Hide
BĄDŹ NA BIEŻĄCO!
Follow on Facebook
Facebook
Show

Technologia

All Stories

IBM zwodował swój pierwszy autonomiczny statek badawczy

IBM wspólnie w organizacją badawczą ProMare stworzył w pełni autonomiczny statek badawczy, sterowany przy użyciu sztucznej inteligencji. Jednostka zwodowana została w Plymouth w Wielkiej Brytanii, a w przyszłym roku wyruszyć ma w rejs po Atlantyku.

Statek badawczy o nazwie Mayflower Autonomous Ship (MAS), który powstał we współpracy IBM z organizacją ProMare, zwodowany został w Plymouth w Wielkiej Brytanii w 400 rocznicę wyruszenia z tego do Ameryki Północnej portu żaglowca Mayflower.

Budowa bezzałogowej jednostki oraz szkolenie sterującego nią modelu AI trwały ponad dwa lata. Statek ma pomagać naukowcom w zdobyciu informacji związanych z globalnym ociepleniem, ochroną zwierząt i gromadzeniem się mikrodrobin plastiku w oceanach.

IBM i Promare uruchomiły także portal internetowy, który umożliwi internautom śledzenie na żywo misji realizowanych przez MAS. I tak, za pośrednictwem strony MAS400, zainteresowani będą mogli dowiedzieć się m.in., gdzie aktualnie przebywa jednostka, a także jakie warunki panują na oceanie. System sterujący MAS wyposażony został również w chatbot o nazwie Artie. Oprogramowanie opracowane wspólnie przez IBM i start-up Chatbotay ma przekazywać internautom szczegóły dotyczące projektów realizowanych przez MAS, wyniki badań oraz informacje o kondycji statku, które przekazywane mają być "żywym i dostępnym językiem".

"Ochrona oceanów w dużym stopniu zależy od tego, czy uda nam się do niej przekonać ludzi. Platforma MAS400 została zaprojektowana w taki sposób, żeby zaangażować internautów w projekt, informować ich gdzie akurat znajduje się okręt, z jaką prędkością się porusza, w jakich warunkach pogodowych oraz jakie badania przeprowadza" - podkreślił w informacji prasowej Frederic Soreide, dyrektor naukowy projektu Mayflower Autonomous Ship.

Przez najbliższe sześć miesięcy jednostka będzie brała udział w projektach pilotażowych badań. Ale już wiosną przyszłego roku MAS wyruszyć ma w swój pierwszy rejs po Atlantyku; okręt przebyć ma trasę podobną do tej, jaką w 1620 r. przepłynął żaglowiec Mayflower. (PAP)

 

IBM zwodował swój pierwszy autonomiczny statek badawczy

Microsoft: testy podmorskiej infrastruktury przetwarzania danych pomyślne

Testy podmorskiej infrastruktury do przetwarzania danych wypadły pomyślnie - ogłosiła firma Microsoft, która po dwóch latach podniosła z dna morza serwer "The Northern Isles" (Wyspy Północne), do niedawna zanurzony w wodach Morza Północnego niedaleko szkockich Orkadów.

Wynurzenie "Wysp Północnych" rozpoczęło końcową fazę realizacji "Projektu Natick" Microsoftu, który jest programem badawczym mającym dać odpowiedzi na temat efektywności i kosztów eksploatacji podmorskiej infrastruktury dla przetwarzania danych. Miałaby ona być lokalizowana w pobliżu już istniejących, lądowych placówek tego typu i pomóc w zapewnieniu mocy obliczeniowej dla wciąż rosnących potrzeb wynikających ze zwiększającej się nieustannie ilości przetwarzanych danych.

Serwis Ars Technica podaje, że "Projekt Natick" był realizowany od kilku lat. Pierwszy serwer podwodny Microsoftu umieszczono na dnie morza w 2016 roku. Problemy wynikające z eksploatacji infrastruktury podwodnej są oczywiste - czytamy. Sprzęt umieszczany na morskim dnie musi być ekstremalnie wytrzymały, gdyż nie można go regularnie serwisować, a reagowanie na sytuacje awaryjne zawsze będzie wiązało się z działaniem obłożonym pewnym opóźnieniem. Infrastruktura tego rodzaju jest również mniej intuicyjna, ale - jak zauważa serwis - to kwestia kompromisu, którego pozytywną stroną jest brak zagrożenia przez możliwe ingerencje zewnętrzne, np. osób chcących odciąć kable serwerowe.

Podwodna infrastruktura nie wymaga również do swojego działania nieruchomości, których ceny rosną, operuje również w oparciu o "niemal darmowe chłodzenie" z wykorzystaniem otaczających ją wód morskich.

Serwer "Wyspy Północne" został zbudowany przez spółkę Naval Group z sektora morskiej energii odnawialnej i obronności przy wsparciu firmy Green Marine, która zajmuje się inżynierią morską. Przez dwa lata znajdował się na dnie morza w miejscu, gdzie prądy morskie mogą osiągać prędkość nawet dziewięciu mil na godzinę, a wysokość fal dochodzi do 20 metrów.

Zdaniem Ars Technica, sukces eksperymentu z wykorzystaniem "Wysp Północnych" wskazuje na użyteczność i możliwość wydajnego wykorzystania zielonej energii w budowie centrów przetwarzania danych. Według menedżera "Projektu Natick" Bena Cutlera, przyszłością może być lokalizowanie tego rodzaju infrastruktury w pobliżu farm wiatrowych budowanych na morzu, gdyż nawet niewielka ilość energii wiatrowej może wystarczyć do ich zasilania. (PAP)

 

Microsoft: testy podmorskiej infrastruktury przetwarzania danych pomyślne

Internauci apelują do YouTube'a o nieusuwanie społecznościowego dodawania napisów

Internauci oraz brytyjskie organizacje pozarządowe apelują do należącej do Google'a platformy YouTube, aby nie usuwała funkcji społecznościowego dodawania napisów do nagrań wideo w serwisie. Według nich będzie to ogromna strata dla niesłyszących użytkowników.

Funkcja napisów społecznościowych pozwala użytkownikom YouTube'a dodawać napisy do nagrań umieszczonych w serwisie przez innych autorów. Wcześniej w tym roku YouTube zapowiedział, że zostanie ona wyłączona z dniem 28 września.

Sprzeciwiają się temu brytyjskie organizacje pozarządowe zajmujące się pomocą osobom niesłyszącym oraz internauci, którzy argumentują, że serwis powinien swoją decyzję skonsultować wcześniej ze społecznością osób głuchych. YouTube argumentuje z kolei, że z funkcji społecznościowych napisów w rzeczywistości korzysta bardzo niewielkie grono użytkowników, a poza tym może ona w łatwy sposób być wykorzystywana niezgodnie ze swoim przeznaczeniem, np. do rozsiewania spamu albo mowy nienawiści. Serwis twierdzi ponadto, że jedynie bardzo mały procent materiałów wideo znajdujących się na platformie ma napisy wygenerowane przez społeczność, co stanowi dodatkowy powód usunięcia funkcji z YouTube'a.

Brytyjskie Stowarzyszenie Osób Głuchych (British Deaf Association) twierdzi, że napisy społecznościowe "to funkcja, która zwiększa dostępność i świadomość (na temat problemów osób niesłyszących - PAP) i może integrować ich z szerszą społecznością".

"Ta decyzja tworzy kolejne bariery dla osób głuchych, uniemożliwiając im dostęp do materiałów bez dodanych napisów. Opcja automatycznego ich generowania oferuje napisy niskiej jakości i nie powinna być w ogóle rozpatrywana jako alternatywa" - twierdzi organizacja.

Decyzja YouTube'a wzbudziła również niezadowolenie wśród internautów, którzy na Twitterze zorganizowali akcję protestu wobec decyzji platformy, opatrując swoje wpisy hasztagiem #DontRemoveYoutubeCCs (pisownia oryginalna, ang. "nie usuwajcie napisów społecznościowych z YouTube'a" - PAP).

Serwis internetowy BBC zwraca uwagę, że funkcja społecznościowego dodawania napisów do materiałów wideo może być wykorzystywana nie tylko przez osoby niesłyszące, ale również użytkowników chcących nauczyć się obcego języka, lub też zapoznać ze znaczeniem tekstów piosenek ulubionych wykonawców, którzy tworzą muzykę w innym języku.

W kwietniu YouTube zapowiedziało, że po usunięciu funkcji społecznościowych napisów udostępni nowe oprogramowanie dla twórców internetowych, które ułatwi im dodawanie własnych napisów do zamieszczanych w serwisie treści. Przez pierwsze pół roku dostęp do narzędzia ma być bezpłatny. (PAP)

 

Obraz USA-Reiseblogger z Pixabay 

Internauci apelują do YouTube'a o nieusuwanie społecznościowego dodawania napisów

Huawei przegrał przed sądem najwyższym ws. licencji na patenty

Chiński koncern Huawei przed brytyjskim sądem najwyższym przegrał sprawę ws. licencji na patenty - informuje dziennik "Financial Times", który ocenia, że przedmiotowe orzeczenie może przełożyć się na wzrost kosztów licencji dla wszystkich producentów smartfonów.

Brytyjski sąd najwyższy w Londynie orzekł, że sądy niższej instancji mają prawo domagać się od firm telekomunikacyjnych i producentów smartfonów przedstawienia międzynarodowych licencji na wykorzystywane przez te firmy technologie. W przeciwnym razie ich postępowanie może stać się przyczynkiem do wstąpienia na drogę prawną ws. naruszenia prawa patentowego - pisze "FT".

Decyzja sądu jest określana przez prawników jako jedno z najważniejszych rozstrzygnięć w sprawach dotyczących prawa ochrony własności intelektualnej ostatnich lat - informuje dziennik, który dodaje, że orzeczenie to przekazuje kontrolę nad własnością intelektualną w ręce właścicieli patentów. Jednocześnie jego skutkiem może być globalny wzrost kosztów licencjonowania patentów dla producentów sprzętu takich jak Apple, Samsung czy Huawei.

Sprawa rozpoczęła się w 2014 roku, kiedy Huawei został oskarżony o naruszenie prawa własności intelektualnej amerykańskiej firmy Unwired Planet, która wcześniej w 2013 roku pozyskała szereg patentów obejmujących rozwiązania łączności bezprzewodowej od szwedzkiego Ericssona.

W 2017 r. chiński koncern został poinstruowany przez brytyjski sąd o konieczności uiszczenia opłat za międzynarodową licencję na użytkowanie tych patentów. Odmowa wiązała się ze wszczęciem postępowania o naruszenie prawa wobec dwóch rozwiązań patentowanych w Wielkiej Brytanii. Huawei odwołał się od tej decyzji, argumentując, iż w takim wypadku powinien płacić nie za licencję międzynarodową, a jedynie tę obejmującą rynek Zjednoczonego Królestwa (wysokość opłat zależna jest od wyników sprzedaży).

Odwołanie zostało oddalone, podobnie jak w przypadku innej chińskiej firmy objętej zbliżonym w charakterze postępowaniem - koncernu ZTE.

"Financial Times" tłumaczy, że orzeczenie sądu zmusi firmy technologiczne sprzedające swoje urządzenia na rynku brytyjskim do pozyskiwania globalnych uprawnień patentowych. Zdaniem cytowanego przez dziennik przedstawiciela środowiska prawniczego - Yohana Liyanage związanego z firmą Linklaters, procesów tego rodzaju będzie wkrótce więcej, a podobne sprawy już teraz są rozpatrywane przez brytyjskie sądy.

Jego zdaniem niektórzy producenci sprzętu mogą w rezultacie nawet rozważyć wycofanie się z brytyjskiego rynku, aby uniknąć konieczności uiszczania kosztów globalnych licencji na opatentowane technologie.

Partner w kancelarii Fieldfisher David Knight z kolei ocenił, że decyzja sądu najwyższego może być "ostatecznym ciosem" dla Huaweia i planów tej firmy związanych z działalnością biznesową na Wyspach. (PAP)

 

Huawei przegrał przed sądem najwyższym ws. licencji na patenty

Naukowiec: Zniknięcie lodów Arktyki spowoduje częstsze zjawiska ekstremalne na całym świecie

Co dekadę bezpowrotnie topnieje 13 proc. lodu morskiego na półkuli północnej. Za kilkadziesiąt lat może on w okresie letnim zniknąć zupełnie. Zmniejszenie jego zasięgu na półkuli północnej powoduje dalsze zmiany klimatu i występowanie ekstremalnych zjawisk pogodowych na Ziemi - mówi ekspert z PAN.

Centrum Arktyki stanowi Ocean Arktyczny, który w dużej części pokryty jest dryfującym lodem morskim. Ten akwen otoczony jest kontynentem północnoamerykańskim i euroazjatyckim oraz archipelagami wysp. Od roku 1978 trwają obserwacje i pomiary satelitarne, które pozwalają na dokładne obrazowanie i obliczanie powierzchni pokrycia Arktyki przez lód morski.

Co roku lód morski sezonowo zmienia swój zasięg, osiągając na półkuli północnej maksymalną powierzchnię na koniec zimy, czyli na przełomie lutego i marca. Pokrywa lodowa ma wtedy średnio około 15 mln km kw. powierzchni. Najmniej lodu jest pod koniec lata - we wrześniu. Zajmuje on wtedy około 6 mln km kw. (jest to średnia dla lat 1979-2019). Dla porównania powierzchnia całej Europy to około 10 mln. km kw.

"W ostatnich latach te wartości znacznie się zmniejszyły i w rekordowym roku 2012, we wrześniu, pokrywa lodu morskiego zajmowała jedynie 3,34 mln. km kw. Z kolei zimą w ostatnich latach powierzchnia lodu morskiego przekracza niewiele ponad 14 mln. km kw" - powiedział w rozmowie z PAP naukowiec z Zakładu Badań Polarnych i Morskich Instytutu Geofizyki PAN dr Tomasz Wawrzyniak.

Powstrzymanie procesu topnienia lodu morskiego w Arktyce może być trudne, bo jego przyczyną jest wzrost temperatury na Ziemi, spowodowany między innymi poprzez rosnące stężenia gazów cieplarnianych. Według dra Wawrzyniaka jeśli ludzie wpłynęliby na redukcję emisji - globalny system klimatyczny powinien zareagować.

Jeśli jednak ten trend nie zostanie wyhamowany, to skutki dramatycznego skurczenia się arktycznej pokrywy lodu morskiego będziemy mogli odczuć także w Europie - alarmuje badacz.

"Lód morski w Arktyce jest wskaźnikiem stabilności klimatu globalnego. Jego zanik ma ogromne konsekwencje dla cyrkulacji oceanicznych i atmosferycznych. To, co dzieje się w Arktyce, ściśle wpływa na występowanie zjawisk o charakterze ekstremalnym, w tym susz i powodzi, które coraz częściej mają miejsce w skali całego globu" - zaznacza.

Brak pokrywy lodowej powoduje dopływ do wnętrza Oceanu Arktycznego ciepłej wody Atlantyku, co z kolei powoduje podwyższenie temperatury powietrza. W konsekwencji zmieniają się układy cyrkulacyjne oceanu i prądy morskie. Powietrze arktyczne nie jest już tak chłodne, co zmienia rozkład układów barycznych (ciśnienia atmosferycznego). W ten sposób może zostać na przykład odblokowany napływ do Europy ciepłych mas powietrza z południa. Dlatego zanik lodu, oddalonego od nas o tysiące kilometrów, odczuwają miliony ludzi na niższych szerokościach geograficznych.

Eksperci zauważają, że za kilka dekad lód w Arktyce może zupełnie zniknąć. Publikujący w sierpniu w "Nature" (https://www.nature.com/articles/s41558-020-0865-2) naukowcy brytyjscy przeanalizowali przeszłość Arktyki (okres między zlodowaceniami, ok 127 tys. lat temu) i na tej podstawie szacują, że w podobny sposób arktyczny lód najprawdopodobniej całkowicie stopnieje ponownie do 2035 roku.

"Obecnie zanik lodu wynosi 13 proc. na dekadę w porównaniu do okresu referencyjnego. Więcej otwartej powierzchni oznacza więcej ciepła w oceanie i coraz gorsze warunki do powstawania lodu morskiego. Projekcje klimatyczne rzeczywiście wskazują na zanik lodu morskiego, który nastąpi w najbliższych dekadach, choć jeszcze kilka lat temu zdaniem sceptyków wydawało się to niemożliwe. Rzeczywisty zanik lodu morskiego jest nawet szybszy, niż przewidywały do niedawna modele klimatyczne, dlatego są one stale rozwijane" - potwierdza dr Wawrzyniak.

Naukowiec dodaje, pokrywa lodowa Oceanu Arktycznego w dużej mierze nie jest już lodem wieloletnim, który miejscami osiągał nawet powyżej 9 metrów grubości. Obecnie jest to lód cieńszy, narastający cyklicznie w okresie zimowym, który łatwo ulega topnieniu w sezonie letnim. Z roku na rok zajmuje coraz mniejszą powierzchnię i jest cieńszy; w wielu rejonach nie tworzy się już wcale.

Obecny rok również nie jest korzystny dla pokrywy lodu w Arktyce. W lipcu zanotowano najniższy zasięg dla tego miesiąca w całej historii pomiarów. 20 sierpnia powierzchnia lodu morskiego na półkuli północnej wynosiła nieco ponad 5 mln km kw.

"Wynik ten jest trzeci najniższy od rozpoczęcia pomiarów zasięgu lodu morskiego. Mniejsza powierzchnia lodu morskiego była w latach 2012 i 2019. Dużo przestrzeni wolnych od lodu pootwierało się w sierpniu na Morzu Beauforta i Czukockim, po sztormach, jakie miały miejsce w lipcu" - dodaje naukowiec.

W porównaniu do początku lat 80., gdy minimalna pokrywa lodowa we wrześniu wynosiła ponad 8 mln km kw., obecnie zmalała o połowę. "To prawie trzynastokrotność powierzchni Polski (0,3127 mln km kw.). W okresie zimowym powierzchnia ta zmalała o 2 mln km kw." - podkreśla klimatolog.

Skąd naukowcy czerpią informacje na temat pokrywy lodowej Arktyki? Dr Wawrzyniak mówi, że pochodzą one z obserwacji satelitarnych czy lotniczych, a także z danych historycznych, sięgających połowy XIX wieku, w tym - logów żeglarskich ze statków pływających w rejonach polarnych.

"Wiemy z nich, że zmiany zasięgu lodu morskiego zaczęły być widoczne dopiero pod koniec XX wieku, w wyniku nasilenia się efektu cieplarnianego i związanego z tym ocieplenia. Największe zmiany są obserwowane od roku 2005, od którego zanik lodu morskiego jest coraz bardziej dramatyczny" - kończy.

O lodzie morskim w rejonie Svalbardu (norweskiej prowincji w Arktyce) i korelacji z temperaturą powietrza można poczytać w publikacji, której współautorem jest dr Tomasz Wawrzyniak: https://rmets.onlinelibrary.wiley.com/doi/full/10.1002/joc.6517 (PAP)

autor: Szymon Zdziebłowski

 

Naukowiec: Zniknięcie lodów Arktyki spowoduje częstsze zjawiska ekstremalne na całym świecie

Wyciekły dane 235 mln użytkowników Instagrama, TikToka i YouTube'a

Wyciekły dane 235 mln użytkowników Instagrama, TikToka i YouTube'a - podaje serwis internetowy magazynu "Forbes". Informacje w niezabezpieczonej bazie danych odkryli specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa firmy Comparitech.

Dane, które odnalazł zespół Comparitechu, podzielone były na kilka zbiorów. Dwa najważniejsze zawierały nieco ponad 100 mln rekordów, w których znajdowały się informacje pochodzące najpewniej z Instagrama. Trzeci podzbiór zawierał ok. 42 mln rekordów dotyczących użytkowników TikToka, piąty zaś - zawierający niemal 4 mln rekordów - dotyczył osób korzystających z YouTube'a.

Na podstawie analizy próbek odnalezionych w sieci danych Comparitech stwierdził, że jeden na pięć rekordów zawierał dane takie, jak numer telefonu i adres e-mail pokrzywdzonych w wyniku wycieku osób. Oprócz tego wszystkie rekordy składały się z informacji dotyczących imienia i nazwiska, nazwy profilu, zdjęcia profilowego, a także opisu konta użytkowników. Rekordy zawierały także dane o liczbie osób obserwujących dane konto, zaangażowaniu generowanym przez umieszczane na nim treści, a także tempie wzrostu popularności profilu. W bazie danych można było znaleźć również informacje na temat płci i wieku osób śledzących poszczególne profile oraz ich lokalizacji.

Przedstawiciel firmy Comparitech Paul Bischoff ocenia, że dane tego typu stanowią największą wartość dla cyberprzestępców, którzy działają z użyciem techniki phishingu. Szczególną wartość ujawnionej bazie danych nadaje fakt, że informacje w niej zawarte są posegregowane w ramach wyróżnionych wcześniej kategorii, co sprawia, że są bardzo łatwe w użyciu dla botów, którymi posługują się hakerzy np. podczas rozsyłania SPAM-u.

Specjaliści sugerowali początkowo, że dane mogą pochodzić z wycieku mającego źródło w systemach teleinformatycznych firmy Deep Social, która dziś nie prowadzi już działalności po tym, jak w 2018 roku została odcięta od Facebooka w związku z nadużyciami względem dostępu do danych użytkowników platformy.

Gromadzenie i agregowanie danych o użytkownikach Instagrama i Facebooka stanowi naruszenie regulaminu tego koncernu - przypomina "Forbes". Według firmy Comparitech, przedstawiciele spółki Deep Social po otrzymaniu wiadomości nt. wycieku wysłali informacje na ten temat do zarejestrowanej w Hongkongu, powiązanej firmy Social Data zajmującej się marketingiem w mediach społecznościowych. Baza danych odnaleziona przez Comparitech zniknęła z internetu trzy godziny później. (PAP)

Wyciekły dane 235 mln użytkowników Instagrama, TikToka i YouTube'a

"The Times": w Atlantyku jest ponad 10 razy więcej plastiku niż sądzono

W Atlantyku znajduje się ponad 10 razy więcej plastiku niż sądzono, a ilość odpadów z tworzyw sztucznych wyrzucanych do tego oceanu jest większa niż 8 mln ton rocznie, jak szacowano w 2015 roku - wynika z badań, o których pisze w środę dziennik "The Times".

Naukowcy z Narodowego Centrum Oceanografii w Southampton w południowej Anglii pobrali próbki wody z Atlantyku na głębokościach ok. 10, 30 i 200 metrów w 12 miejscach na linii od Wielkiej Brytanii do Falklandów. Następnie przy pomocy mikroskopu o dużej mocy dokonano analizy składu chemicznego próbek, aby określić rodzaje tworzyw sztucznych.

Stwierdzono, że metr sześcienny wody morskiej zawiera średnio ok. 1000 cząstek polietylenu, polipropylenu i polistyrenu, trzech najczęściej występujących tworzyw sztucznych, które razem stanowią ponad połowę światowych odpadów z tworzyw sztucznych.

Wielkość cząstek wahała się od ok. 30 mikronów, co stanowi połowę szerokości ludzkiego włosa, do 0,5 mm.

Naukowcy obliczyli, że w górnych 200 metrach Atlantyku było od 12 do 21 milionów ton tych trzech tworzyw sztucznych. Poprzednie szacunki sugerowały 17 milionów ton dla całego Atlantyku.

Richard Lampitt, współautor badania, powiedział, że w Atlantyku, który ma średnią głębokość 3 tys. metrów jest prawdopodobnie ok. 200 milionów ton tworzyw sztucznych. Wyjaśnił, że w poprzednich badaniach używano do zbierania plastiku sieci o większym rozmiarze oczek, które nie wychwytywały mniejszych, najbardziej rozpowszechnionych cząstek.

Ponadto wcześniejsze badania koncentrowały się głównie na pomiarach ilości plastiku na powierzchni, w pobliżu powierzchni lub na dnie morza, natomiast brakowało badań dotyczących rozmieszczenia plastiku w całym słupie wody. Niektóre gęstsze cząstki plastiku nie unoszą się na wodzie, a inne mają tendencję do tonięcia, gdy zostaną pokryte bakteriami, pleśnią i szlamem - dodał prof. Lampitt.

Szacunki mówiące o 200 milionach ton w Atlantyku opierają się na stężeniu plastiku występującym na głębokości 200 metrów poniżej poziomu, na którym wody są mieszane przez wiatry i prądy. Lampitt wyjaśnił, że szacunki te opierają się na rozsądnych założeniach dotyczących tego, jak plastik jest rozmieszczony w oceanie, ale będą musiały zostać potwierdzone dodatkowymi badaniami próbek z większych głębokości.

"Wygląda na to, że nasze oceny dotyczące tego, jak wiele odpadów jest wyrzucanych do oceanu, były znacząco niedoszacowane. Aby określić zagrożenia związane z zanieczyszczeniami tworzywami sztucznymi dla środowiska i ludzi, potrzebujemy dobrych szacunków dotyczących ilości i właściwości tego materiału, sposobu jego przedostawania się do oceanu, jego degradacji, a następnie jego toksyczności w tych stężeniach" - powiedział.

Choć autorzy badali tylko ilość tworzyw sztucznych w Atlantyku, stwierdzili, że jest prawdopodobne, iż szacunki dotyczące odpadów z plastiku w innych oceanach również są rażąco zaniżone. (PAP)

"The Times": w Atlantyku jest ponad 10 razy więcej plastiku niż sądzono

Brytyjski rząd rozważa legalizację jazdy samochodem na autopilocie od 2021 r.

Brytyjski rząd rozpoczął procedurę konsultacji przed opracowaniem przepisów dopuszczających jazdę bez rąk na kierownicy samochodami wyposażonymi w technologię automatycznego utrzymywania pasa ruchu (ALKS). Prawo mogłoby wejść w życie od 2021 r.

Technologia automatycznego utrzymywania pasa ruchu (ALKS - automated lane keeping system) umożliwia kierowcy zdjęcie na dłuższy czas rąk z kierownicy podczas jazdy w określonych warunkach, np. na autostradzie lub w korku. Ten rodzaj samochodowego autopilota stanowi trzeci z pięciu poziomów autonomiczności pojazdów.

Systemy ALKS są już montowane w niektórych modelach pojazdów (np. Cadillac czy Audi), jednak jeszcze nigdzie na świecie stosowanie ich w ruchu drogowym nie jest uregulowane prawnie. Jak informuje w środę BBC, brytyjski rząd rozpoczął właśnie konsultacje w tej sprawie, zmierzające do stworzenia przepisów dopuszczających jazdę bez rąk na kierownicy od wiosny 2021 roku. Planowane nowe zapisy w kodeksie ruchu drogowego miałyby dopuszczać jazdę na autopilocie np. na wolnym pasie autostrady z prędkością maksymalną 70 mil na godzinę (ok. 112,6 km/h).

Kluczową kwestią do ujęcia w przepisach jest decyzja dotycząca zakresu odpowiedzialności kierowcy za pojazd poruszający się w trybie autopilota. Autonomia trzeciego poziomu zakłada stałą gotowość kierowcy do przejęcia sterów pojazdu. Brytyjskie władze rozważają jednak wprowadzenie odpowiedzialności prawnej dostawcy technologii za zdarzenia drogowe mające miejsce w czasie użytkowania trybu autopilota.

"Technologia automatycznej jazdy może uczynić ruch drogowy bezpieczniejszym, płynniejszym i łatwiejszym dla kierowców, a Wielka Brytania powinna być pierwszym państwem, które skorzysta z jej dobrodziejstw i przyciągnie producentów do rozwijania i testowania nowych rozwiązań technologicznych" – powiedziała brytyjska minister transportu Rachel Maclean, ogłaszając rozpoczęcie zaplanowanych do 27 października konsultacji z firmami motoryzacyjnymi.

Dyrektor zarządzający Stowarzyszenia Producentów i Dystrybutorów Motoryzacyjnych, Mike Hawes, nazwał planu rządu "oczekiwanym (przez branżę – PAP) krokiem", który ma szansę zapobiec 47 tys. poważnych wypadków drogowych w ciągu najbliższej dekady.

Nie wszystkie reakcje na plany rządu są równie entuzjastyczne. Dyrektor wydawniczy czasopisma i serwisu internetowego "What Car?" Jim Holder zauważa, że na obecnym etapie rozwoju technologia automatycznej jazdy "nie jest jeszcze na wystarczająco wysokim poziomie, by jej zaufać. (Te rozwiązania – PAP) działają w 90 proc. przypadków, ale to za mało" - przestrzegł.

Obraz 39967 z Pixabay 

Brytyjski rząd rozważa legalizację jazdy samochodem na autopilocie od 2021 r.

TikTok wykorzystywał zabronione przez Google mechanizmy śledzenia użytkowników

TikTok wykorzystywał zabronione przez Google mechanizmy śledzenia użytkowników wykorzystujące unikalny identyfikator każdego smartfona - podaje dziennik "Wall Street Journal". Według zasad koncernu ich użycie dyskwalifikuje oprogramowanie z dystrybucji w sklepie Play.

Mechanizm śledzenia użytkowników TikToka z użyciem unikalnego identyfikatora (ID) przypisanego każdemu smartfonowi (tzw. adres MAC), na którym zainstalowana jest aplikacja, był ukryty według gazety pod dodatkową warstwą szyfrowania, wobec czego był niewykrywalny dla automatycznych systemów weryfikujących oprogramowanie, zanim trafi do sklepu Google Play.

Działanie techniki śledzenia, którą miał wykorzystywać TikTok, nie pozwala użytkownikom zablokować gromadzenia danych na ich temat. Chińska aplikacja miała według "WSJ" nie informować użytkowników na temat obecności tej funkcji w TikToku. Jak wykazała analiza zamówiona przez nowojorski dziennik, w listopadzie ubiegłego roku zaniechano wykorzystania tego mechanizmu śledzącego przez popularną platformę.

"Wall Street Journal" zwraca uwagę, że kolejne kontrowersje wokół TikToka narastają w czasie, kiedy firma ByteDance, do której należy aplikacja, znalazła się pod dużą presją ze strony administracji prezydenta USA Donalda Trumpa, który uważa iż dane gromadzone przez program mogą być wykorzystywane do celów wywiadowczych przez Chiny.

Trump ocenia, że informacje gromadzone przez TikToka mogą służyć m.in. do monitorowania aktywności pracowników amerykańskiej administracji rządowej bądź firm wykonujących dla niej zlecenia.

Adresy MAC wykorzystywane są przez aplikacje mobilne przede wszystkim w celach marketingowych. Pozwalają na przypisywanie konkretnych użytkowników do zestawów cech i danych gromadzonych w ramach tzw. profili, które następnie wykorzystywane są do kierowania reklamy do określonych grup odbiorców, zdefiniowanych ze względu na ich preferencje dotyczące np. zwyczajów konsumenckich czy wykształcenia, miejsca zamieszkania, a nawet tego, jakie inne oprogramowanie znajduje się na ich telefonach.

Biały Dom obawia się, że tak wrażliwe dane mogą być wykorzystywane również w celach szpiegowskich, a także używane w ramach kampanii oczerniania osób publicznych związanych z rządem bądź amerykańskimi firmami. (PAP)

Obraz Nitish Gupta z Pixabay 

TikTok wykorzystywał zabronione przez Google mechanizmy śledzenia użytkowników

UE wszczyna postępowanie antymonopolowe wobec Google'a ws. przejęcia FitBit

Komisja Europejska podjęła decyzję o wszczęciu postępowania antymonopolowego wobec Google'a w związku z przejęciem przez koncern firmy Fitbit, specjalizującej się w produkcji urządzeń śledzących aktywność użytkowników – informuje we wtorek BBC.

„Komisja obawia się, że proponowana transakcja jeszcze bardziej umocni dominującą pozycję Google’a na rynku reklamy internetowej poprzez zwiększenie i tak ogromnej ilości danych, których Google będzie mógł używać do personalizacji wyświetlanych reklam” – czytamy w oświadczeniu wydanym we wtorek przez Komisję Europejską.

KE poinformowała, że planuje zakończyć postępowanie do 9 grudnia br.

Mimo zapewnień Google'a, że nie będzie wykorzystywał danych użytkowników, unijni prawodawcy obawiają się, że po przejęciu FitBit, Google otrzyma dostęp do informacji zdrowotnych klientów firmy, gromadzonych za pośrednictwem takich urządzeń, jak inteligentne zegarki czy opaski mierzące aktywność, i wykorzysta je w celach reklamowych.

Google zapewnia, że przejmując FitBit chce skupić się na urządzeniach produkowanych przez firmę, a nie na dostępie do danych użytkowników. "Rynek urządzeń do monitorowania aktywności jest już nasycony. Wierzymy, że połączenie Google z FitBit zwiększy konkurencyjność w sektorze, będzie korzystne dla konsumentów i sprawi, że kolejne produkowane sprzęty będą jeszcze lepsze i bardziej dostępne cenowo" - poinformowała rzeczniczka Google.

Koncern w listopadzie ub.r. poinformował, że przejmuje FitBit za 2,1 mld dolarów. Google chce w ten sposób konkurować m.in. z Apple, Samsungiem, Huawei czy Xiaomi, które też w swojej ofercie mają inteligentne urządzenia monitorujące aktywność użytkowników.

Fuzja wywołała krytykę m.in. ze strony dostawców usług zdrowotnych, producentów sprzętu monitorującego aktywność oraz organizacji ochrony danych, którzy obawiają się, że Google jeszcze bardziej wzmocni swoją dominującą pozycję na rynku oraz zdobędzie dostęp do ogromnej bazy danych o zdrowiu konsumentów.

Przedstawiciele Google’a, komentując ogłoszenie wszczęcia postępowania antytrustowego, wyrazili przekonanie, że transakcja zostanie zawarta. "Doceniamy możliwość wypracowania wspólnie z Komisją Europejską podejścia, które zaspokoi oczekiwania klientów wobec ich urządzeń typu wearables” – napisał na firmowym blogu Rick Osterloh, wiceprezes Google’a odpowiedzialny za segment urządzeń.(PAP)

UE wszczyna postępowanie antymonopolowe wobec Google'a ws. przejęcia FitBit

WhatsApp testuje nową funkcjonalność do weryfikowania fake newsów

WhatsApp poinformował, że testuje na wybranych rynkach, w tym w Hiszpanii, Włoszech i Wielkiej Brytanii, nową funkcjonalność "search the web" umożliwiającą użytkownikom błyskawiczne zweryfikowanie w sieci krążących w serwisie fałszywych informacji.

WhatsApp poinformował, że w ramach nowej funkcji będzie umieszczał przy wielokrotnie - czyli ponad pięciokrotnie - powielanych w serwisie wiadomościach lupkę, która umożliwi użytkownikom bezpośrednie sprawdzenie prawdziwości informacji lub jej elementów w internecie.

Funkcjonalność umożliwia przesłanie treści wiadomości bezpośrednio do sieci i wrzucenie jej w wyszukiwarkę z jakiej korzysta dany internauta. W ten sposób możliwe jest zweryfikowanie jedynie wiadomości tekstowych, funkcja nie pozwala na sprawdzenie zdjęć oraz plików wideo. Usługa dostępna jest dla użytkowników w Brazylii, Włoszech, Irlandii, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Meksyku i Stanach Zjednoczonych, zarówno na urządzeniach iOS, Android oraz w ramach aplikacji mobilnej.

WhatsApp zapowiedział, że zamierza rozszerzyć funkcjonalność także na inne rynki, nie sprecyzował jednak kiedy to nastąpi.

Serwis nie po raz pierwszy podejmuje działania wspierające walkę z dezinformacją w sieci. W kwietniu br. WhatsApp wprowadził dodatkowe restrykcje redukujące możliwość rozsyłania wiadomości na platformie - jeśli dana informacja została wcześniej rozesłana ponad pięć razy, użytkownik mógł ją przesłać tylko do jednej osoby lub na jeden czat. W wyniku wprowadzonych przez platformę ograniczeń, liczba rozsyłanych tzw. łańcuszków spadła nawet o 70 proc. WhatsApp nawiązał także współpracę z kilkoma organizacjami fact-checkingowymi w celu skuteczniejszej moderacji treści. (PAP)

Obraz Webster2703 z Pixabay 

WhatsApp testuje nową funkcjonalność do weryfikowania fake newsów

Garmin potwierdził, że padł ofiarą cyberataku

Amerykański producent inteligentnych zegarków, opasek fitnessowych i urządzeń nawigacyjnych Garmin potwierdził, że padł ofiarą cyberataku. Obecnie trwa przywracanie dostępu do usług firmy – informują we wtorek światowe media.

W wyniku ataku hakerskiego od ubiegłego czwartku nie działała większość usług oferowanych przez Garmina, w tym np. popularna aplikacja do monitorowania aktywności fizycznej Garmin Connect, aplikacja dla nurków Garmin Dive, aplikacja dla golfistów Garmin Golf, a także używana przez pilotów aplikacja nawigacyjna flyGarmin. Niedostępna była również strona internetowa spółki oraz świadczona tą drogą obsługa klienta. Według doniesień medialnych atak był tak poważny, że zablokowane zostały również linie produkcyjne w zakładach produkujących zegarki, opaski fitnessowe i pozostałe urządzenia marki.

Początkowo firma odmawiała komentarza do sprawy, swoich użytkowników informowała zaś, że przerwa w dostępie do usług jest spowodowana "konserwacją serwera". Jednak światowe media zajmujące się tematyką nowych technologii od początku sugerowały, że powodem awarii o tak wielkim zasięgu mógł być wyłącznie atak hakerski typu ransomware.

W poniedziałek późnym wieczorem amerykańskiego czasu Garmin w oficjalnym komunikacie potwierdził część tych spekulacji, informując, że firma "padła ofiarą cyberataku, który zaszyfrował niektóre z jej systemów". W efekcie, jak napisano, "wiele usług online zostało przerwanych". Media zwracają uwagę, że w oświadczeniu nie pada słowo "ransomware" i nie ma żadnego odniesienia do ewentualnych żądań okupu wystosowanych przez hakerów. Wcześniej media, powołując się na źródła w spółce, spekulowały, że w grę mogło wchodzić żądanie okupu w wysokości 10 mln dolarów.

Garmin zapewnił w oświadczeniu, że "nic nie wskazuje na to, żeby dane klientów, w tym te dotyczące płatności Garmin Pay, zostały wykradzione". Firma dodała, że jest w trakcie przywracania wszystkich usług i ich funkcjonalności. Zastrzegła jednak, że proces ten może potrwać kilka dni w związku z koniecznością wstecznej synchronizacji danych z urządzeń milionów użytkowników na całym świecie.

Zdaniem dziennikarza BBC specjalizującego się w tematyce nowych technologii Joego Tidy’ego atak na serwery Garmina mógł zostać przeprowadzony za pomocą hakerskiego oprogramowania szyfrującego Wasted Locker, zaobserwowanego po raz pierwszy w kwietniu br.

Światowe media przypisują sprawstwo cyberataku na Garmina hakerskiej grupie przestępczej Evil Corp.

Spółka Garmin nie potwierdziła tych przypuszczeń, nie przekazała również do wiadomości publicznej informacji o ewentualnej zapłacie okupu za odzyskanie dostępu do zaszyfrowanych danych. (PAP)

Obraz rottonara z Pixabay 

Garmin potwierdził, że padł ofiarą cyberataku

Oxford i co najmniej 9 innych uczelni ofiarami ataku hakerskiego

Co najmniej 10 uniwersytetów w Wielkiej Brytanii, USA i Kanadzie padło ofiarą ataku hakerskiego typu ransomware, w wyniku którego wykradzione zostały dane osobowe studentów oraz absolwentów – informuje BBC w piątek.

Według BBC zaatakowane zostały serwery firmy Blackbaud, dostawcy usług chmurowych, z których korzystały uczelnie będące ofiarami kradzieży danych. BBC informuje, że ofiarami ataku hakerskiego padły również organizacja pozarządowa zajmująca się ochroną praw człowieka Human Rights Watch oraz fundacja zajmująca się zdrowiem psychicznym dzieci i młodzieży Young Minds. Do ataku miało dojść w maju br.

BBC potwierdziło kradzież danych z następujących uczelni: University of York, Oxford Brookes University, Loughborough University, University of Leeds, University of Exeter, University of London, University of Reading, University College, Oxford, a ponadto Ambrose University w kanadyjskiej Albercie oraz Rhode Island School of Design w Stanach Zjednoczonych.

W części przypadków skradzione dane ograniczały się do absolwentów, którzy byli proszeni przez uczelnie o wsparcie finansowe, jednak w innych były znacznie obszerniejsze – zawierały informacje o pracownikach uczelni, obecnych ich studentach oraz osobach lub organizacjach udzielających wsparcia finansowego wraz z numerami telefonów i historią wpłat. Według BBC wykradzione bazy nie zawierały informacji o kartach kredytowych ani innych wrażliwych danych finansowych.

Amerykańska spółka Blackbaud, której główna siedziba mieści się w największym mieście Południowej Karoliny – Charleston, jest jednym z największych na świecie dostawców usług chmurowych wraz z oprogramowaniem administracyjnym, księgowym i wspomagającym zbiórki funduszy. Po ogłoszeniu informacji o ataku firma spotkała się z krytyką z uwagi na utrzymywanie tego faktu w tajemnicy przez dwa miesiące. Również fakt, że spółka przyznała się do zapłacenia przestępcom okupu w niesprecyzowanej wysokości za skradzione dane spotkał się z nieprzychylnymi komentarzami.

Blackbaud odmówił podania do publicznej wiadomości kompletnej listy zaatakowanych przez hakerów, tłumacząc tę decyzję "poszanowaniem prywatności klientów". Jednocześnie firma zapewniła, że większość obsługiwanych przez nią podmiotów nie zostało poszkodowanych w wyniku incydentu, oraz że po zapłaceniu okupu "uzyskała dowód, że skradzione dane zostały zniszczone". W oświadczeniu zaznaczono również, że Blackbaud we współpracy z organami ścigania oraz niezależnymi śledczymi monitoruje, czy skradzione dane nie są np. oferowane na sprzedaż w dark webie.

Foto : Wikipedia Oxford Brookes University

Oxford i co najmniej 9 innych uczelni ofiarami ataku hakerskiego
Image

Świetna aplikacja! Pobierz!

Image
Image

Jesteś świadkiem ciekawych wydarzeń?

Zarejestruj się i podziel się swoją historią

Zostań autorem
Image
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo
  • logo

Korzystając z naszej strony, wyrażasz zgodę na wykorzystywanie przez nas plików cookies - Polityka prywatności. Zaktualizowaliśmy naszą politykę przetwarzania danych osobowych - RODO. Więcej dowiesz się TUTAJ.