Przemytnicze szlaki oraz duchowe wędrówki — rozmowa z etnologiem i podróżnikiem, Dariuszem Hieronimem Stobieckim z Londynu

Previous Next

Swoją biografią i doświadczeniami mógłby obdzielić kilka życiorysów. Z wykształcenia etnolog, z wyboru podróżnik, fotograf i pisarz. Azja nie była dla niego celem wakacyjnego wyjazdu, ale przestrzenią wieloletniego życia – czasem na granicy codzienności i przygody. W jego twórczości podróże splatają się z osobistymi refleksjami i nie zawsze oczywistą stroną egzystencji na Wschodzie. Dziś opowiada o tym, jak przeszłość kształtuje opowieść, co zostało z duchowych poszukiwań i czy wciąż ma ochotę wracać na azjatyckie szlaki.

Dariusz Hieronim Stobiecki - urodził się 24 stycznia 1961 roku w Wałbrzychu. Część dzieciństwa i młodość spędził w Skarżysku-Kamiennej. Z wykształcenia jest etnologiem, studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim. To właśnie w tym okresie zaczęły krystalizować się jego zainteresowania Azją, buddyzmem i hinduizmem.

W 1989 roku wyjechał do Indii. Aby móc tam mieszkać, zajmował się szmuglowaniem elektroniki i złota. Jego trasy wiodły z Singapuru przez Sri Lankę i Nepal do Indii. Po powrocie do kraju ukończył studia, a następnie wyruszył do Nepalu, gdzie spędził dwa lata. W tym czasie zajmował się eksportem haszyszu do Szwajcarii.

Jest autorem książki Na przemytniczych szlakach. Podróże przez Azję i Europę, która stanowi opowieść o kilkuletnim pobycie w Azji. Zawiera ona nie tylko barwną relację z przemytniczych eskapad, lecz także refleksje nad tamtejszymi kulturami.

Zajmuje się fotografią oraz organizowaniem podróży do Indii i Nepalu. Przez wiele lat tłumaczył z języka angielskiego książki o tematyce buddyjskiej. Od dłuższego czasu mieszka w Londynie.

Co skłoniło Cię do napisania pierwszej książki? Czy była to potrzeba opowiedzenia swojej historii, czy bardziej chęć podzielenia się refleksjami o kulturach, które poznałeś?

Lubiłem i nadal lubię pisać, gdyż traktuję to, jako pewien sposób na wyrażenie siebie i tego wszystkiego, co jest dla mnie ważne. Łatwo opowiada się o swoich doświadczeniach, przygodach czy też przeżyciach, ale przelanie tego na papier wydaje się nieco trudniejsze. Pisanie jest dla mnie pewnego rodzaju wyzwaniem intelektualnym. Jak w uporządkowany, refleksyjny i ciekawy sposób opisać to, czego się doświadczyło, i co się poznało. To takie wyzwanie, przed którym stoi każdy, kto pisze, choć wydaje mi się, że stworzenie powieści   (niezależnie od tego, czy to jest literatura faktu, czy też nie)  jest trudniejsze niż pisanie wierszy. Napisałem już dawno temu trochę poematów i wymagało to zwrócenia uwagi na momenty natchnienia, pojawienia się innego, bardziej wzniosłego stanu świadomości. W trakcie pisania mojej książki  -  w jakiś sposób - musiały być one częstsze i dłuższe.

Wracając do Twojego pytania, pisanie mojej pierwszej książki było dla mnie z jednej strony intelektualnym wyzwaniem, jak do opisywanych przeze mnie moich przygód w Azji wpleść wątki o tym całym (bardzo przecież egzotycznym) świecie, w którym przyszło mi żyć przez siedem lat, a z drugiej strony, jak napisać to wszystko tak, aby nie znudzić czytelnika. Czy mi się udało? To już muszą ocenić sami czytelnicy.

W książce opisujesz niezwykłe przygody i refleksje na temat Azji – czy masz jakieś rytuały lub sposób, w jaki wracasz myślami do tych doświadczeń podczas pisania?

Podczas podróży słuchałem dużo muzyki. W samolotach, którymi przemierzałem przestrzenie między poszczególnymi krajami, były dostępne bardzo dobre filmy i różnorodna muzyka. To jeszcze nie były czasy tanich linii lotniczych.

Kiedy podróżowałem lądem, słuchałem muzyki na walkmanie. Pod koniec lat 80. w Indiach można było kupić kasety magnetofonowe nie tylko z jazzem czy muzyką rockową, ale również z muzyką indyjską. Nie mam tu na myśli muzyki typu Bollywood, lecz ambitną muzykę nawiązującą do tradycyjnej muzyki Indii. Zawsze byłem świetnie zaopatrzony w kasety magnetofonowe.

Słuchałem hinduskiego mistrza gry na flecie, Hariprasada Chaurasii, oraz innych muzyków z tamtego regionu, którzy zaczęli współpracować ze znanymi zachodnimi muzykami jazzowymi.

W Nepalu odkryłem lokalną grupę Sur Sudha. W Singapurze kupiłem kasety i płyty CD z buddyjską muzyką mantryczną.

Podczas mojego pierwszego lotu z Indii do Singapuru w lipcu 1989 roku — samolotem holenderskich linii KLM, na pokładzie Jumbo Jeta w ogóle się nie nudziłem — mieli świetny zestaw muzyki jazzowej i rockowej. Tę podróż zapamiętałem dobrze nie tylko dlatego, że była pierwszą do Singapuru (i to na pokładzie olbrzymiego Boeinga 747), ale także dlatego, że bardzo lubiłem rockową kapelę Fleetwood Mac.

Czy można powiedzieć, że to właśnie ta muzyka inspirowała Cię najbardziej?

Tak, przy pisaniu książki towarzyszyła mi muzyka, której wtedy słuchałem. Kiedy powstawał pierwszy rozdział — o mojej pierwszej podróży do Singapuru — w tle brzmiała właśnie muzyka Fleetwood Mac. Moim ulubionym utworem był Dreams.

Zanim zacząłem pisać książkę, odkryłem japońskiego kompozytora Takashiego Kokubo. Jego album Oasis of the Wind również w znaczący sposób wpłynął na pozytywny i wzniosły stan mojego umysłu.

Poza muzyką robiłem w Azji bardzo dużo zdjęć. Rzut oka na każde z nich przenosił mnie w czasie — do okresu moich podróży i wszystkiego, co towarzyszyło mi podczas ich wykonywania.

Jakie książki, autorzy lub myśli filozoficzne miały największy wpływ na Twoje postrzeganie buddyzmu i hinduizmu?

Zacznijmy od buddyzmu. Tych książek jest naprawdę dużo, ale muszę się ograniczyć do kilku pozycji. Taką pierwszą była książeczka Nazywam się nie wiem, napisana przez autentycznego mistrza zen Seung Sahna (Soen Sunima) z tradycji południowokoreańskiego buddyzmu zen, który przez wiele lat, rezydując już w USA, przyjeżdżał do Polski. Wydali ją nieoficjalnie ludzie praktykujący koreański zen w Polsce. Był to fragment książki Only Don’t Know, zawierającej zbiór listów mistrza do jego uczniów, którzy zwracali się do niego z różnymi pytaniami dotyczącymi spraw natury duchowej i życia codziennego.

Później czytałem inne jego książki, które kupiłem już w Singapurze, jak: Dropping Ashes on the Buddha i The Compass of Zen. Ten mistrz w bardzo elokwentny sposób przedstawiał najbardziej skomplikowane kwestie związane z buddyjską filozofią, medytacją i ścieżką prowadzącą do tego, co nazywa się oświeceniem. Wprowadził takie pojęcie jak „umysł nie-wiem”, określający stan umysłu przed pojawieniem się myśli. Wówczas postrzegamy rzeczywistość, taką jaką ona jest. W innym przypadku projektujemy na świat nasze myśli, emocję i koncepcje. Można powiedzieć, że „umysł nie-wiem” jest czystym stanem umysłu, który, jak lustro odbiją to, co się pojawia na jego powierzchni. Ani niczego nie odrzucamy ani się do niczego nie przywiązujemy. To stan wolności. Jak to uzyskać, czy może dokładniej, jak wrócić do tego naturalnego stanu umysłu? Myślę, że warto samemu postudiować odpowiednią literaturę. Są np. takie dwie buddyjskie sutry, które całkowicie burzą nasze poglądy o nas i o rzeczywistości. To krótkie teksty. Jedna z nich to Diamentowa Sutra, a druga Sutra Serca. Te teksty również wywróciły mój światopogląd do góry nogami.

Jeśli chodzi o hinduizm, to w 1996 roku w Katmandu kupiłem książkę I Am That – zbiór wykładów hinduistycznego mistrza Sri Nisargadatty Maharaja, który nauczał ludzi przyjeżdżających do niego z różnych krajów w swoim małym mieszkaniu w Bombaju. Jego wykłady, nagrane na taśmy magnetofonowe, tłumaczył z języka marathi na angielski Maurycy Frydman. Ta książka została wydana w Polsce dopiero w 2006 roku pod tytułem Czym jestem. Nauki Mistrza Nisargadatty. Zawiera ona nauki o prawdziwej naturze naszego „ja”, samej rzeczywistości i drodze do odkrycia absolutu.

Nauki Sri Nisargadatty w dużym stopniu są osadzone w hinduistycznej tradycji Advaita Vedanty, która mnie najbardziej interesuje w obrębie niezwykle bogatej tradycji duchowej hinduizmu.

Czy kontakt z tą tradycją miał wpływ na Twoje postrzeganie rzeczywistości?

Na pewno tak, gdyż na ogół nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo jesteśmy uwarunkowani i nikt przynajmniej w naszej tradycji nie mówi nam, że warto sobie zadać pytanie, skąd przyszliśmy, kiedy się urodziliśmy, dokąd pójdziemy, kiedy umrzemy i kim tak naprawdę jesteśmy. Bardzo intrygujące jest, że zarówno w buddyzmie, jak i w hinduizmie wspomina się o prawdziwej Jaźni, która znajduje się poza życiem i śmiercią, i która nie została stworzona przez takiego czy też innego boga. Dla kogoś, kto chciałby bliżej poznać te zagadnienia bardzo inspirujące mogą być także nauki Ramany Maharisziego, które spisane przez jego uczniów ukazały się w formie książek. Są one dostępne również w Polsce. Ramana Mahariszi był mędrcem i nauczycielem, który zmarł w 1950 roku. Większość swojego życia spędził na świętej górze Arunachala w południowych Indiach. Same tytuły jego książek wskazują na charakter jego nauk: "Kim jestem?" czy też "Wniknięcie w Jaźń".

Podczas podróży miałeś kontakt z różnymi kulturami i filozofiami – czy któreś z nich zmieniły Twoje podejście do życia? Jeśli tak, jak to się przełożyło na Twoją twórczość literacką?

O buddyzmie i hinduizmie już wspominałem przy okazji omawiania zagadnienia związanego z książkami, które wywarły na mnie duży wpływ. W Singapurze bardzo popularny jest taoizm. Większość Singapurczyków to Chińczycy, których przodkowie przywędrowali na te wyspę z różnych rejonów Chin. Przez kilka miesięcy wynajmowałem pokój tzw. master room, czyli pokój z przylegająca do niego łazienką. Właścicielami mieszkania było chińskie małżeństwo, które przywędrowało do Singapuru w latach 60-tych XX wieku z Malezji. Byli wyznawcami taoizmu. Rano na pobliskiej plaży wraz z innymi Chińczykami ćwiczyli tai chi. Niezwykle pogodni, pełni radości i spokoju ludzie. Wspominam o nich, gdyż zainspirowali mnie do bliższego zapoznania się z taoizmem, a ponieważ w Chinach buddyzm czan  był pod wpływem taoizmu, to mogę przyznać, że to właśnie te dwa podejścia do rzeczywistości wraz tybetańskim buddyzmem wadżrajaną są mi najbliższe – odkrycie tego, że nie jesteśmy jakimś ograniczonym „ego” czy też trwałą i niezmienną duszą, a odbierana przez nas rzeczywistość nie jest tak naprawdę tak bardzo solidna sprawia, że czujemy się lżej, a sprawy codziennego życia nie przytłaczają już nas tak bardzo. Ma to też duży wpływ na moje pisanie – nie pisz, kiedy masz umysł wypełniony innymi rzeczami. Pisz w ciszy i skupieniu i na tzw. luzie, jak uczy m.in. taoizm czy też przebywaj w stanie relaksacji, na co szczególnie zwraca uwagę podejście Dzogczen, innej tradycji istniejącej w obrębie tybetańskiego buddyzmu, choć tak naprawdę będącej niezależną tradycją, wywodzącą się z krainy Odijana leżącej na terenie dzisiejszego pakistańskiego Kaszmiru. W obrębie rdzennej tybetańskiej religii bon nauki Dzogczen istniejące w tej tradycji pochodzą ze starożytnej Persji, a tym, który je otrzymał był Szenrab Miło, który ponoć dotarł do zachodniego Tybetu między XI a VII wiekiem przed naszą erą.  Żeby znaleźć się w stanie autentycznej relaksacji, o której wspomina ten system, należy się odnaleźć w stanie poza umysłem, wówczas nie przeszkadzają nam pojawiające się w umyśle myśli czy też emocje. Jeśli zastosujesz to podejście także w życiu codziennym wszystko, co pojawia się w umyśle, staje się jedynie przepływem, ciągle zmieniającym się strumieniem myśli, na który patrzymy z innej, głębszej perspektywy. To tak, jak z obrazami pojawiającymi się na powierzchni lustra. One się pojawiają i po jakimś czasie znikają. Powierzchnia lustra pozostaje jednak taka sama.

Jak wyglądał Twój proces pisania? Czy piszesz na bieżąco w trakcie podróży, czy raczej zbierasz myśli i doświadczenia, by przelać je na papier po powrocie?

Nigdy nie pisałem w trakcie podróży, gdyż nie byłoby to autentyczne podróżowanie, tylko oddawanie się myślom i emocjom oraz przelewanie ich na papier. Gdy podróżowałem – nie tylko po Azji – byłem skoncentrowany na doświadczeniu bycia w drodze i podziwianiu wszystkiego, co mnie otaczało. To doświadczenie zawsze było dla mnie takim dotknięciem wolności, pojawiającym się już w momencie, gdy wyruszałem w podróż.

Dlatego w czasach szkoły średniej bardzo lubiłem podróżowanie autostopem po całej Polsce, zaliczając kolejne miasta i koncerty jazzowo-rockowe. Notatki robiłem dopiero po zakończeniu podróży, spisując swoje wrażenia i doświadczenia tak, by niczego ważnego nie przeoczyć.

Co sprawiło, że zacząłeś tłumaczyć literaturę buddyjską? Czy któreś z tłumaczonych przez Ciebie książek szczególnie wpłynęły na Twoje własne spojrzenie na duchowość?

Podczas pisania pracy magisterskiej Społeczne role szamana w kulturach ludów syberyjskich, większość literatury źródłowej – nie tylko o syberyjskim szamanizmie – stanowiły książki pisane po angielsku. Ponieważ w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, będąc na czwartym roku studiów, mieliśmy już trochę mniej nauki (bo musieliśmy mieć więcej czasu na pisanie swoich prac i na konsultacje z naszymi promotorami), postanowiłem wykorzystać fakt, że już czytam poważną literaturę po angielsku, i spożytkować swój wolny czas na tłumaczenie literatury buddyjskiej.

Warunki były bardzo sprzyjające, tym bardziej że otrzymałem kilka książek o buddyzmie z Japonii. Takich książek nie było w Polsce. Poza książkami przetłumaczonymi przeze mnie w tamtym czasie, o których już wspominałem, przetłumaczyłem jeszcze dwie inne: The Zen Teaching of Bodhidharma oraz Getting the Buddha Mind nieżyjącego już mistrza czan z Tajwanu Sheng Yena. Ta druga książka to zbiór wykładów mistrza, które wygłosił podczas różnych siedmiodniowych odosobnień medytacyjnych, w których brali udział jego uczniowie. Natomiast ta pierwsza książka to nauki legendarnego mnicha buddyjskiego, który przybył z Indii do Chin mniej więcej na początku V wieku naszej ery.

Wydanie, które otrzymałem z Japonii, było niezwykłe. To było tłumaczenie na angielski oryginalnego tekstu w języku chińskim, który był umieszczony na każdej ze stron. Pomyślałem, że warto te wszystkie książki przetłumaczyć, bo zawierały głębokie nauki oraz wskazówki, jak osiągnąć przebudzenie ku własnej, pierwotnej naturze, wykraczającej poza życie i śmierć. Czy może być coś bardziej intrygującego od wyjścia poza życie i śmierć? W naszej tradycji polegasz na Chrystusie, Bogu, a w tamtych tradycjach polegasz na sobie. W chrześcijaństwie mówią ci, że rodzisz się z grzechem pierworodnym, a w tamtych, że twoja prawdziwa Jaźń jest od samego początku czysta i  - co więcej -  jest już poza życiem i śmiercią. To było dla mnie szalenie intrygujące.

Wszystkie książki, które przetłumaczyłem, to pozycje traktujące o buddyzmie zen. Zen jest bardzo specyficzny. To tradycja nieopierająca się tak bardzo na tzw. świętych pismach, czyli sutrach – naukach Siddharthy Gautamy, który po osiągnięciu oświecenia został określony Buddą, czyli człowiekiem przebudzonym – lecz na medytacji typu zen. Z jednej strony jest to „czyste siedzenie”, ale z drugiej strony w tej tradycji używa się też innego podejścia. Koncentrują się na zagadkach, które nie są do rozwiązania przez logiczny umysł. Tego typu zagadki nazywane są koanami.

Przykładem takiego koanu może być koan o rozbitej misce – „Mysz zjada jedzenie kota, a kocia miska jest rozbita. Co to znaczy?”. Jeśli ktoś jest uwikłany w myślenie i nie znajduje się w wymiarze czystej, pierwotnej świadomości, to nie znajdzie odpowiedzi na ten ani inne koany.

Jakie znaczenie ma dla Ciebie język – zarówno polski, jak i angielski – w wyrażaniu doświadczeń duchowych? Czy zauważasz różnice w odbiorze tekstów o tematyce buddyjskiej w obu językach?

Myślę, że zarówno język polski, jak i angielski są na tyle bogate, że można w nich wyrazić wiele tego, co nazywasz doświadczeniami duchowymi. Niemniej jednak ludzie z zachodu, którzy jako pierwsi tłumaczyli teksty i sutry buddyjskie, napotykali wiele problemów, próbując przełożyć je czy to z sanskrytu, czy też z języka chińskiego na język angielski. Jakiś czas temu powstał taki projekt, żeby przetłumaczyć cały tybetański kanon buddyjski, który zawiera sutry tradycji różnych buddyjskich tradycji, w tym również tradycji tantrycznej. Większość tekstów tego kanonu była przetłumaczona z sanskrytu. Tłumaczono także sutry z języka chińskiego. Czyli angielska wersja to będzie tłumaczenie tłumaczenia. Nawiązując do Twojego pytania, mnie osobiście lepiej czyta się po angielsku  - może dlatego, że od wielu lat czytam głównie w tym języku. także innego rodzaju literaturę, w tym dotyczącej fotografii. Słucham także w tym języku różnych interesujących mnie programów.

W swoich książkach łączysz przygodę z refleksją nad kulturą – czy masz jakieś rady dla pisarzy, którzy również chcieliby połączyć w literaturze osobiste doświadczenia z głębszymi przemyśleniami na temat świata?

Aby tak się stało, należy rozwijać w sobie pasję poznawczą — czytać, analizować i poszukiwać odpowiedzi na interesujące nas zagadnienia. Poznawać historię i kulturę krajów czy też obszarów, które zamierzamy odwiedzić i poznać. Ważne jest, aby nie być jedynie biernym obserwatorem, ale zatopić się w określonej rzeczywistości.

Wielu ludzi podróżuje, zwiedza i poznaje inne kultury, ale tak naprawdę — ot, choćby w przypadku bogatych turystów z Zachodu, których wielu przybywa do Indii — poznając wiele miast czy też rejonów tego kraju, podróżując klimatyzowanym autobusem i spędzając wolny czas w pięciogwiazdkowych hotelach, oddziela się od wibrującej wokół rzeczywistości.

W takich Indiach trzeba przejechać się rikszą, taksówką, miejską komunikacją, wielokrotnie targować się czy nawet pokłócić się z rikszarzami i taksówkarzami. Przejść się ulicami niejednokrotnie obskurnych dzielnic, poczuć zapach kadzideł wydobywający się z lokalnych sklepików, zobaczyć wychudzone święte krowy odżywiające się odpadkami warzyw i owoców pozostawionych na ulicy przez lokalnych sprzedawców. Posprzeczać się i potargować z lokalnymi sprzedawcami, i koniecznie odwiedzić miejscowe księgarnie, gdzie można kupić różne książki o miejscowych kulturach i obchodzonych w danym kraju świętach. Oczywiście nie pozna się żadnego kraju dokładnie, kiedy przebywamy w nim przez dwa, trzy tygodnie, będąc tam na urlopie. Dla mnie bardzo ważnym źródłem informacji o krajach, w których mieszkałem, stanowiła też lokalna prasa — na szczęście wydawana również po angielsku, np. The Times of India, The Straits Times (w Singapurze). 

Pozwól, że wtrącę, iż Twoja opowieść o rikszach, zapachu kadzideł oraz o orientalnych przyprawach wydobywających się z wnętrza sklepów i ulicznych straganów z jedzeniem prowadzi mnie myślami do mojego pobytu w Chinach.

Wiesz, Chiny też były jednym z krajów, do którego chciałem pojechać, ale myślę, że w Singapurze, gdzie dominuje ludność chińska, też można odnaleźć podobne klimaty. Na wyspie wszędzie znajdziesz restauracyjki z takim jedzeniem, jakie lubisz i sklepy oferujące rozmaite orientalne wyroby. Ciekawostka jest fakt, że w tak cywilizowanym Singapurze taksówkarze na większych postojach taksówek mają swoje ołtarzyki. Taoiści swoje, a Hindusi swoje. Palą się tam kadzidła i składane są ofiary z kwiatów i owoców. Trzeba sobie zapewnić przychylność bóstw w interesach.  

Fotografujesz i piszesz o Azji – czy te dwie pasje jakoś się uzupełniają? Czy fotografia pomaga Ci uchwycić myśli, które później wykorzystujesz w pisaniu?

Z profesjonalną fotografią zetknąłem się po raz pierwszy na studiach etnologicznych. Mieliśmy zajęcia z zakresu fotografii dokumentalnej i reportażowej. Kiedy pojawiłem się w Indiach, Nepalu i Singapurze, ten całkowicie inny świat, w którym przyszło mi żyć, wywarł na mnie tak duże wrażenie, że postanowiłem uwiecznić na zdjęciach wszystko to, co mnie w tych krajach fascynowało i interesowało. A ponieważ zanim tam wyruszyłem, postanowiłem napisać książkę o swoich podróżach, pomyślałem, że dobrym pomysłem będzie włączenie do niej zdjęć, które wraz z opisem przybliżyłyby czytelnikom tamten świat.

Dla mnie każde udane zdjęcie było poprzedzone wieloma nieudanymi – to było uchwycenie wszystkiego, gdzie byłem i co mnie interesowało. Mam na przykład dużo zdjęć hinduistycznych wędrownych ascetów. Na niektórych fotografiach palą haszysz, na innych medytują. Dysponuję też wieloma innymi zdjęciami, m.in. z Kalkuty – obecnie Kolkaty – przedstawiającymi ulice tamtego miasta. W moich fotograficznych zbiorach znajdują się zdjęcia z Singapuru, Katmandu, Zurychu i Bazylei.

Wszystkie te fotografie to jakby zapisane w obrazach moje przygody, emocje i doświadczenia. W trakcie pisania bardzo mi pomagały – pozwalały wrócić do klimatu oraz niepowtarzalnej atmosfery tych miejsc, o których pisałem w swoich książkach.

Czy planujesz napisanie kolejnej książki? Jeśli tak, czy chciałbyś powrócić do tematyki podróżniczej i duchowej, czy może masz ochotę spróbować czegoś zupełnie innego?

Ta, która była już dawno zaplanowana, od dłuższego czasu jest gotowa do wydania. Będzie to druga część mojej pierwszej książki — opowieść o podróżach i refleksjach na temat innych miejsc oraz nowych krajów. Po przeprowadzce z Nepalu do Singapuru zamieszkałem na tej niezwykłej wyspie i spędziłem tam trzy lata. Książkę tę można zaklasyfikować jako powieść podróżniczo-przygodową. Jeśli wszystko potoczy się zgodnie z moim planem, samodzielnie wydam ją w przyszłym roku w Polsce.

Od pewnego czasu pracuję już nad trzecią książką. Tytułu na razie nie zdradzę, ponieważ wydaje mi się zbyt kontrowersyjny – choć mnie osobiście bardzo się podoba. Będzie to zbiór esejów z pogranicza antropologii kulturowej i etnologii religii.

Dziękuję bardzo za rozmowę i trzymam kciuki za realizację planów, Dariuszu!

Agnieszko, ja także dziękuję za niezwykle interesującą rozmowę. Wierzę, że zainspiruje ona czytelników do  poszukiwań nie tylko na polu literatury.

rozmawiała: Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz

Zdjęcia są właśnością Dariusz Hieronima Stobieckiego i są dokumentacją jego podróży.

Author’s Posts