowaliśmy. Chyba mamy do nich szczęście. Niektórzy pracują z nami kupę lat i choć nie brakuje napięć (jak to w firmie, która się szybko rozwija), nie mamy problemów z rotacją.

KW: Na pewno, gdyby nie ludzie zatrudnieni w kraju i za granicą nie doszlibyśmy tu, gdzie jesteśmy. Robotę robią Przemek (Przemysław Duklas przyp. red.) w UK i Dominika (Dominika Bloemberg Salek przyp. red.) w Holandii ze swoimi zespołami. Chłopaki w terenie, czyli Przedstawiciele Handlowi to nasza pierwsza linia, robią chwilami rzeczy niemożliwe: jak trzeba sami pakują samochód z towarem, by Klient na czas dostał to, na czym mu zależy. Ludzie w logistyce czasem stają na głowie, by się nie spóźnić z dostawą.

Pracownicy lubelskiego biura i magazynu pokazali w covidowym kryzysie, na co ich stać.

Fajnie jest pracować z takimi ludźmi. Ufam, że Im z nami też (śmiech …).

DJ: A pytałeś? Ja pytałem. Mówią, że ze mną fajnie (śmiech).

ML: Wygląda na to, że i pracować i rozmawiać fajnie. Dziękuję za materiał.

KW: Bardzo dziękuję.

DJ: Również dziękuję.

Strażnicy naszego biznesu za granicą: Przemek i Dominika, Dyrektorzy Rynków w UK i Holandii

PRZEMYSŁAW DUKLAS – DYREKTOR SPIŻARNI W UK

Moja praca dla Spiżarni zaczęła się dość niespodziewanie. Pewnego dnia, a było to w styczniu 2012 roku, Karol Wroński zadzwonił do mnie i spytał, jak mi się pracuje na uniwersytecie (w tym czasie od 8 lat pracowałem w York St John University, ucząc języka angielskiego i podstaw lotnictwa – tzw. szkoły naziemnej). Zupełnie niespodziewanie zapytał, czy chciałbym zmienić pracę i pomóc mu w biznesie w UK. Bratu żony się nie odmawia i tak się zaczęła moja przygoda ze Spiżarnią.

Początki są zawsze trudne, ale czasami są wręcz bardzo trudne. Chyba najpoważniejszą przeszkodą był brak historii firmy, a co się z tym wiąże, zaufania. Nawet najprostsze rzeczy były problemem, np. założenie konta firmowego w sieci komórkowej czy też konta w banku. Wszystko to wymagało bardzo wiele wysiłku; tworzenia firmy nie tylko w sensie rozwoju, ale też budowania zaufania wśród firm współpracujących. Obecnie to, co początkowo zajmowało nam kilka tygodni, jesteśmy w stanie załatwić nawet w ciągu paru godzin.

DOMINIKA BLOEMBERG SALEK - DYREKTOR KD FOODS B.V., HOLENDERSKIEJ SPÓŁKI SPIŻARNI

Moją przygodę w Spiżarni rozpoczęłam w roku 2017 na stanowisku przedstawiciela handlowego. Byłam pierwszą osobą zatrudnioną na tym terenie. W pierwszych miesiącach mojej pracy sprzedaż zaczęła dynamicznie rosnąć i została podjęta decyzja o otwarciu holenderskiej spółki oraz magazynu.
W marcu 2018 roku powstało KD Foods B.V.
Zaczynaliśmy od jednej ciężarówki i trzech zatrudnionych osób. Obecnie KD Foods zatrudnia 28 osób, z czego zespół sprzedażowy liczy 7 osób. KD Foods dostarcza towar na terenie Holandii, Belgii i Niemiec.
Jako jedyna firma z tego sektora, posiadamy w ofercie także szeroki wybór piwa, wina oraz alkoholi mocnych. Nasza bogata oferta oraz doskonały serwis sprawiają, że jesteśmy konkurencyjni i co roku notujemy kolejne rekordy sprzedaży.

W kwietniu tego roku w Spiżarni został ogłoszony konkurs pt. „Dawno temu w Spiżarni”. Organizatorom zależało, by to sami pracownicy opowiedzieli o tych zdarzeniach i historiach, które najbardziej zapadły Im w pamięć. Chodziło o „złapanie” tego, co komu w sercu gra na słowa „ja i moja Spiżarnia”. Swoboda wypowiedzi, formy i treści pozwoliły zobaczyć historię firmy oczami Jej pracowników. Każda historia miała w sobie to „coś”. My wybraliśmy najciekawszą z nich:

 W poszukiwaniu gryzonia

            Magazyn jak wiadomo rządzi się swoimi prawami. Jednym z nich jest to, że czasem coś zostaje w nim na dłużej. I właśnie tak zaczyna się ta historia…

            Standardowy obchód magazynu. Należy sprawdzić, czy wszystko, co zostało zaplanowane wyjechało, czy nie pojawiło się coś, co pojawić się nie powinno. Tego dnia się pojawiło…

            Pojawiła się przegryziona dziura w palecie. Moja pierwsza myśl – szczury. Zastanawiał tylko fakt, że otwór był mały, a znajdował się wysoko i w dodatku w opakowaniu czekoladek. Z drżeniem serca sprawdzam, czy mała zmora dalej siedzi w wygryzionej przez siebie dziurze ze specjałami. Mały „przestępca” czmychnął jednak z miejsca „zbrodni”. Z zespołem postanawiamy opracować plan schwytania małego gryzonia. Na stole rozkładamy plany magazynu.

            Padają pierwsze propozycje – wilcze doły, zasieki, granaty i miotacze ognia. Wszystkie dobre, ale nie wiemy, z kim tak naprawdę walczymy. Potężne działa zostawiamy na później. Decydujemy się na obserwacje i rozpoznanie wroga. Mija kilka dni i bingo! Szybka smuga przebiega przez magazyn i rejestrują ją nasze kamery. Oglądamy klatka po klatce. Naszym oczom ukazuje się wróg, z którym walczymy: wiewiórka. Ale nie ruda, słodka i puchata. Ta jest szara, nauczona twardego londyńskiego życia. Jest agresywna i szybka. Wiemy, że schwytanie jej nie będzie łatwe. Co wybrać? Granaty czy humanitarne rozwiązanie? Decydujemy się na to drugie. Udaje nam się znaleźć idealną pułapkę do schwytania gryzonia.

            Do pułapki potrzebna nam była przynęta. Jeśli chce przeżyć, musi coś jeść. Ewentualnie może opuścić magazyn, dla nas efekt ten sam. Może orzechy? Jednak to nie była zwykła wiewiórka, tylko londyński bandzior. Nie znała smaku orzechowych pyszności. Pomyśleliśmy o czymś, co będzie pachniało na tyle intensywnie, by ją zwabić. Nasz wzrok padł na chipsy bekonowe leżące nieopodal. Pomyśleliśmy, że warto spróbować.

            Pierwsze próby kończyły się fiaskiem. Pułapki znajdowaliśmy puste. Ani przynęty, ani wiewiórki. Chiński mechanizm okazał się za słaby na londyńskiego kryminalistę. Mijały dni, a nas opuszczała nadzieja. Wreszcie eureka! Niech historia zatoczy koło. Do pułapki trafiła czekolada. Wszystko albo nic. Pomyśleliśmy i czekaliśmy.

            W dzień świątecznej imprezy okazało się, że mieliśmy rację. Mały łasuch dał się złapać na to, co zaczęło wojnę. Zaczęliśmy debatować nad losem skazańca. Do dziś nie wiem, co spowodowało, że zrobiliśmy to, co zrobiliśmy. Chyba nastrój zbliżających się świąt sprawił, iż wykorzystaliśmy prawo łaski. Biegnij wolno: powiedzieliśmy otwierając pułapkę przy najbliższym drzewie.

            To mógłby być koniec historii, gdyby nie fakt, że gałęzie tego drzewa widać z naszego okna. I często siada tam groźnie wyglądająca wiewiórka, intensywnie się w nas wpatrując….

Michał Siwek

I tak się jakoś stało, że ze zrodzonego na koleżeńskich spotkaniach pomysłu urosła firma zatrudniająca w kraju i za granicą ponad 400 osób.

Nasz lubelski magazyn, choć jeszcze parę lat temu wydawał się nad wyraz wielki, dziś okazał się za mały. Z 12 tys. metrów przenosimy się na blisko dwa razy tyle.

Nie rozważamy jednak wyprowadzki z naszego miasta. To tutaj wszystko się zaczęło ... Sentyment? Może. Ale i biznesowe racje.

Tutejsi ludzie są lojalni, oddani i traktowani fair odpłacają się tym samym. Mamy tu zaufanych dostawców, przewoźników, przede wszystkim mamy swój biznes w zasięgu wzroku. A wiadomo „Pańskie oko...” ;-)

Nasza kolejna baza też będzie tutaj. Zależy nam, by była to wizytówka lubelskiego biznesu. Nieważne więc, że Klientów mamy za granicą i rzadko nas odwiedzają. W Lublinie mamy pracowników i to z myślą o nich planujemy bardzo nowoczesne, ergonomiczne miejsca pracy.

Opracował: Bartosz Skrzypek, dziennikarz Info Magazyn Lubelski.pl

fot. Ignacy Tokarczuk 5

Author’s Posts